Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 81
Перейти на страницу:

Die 31/21 decembris

Obóz wojsk Dymitra pod Nowogrodem, o świcie

— Mości panie, przez munsztuk trąbili!

Dydyński zaplątał się w baranicę, odrzucił ją wściekły, chwycił pas z szablą. Zapiął go na zbroi, potem podciągnął szablę i przełożył pierwsze kółko przez hak, tak by wisiała pionowo.

— Panie Nieborski! Na koń!

Niepotrzebnie wołał, pocztowy był już na zewnątrz. Kiedy Jacek wyszedł na mróz, czeladź podprowadziła Hetmankę i podjezdka. Borek dopiął sprzączkę nachrapnika, odrzucił tybinki, dociągnął oba popręgi z całej siły.

Dydyński wbił stopę w strzemię, chwila i siedział w kulbace, chwycił wodze. Borek wciskał husarskie skrzydło w tuleję pod tylnym łękiem, poklepał konia po zadzie.

— Można ruszać!

— Panie pocztowy, gotowe?

— Wszystko gra!

Dydyński podjechał do Nieborskiego, wyciągnął jego pistolet z olstra. Kurek był odciągnięty, panewka podsypana, opuszczona. Uśmiechnął się i klepnął kompana po ramieniu.

— Odpuszczasz?

Pocztowy milczał przez chwilę.

— Wszystko i na wieki wieków! — mruknął wreszcie.

— W konie!

— Pomagaj Bóg, dobrodzieju.

— Służba! Po sławę i chwałę!

Wyjechali na obozową ulicę zatłoczoną ludźmi i końmi. Kafarki i latarnie rzucały krwawy blask na husarskie napierśniki i zdobione kamieniami blachy końskich uzd.

— Czwórkami marsz!

W ciemności Dydyński bardziej poczuł, niż zobaczył, jak z lewej strony dołącza do niego Przybyłowski, z prawej Rudomina i Aniołowicz.

Szli na wojnę, na bitwę, rozparci w kulbakach jak na biesiadę, pod niebem pełnym gwiazd.

Obóz pełen był szczęku broni, nawoływań, blasku latarń i ogni. Z tyłu maszerowali hajducy wojewody w magierkach z zawadiackimi piórami, pewnie zrabowanymi z jakiejś ptaszarni w bojarskim dworze. Na ramionach nieśli arkebuzy, w lewym ręku trzymali tlące się lonty. Za nimi podążali Niemcy, potem chorągwie kozackie i petyhorskie. Aż wreszcie artyleria i semeni dworscy.

Za bramą zatrzymywali się czwórka za czwórką. Podbiegali do nich pachołkowie Dymitra, przynosząc długie na siedem i pół łokcia drzewka, czyli kopie zwieńczone czarno-żółtymi proporcami. Dydyński chwycił swoją, podniósł i wsunął dolną część w tok zwieszający się z przedniego łęku.

— Dalej! — zakomenderował Gogoliński. — Stawać w ordynku.

Kłusem, potem rysią szli na swoje miejsce.

— Jeszczeeee! Stój już!

Husaria zamarła niczym żelazny mur naszpikowany drzewcami kopii, zjeżony murem skrzydeł i lasem proporców. Środek szyków. Polski huf walny. Zaszczytne miejsce dla carskiej roty husarskiej. Przecież to oni mieli teraz szarżować, obalać własnymi piersiami niczym taranem wrogów carewicza i Rzeczypospolitej. Koniec z błotem. Koniec ze szturmami moskiewskiego chlewika. Doczekali się!

Ramię w ramię w bitewnym szczęku, w wyciszonym przez śnieg grzmocie kopyt stawały roty husarskie, petyhorskie i kozackie. Stanisława Mniszcha czarna, pana Fredry żółta, Szczuki błękitna. Sześćset koni. Srebrzysty mur zbroic obramowanych złotawymi mosiężnymi okuciami, które błyszczały w promieniach wschodzącego słońca niczym rój gwiazd. Chmura srebrzystych skrzydeł na tylnych łękach, niby u aniołów.

— Skrzydłowi na miejsca!

