Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:

Ta książka jest dla mnie niesamowita. Wokół słyszymy wciąż: narkomani, nie, narkotyki, nie, to niezdrowe, nie, to szkodliwe, nie, trucizna, nie, narkotyki, nie, złe towarzystwo, nie, nie i nie… A (może nie mnie, ale wielu) to wcale nie odstrasza, wręcz zaciekawia. Ta książka mówi o psychice młodej narkomanki, o skutkach nałogu, o tym, że nie mogła spełnić swych marzeń, o miłości w narkotykach, o tym, kim się staje człowiek, gdy zaczyna brać narkotyki.
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 78
Перейти на страницу:

Detlef mówił wtedy: – Nie wyobrażaj sobie, że będę spał z taką pipą, co daje się walić najgorszym bucom.

A ja odpowiadałam: – i tak mnie już wkurwia, że się dajesz jebać w dupę. – I tak dalej.

W końcu zaczynałam przeważnie płakać, a Detlef był kompletnie wykończony, albo płakaliśmy oboje. Jak któreś z nas było na głodzie, to drugie mogło go wykończyć z palcem w nosie. To, że w końcu znowu tuliliśmy się do siebie jak dwa dzieciaki, niczego właściwie nie załatwiało. Już nie tylko między nami, dziewczynami, ale też między mną a Detlefem zrobiło się tak, że każde z nas widziało w tym drugim swoje własne zeszmacenie. Człowiek nienawidził tej własnej beznadziejności i wyżywał się na drugim za taką samą beznadziejność, bo chciał sobie chyba udowodnić, że wcale jeszcze taki beznadziejny nie jest.

Oczywiście tę agresję wyładowywało się też na obcych. Wpieniałam się od razu, jak tylko zobaczyłam gdzieś na dworcu te babsztyle z siatami zakupów. Zaraz wsiadałam z zapalonym papierosem do wagonu dla niepalących. Kiedy zaczynały coś marudzić, to mówiłam, że jak im się nie podoba, to mogą sobie iść do innego przedziału. Największą miałam radochę, jak mi się udało sprzątnąć takiej babie sprzed nosa wolne miejsce. Czasem od tych moich numerów robił się szum na cały przedział, a bywało i tak, że siłą wysadzali mnie na peron. Mnie samą wkurzało, że się tak zachowuję. Wkurzało mnie też, jak Babsi i Stella robiły to samo. Przecież nie chciałam mieć z tymi kołtunami nic wspólnego. Ale widać nie mogłam inaczej i musiałam ciągle wykręcać te numery.

Kompletnie mi wisiało, co sobie ktoś o mnie pomyśli. Jak się zaczynało to potworne swędzenie, swędziało wtedy wszędzie, gdzie ubranie było obcisłe, a nawet pod makijażem, to drapałam się bez względu na to, gdzie akurat byłam. Nie miałam żadnych oporów, żeby w kolejce podziemnej zdjąć buty i podkasać sukienkę aż do pępka, żeby się tylko podrapać. Interesowało mnie tylko to, co myślą o mnie ludzie z paczki.

W którymś tam momencie narkomanowi w ogóle wszystko zaczyna wisieć. Wtedy przestaje należeć do jakiejś paczki. Znałam paru starych narkomanów, którzy ładowali już od pięciu i więcej lat i jeszcze żyli. Nasz stosunek do starych ćpunów był bardzo różny. Ci kompletni samotnicy wydawali się nam w pewnym sensie wspaniali. Zresztą dobrze było, jak człowiek mógł powiedzieć swoim, że zna tego a tego ze starych. Z drugiej strony gardziłam nimi, bo przecież każdy z nich był już kompletnie skończony. Ale my, młodzi, mieliśmy przed nimi przede wszystkim cholernego cykora. Bo w nich autentycznie nie było już ani odrobiny jakiejś moralności, sumienia czy współczucia. Jak byli na głodzie i chcieli dorwać się do towaru, to potrafili wyrolować nawet kumpla-narkomana. Najgorszy był Manne-Szajbus. Wszyscy go tak nazywali, bo ten to był już najgorszy ze wszystkich. Wystarczyło, żeby dostawcy zobaczyli go z daleka, a pryskali szybciej niż w czasie obławy. Bo jak dorwał jakiegoś drobnego handlarza, to po prostu zabierał mu cały towar. Nikt nie miał odwagi się bronić. A już jakiś drobny ćpun to w ogóle.

Raz miałam okazję zobaczyć Szajbusa w akcji. Właśnie zamknęłam się w damskim kiblu, żeby sobie władować, a tu nagle ktoś normalnie przeskakuje górą przez ściankę prosto mi na głowę. Manne-Szajbus. Wiedziałam już z opowiadań, że to jego stały numer: czekać sobie w damskim kiblu, aż przyjdzie jakaś z herą. Wiedziałam, jaki potrafi być bezwzględny. No więc dałam mu swoją działkę i cały sprzęt. Od razu wyszedł z kabiny i stanął przed lustrem. Ten to już niczego się nie bał. Władował sobie prosto w szyję. Na całym ciele nie miał już miejsca, gdzie by się mógł wkłuć. Zaczął krwawić normalnie jak wieprz. Musiał sobie chyba władować w tętnicę. Ale to mu nie robiło kompletnie żadnej różnicy. Powiedział „dziękuję bardzo” i zmył się.

Jedno, czego byłam pewna, to to, że do tego nigdy nie dojdę. Bo, żeby przeżyć tyle czasu, co Manne-Szajbus, to trzeba być rzeczywiście nie byle kim. A ja? Przecież nawet nie mogłam się zdobyć, żeby podwędzić torebki z damskiego kibla w domu towarowym.

W naszej paczce wszystko coraz bardziej zaczynało się kręcić wokół zarabiania i klientów. Chłopaki mieli te same problemy, co i my. Dlatego było jeszcze jakieś wzajemne zainteresowanie i można było sobie nawzajem konkretnie pomóc. My, dziewczyny, wymieniałyśmy między sobą doświadczenia z klientami. Krąg naszych klientów z czasem się ustalił. