Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 81
Перейти на страницу:

Antoszek pokazał im, co znaczy podlaska fantazja. Zawrócił przy Moskalach konia — tak blisko, aby słyszeli, zatrzymał bachmata, pochylił się w kulbace, a potem, spuszczając hajdawery, pokazał im wypięty tyłek. Poklepał się po nim jeszcze.

— Wy psie syny, Moskale! — zawołał wesoło. — Wasz car Hodunow z kurwy ostatniej syn i kozojebca! Mać jego z woźnicami gziła się na tykockim rynku.

— Dlaczego na tykockim? — zdziwił się Dydyński. — Pierwsze słyszę, żeby car bywał na Podlasiu.

— Słuchaj, waść, dalej — machnął ręką Rudomina.

— Wy sucze kpy, synowie Beliala! — darł się Antoszek, jakby przypiekali go katowskim żelazem. — W żopu niech mnie wasz car pocałuje! Hosudar w pizdiuk sranyj! Podżopnik i pizda gorbataja!

Te ostatnie słowa świadczyły o tym, że Antoszek, podobnie jak cała reszta wojsk polskiego autoramentu, dobrze odrobił lekcję ruskiego języka. Moskale zrozumieli go bez żadnego tłumacza. A że obrazę imienia carskiego traktowali jak zamach na cześć własnej matki, kilku wyrwało z szablami za chłopcem. Sługa zaś podciągnął hajdawery, uderzył konia ostrogami i począł umykać — prosto na chrusty, za którymi ukrywali się Rudomina i Dydyński.

— Kak tibia bolaczka! — jęknął Rudomina. — Trzech ich przywiało.

— Trzech będzie mniej!

Stłumiony na śniegu tętent zbliżał się. I nagle zza gęstwiny wypadł bachmat Antoszka tratujący badyle. Za nim lecieli Moskale. Jeden młodszy, z krótką brodą, w szyszaku ozdobionym kitą. Dwaj z brodami po pas — pierwszy w kołpaku i przeszywanym kaftanie, ostatni w przeszywanicy i zierkale, to jest moskiewskiej zbroi zwierciadlanej złożonej z blach nałożonych na kolczugę.

Dydyński już od kilku chwil miał w ręku puffera z opuszczonym kurkiem. Spokojnie podniósł, wymierzył w trzeciego z nadciągających wrogów. Pociągnął za spust.

O, job…

Strzał padł, z kilku kroków nie sposób było spudłować. Kula poszła wprost w tęgi brzuch Moskala w zierkale i…

Zrykoszetowała!

Dworianie wpadli na nich z szablami. Dydyński wcisnął pistolet w olstro i tym samym zmarnował dobrą chwilę. Moskal rąbnął go płasko, wzerk, wprost w pierś! Ostrze zgrzytnęło, pozostawiając ślad na husarskim napierśniku — drugi już raz dobra stal uratowała stolnikowicowi życie.

Jacek wyłuskał szablę z pochwy, ale Moskale minęli ich w pędzie, zawracali, ściągali konie. Trwało to chwilę, która dawała Lachom drobną przewagę.

— Bij! Zabij!

Dydyński przestawił Hetmankę w miejscu, obracając na zadzie zwinnie i lekko jak tancerkę, to samo zrobił Rudomina.

Wpadli na wrogów w chwili, gdy ci jeszcze zawracali — jak to Moskale, każdy w inną stronę. Dydyński rąbnął tego w kaftanie płasko, z prawej, w plecy, przeciwnik zasłonił się, przesuwając ostrze szabli za lewe ramię.

Drugi zdołał zawrócić — ciął z lewej, w przelocie, Jacek w ostatniej chwili zasłonił się karwaszem. Brzęknęła stal, ręka zwisła bezwładnie, pióro moskiewskiej szabli dźwięknęło na szyszaku.

A wtedy Moskal w kaftanie skoczył wprost na stolnikowica, chwycił go za prawicę z szablą. Dydyński z kolei ucapił go za kark, ścisnął jak w kleszczach, przytrzymał.

Przeliczył się, bo tamten był silny jak niedźwiedź; szarpali się chwilę, sprawdzając, kto będzie mocniejszy, stolnikowic czy dworianin — ich konie krążyły wokół siebie, a oni wodzili się za łby — Dydyński złapał za kark Moskala, a Moskal trzymał Dydyńskiego.

Jacek nie widział, co działo się z pozostałymi. Zdyszany, szarpał się z dworianinem, starając się nie dać obalić z kulbaki. Nie dawał rady go zmóc; tamten miał parę w łapach, ściskał tak, że szlachcic ledwie utrzymywał szablę w garści.

Aż wreszcie uparty Moskal, widząc, że nie da rady wziąć Lacha żywcem, zastękał i zaklął.

— Chwiedorie! Chwiedorie, sudy!

Dydyński domyślił się, że woła kompana, aby tym sprawniej rozprawić się z wrogiem.

Puścił kark śmierdzącego dziegciem Moskiwicina, wyszarpnął z olstra lewy pistolet. Moskal przewidział to, rzucił szablę, która spadła w dół, między konie, chwycił szlachcica za uzbrojoną rękę, ścisnął jak w imadle, a potem począł odginać dłoń w bok, przeginać lufę w stronę piersi stolnikowica!

Lecz wcześniej Dydyński wyczuł przy prawej nodze bok jego wierzchowca. Niewiele myśląc — rąbnął go ostrogą, koń szarpnął się i zemknął trochę w bok. Moskal puścił lewą rękę Lacha, a potem wyciągnął dłoń, aby uchwycić przeciwnika. Na szczęście palce osunęły się po obojczyku. Dydyński pobłogosławił husarską zbroję — człowieka zakutego w blachy trudno było przytrzymać w miejscu.

Jednym ruchem huknął Moskala rękojeścią pistoletu w łeb. Ten uprzedził uderzenie, zblokował przedramieniem, złapał za nadgarstek. Pewnie zwykłym trybem skruszyłby mu dłoń w uściskach, wydarł pistolet i pozbawił życia, jednak chwytał rękę Dydyńskiego przez żelazne karwasze.

Tuż obok zakotłowało się na śniegu. Przemknął pleśniawy bachmat dźwigający młodego Moskala. Za nim gnał Antoszek. A z tyłu nadciągał Rudomina. Moskal zamarł, zorientowawszy się, że przegrali. Puścił prawą rękę Dydyńskiego, ale ten jednym ruchem chwycił go za kaftan.

— Puskaj, ta pojdu do dydka!

Ale Jacek nie puścił. Moskal szarpnął się, zamachał rozpaczliwie rękoma, a wtedy dopadł go od tyłu Rudomina, rąbnął w łeb rękojeścią szabli, aż dworianin zwalił się na przedni łęk kulbaki. Dydyński uderzył płazem w plecy, potem poprawił rękojeścią w prawe ramię.

Moskal zakrzyczał, zawył.

— Pożałuj! — jęknął. — Ja za Dymitrem…

— Wszyscyście za Dymitrem, kiedy bieda. — Rudomina przystawił mu pistolet do łba. — Ruki w tył, dytczy synu! Albo na kolana i klep pacierze.

Pan Michał od razu sięgnął do kalety dygocącego Moskala. I tu jego ręka spotkała się z rękawicą Dydyńskiego.

— Hejże, mospanie! — warknął szlachcic. — Ręce przy sobie! To mój niewolnik!

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)