Czterej wybrani towarzysze przejechali przed frontem roty. Zajęli pozycje na obu krańcach chorągwi, aby potem w czasie szarży spychać do środka pędzących cwałem husarzy i zwierać w ten sposób szyki, lub też przeciwnie — rozjeżdżać się, rozluźniając je, gdyby znaleźli się na wprost przygotowanych do strzału dział i rusznic moskiewskiej piechoty.

— Zajeżdżający w tył!

Przybyłowski i Sienieński złożyli kopie, zrobili w tył zwrot, przybili braterski uścisk dłoni i odjechali na swoje miejsca. Jeszcze raz zawrócili konie, stając za plecami husarzy. I z cichym sykiem dobyli szabel. Dydyński poczuł dreszcz. Między ostrzami zajeżdżających a plecami pocztowych i towarzyszy szczerzyła zęby śmierć.

Jesteśmy szlachtą — solą ziemi. Dumą Rzeczypospolitej. Szablą i mieczem Litwy i Korony. Po to nas matki wydały na świat. Ojcowie nauczyli szabli, a łomot końskich kopyt tulił do snu.

Nie będzie tchórzy. Każdego, kto spróbuje uciec, spotka śmierć. Zajeżdżający zastrzeli go, zarąbie jak wściekłego psa.

Wojska Samozwańca stawały w ordynku. Na środku w hufie przednim husaria. Za nimi bojarzy Massalskiego i piechota wojewody. Na prawym rogu, czyli skrzydle, konni semeni, Dońcy na bachmatach, zielona i szara zaporoska piechota ze spisami.

Na lewym — lżejsze polskie znaki. Chorągwie jazdy kozackiej, która poza nazwą nie miała nic wspólnego z Zaporożcami, bowiem służyła w niej szlachta. Petyhorcy w kolczugach i misiurkach. Roty Kruszynina, Bylińskiego i Adama Dworyckiego. Za nimi konni ochotnicy Ratomskiego. Zaporożcy i chorągwie Moskwy. Gromada strzelców i regiment Niemców wojewody Mniszcha.

Krzyki, kwik koni, brzęk metalu, chrzęst opuszczanych kurków, wszystko uspokajało się powoli. Zapadła cisza przerywana chrzęstem śniegu. Stali ramię w ramię, trzymając w prawicach kopie; wiatr szeleścił morzem proporców nad ich głowami.

Nagle łomot kopyt, prychanie wierzchowca. Dymitr wyjechał przed żelazny szereg blady, w kirysie husarskim, z narzuconą karmazynową ferezją. Bez czapki. W jego oczach płonął ogień.

Hetmanka drgnęła. Rzuciła łbem, zagrzebała nogą w śniegu, dumna jak księżniczka, bo przystrojona barwną forgą.

— Stój — rzekł Dydyński. — Jeszcze się doczekasz, mościa panno.

Dymitr zatrzymał kapryśnego, drobiącego nogami turka przed szeregiem husarii. I skłonił się nisko, niemal uniżenie.

— Mości panowie bracia! — zakrzyknął. — Nadszedł czas sądu, dzień zapłaty! Za moją krew i krzywdę. Za poniżenie ruskiego ludu i prawosławnej Moskwy. Oto nadchodzą wojska Godunowa! Krwawego tyrana, tatarskiego raba, zdrajcy i krzywoprzysięzcy! Oto nadchodzi wasz dzień. Idźcie w bój i czyńcie, do czego żeście powołani jako szlachta. Sława tylko prowadzi człowieka prosto do niebios. Tak więc chwyćmy za broń i mężnie, radośnie — z nami Boża pomoc i błogosławieństwo — uderzmy na wiarołomnych zdrajców, łamiących ludzkie i boskie prawo. Nie bójcie się, że jest ich więcej; pole bitwy nie należy do tego, kto silniejszy, lecz do tego, kto mężniejszy i bardziej cnotliwy, czego wiele przykładów znajdujemy w dziejach wojen i bitew. Mnie nie opuszcza nadzieja odzyskania dziedzictwa ojców moich, a was czeka nieśmiertelna sława, ze wszystkich nagród — najbardziej słodka.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)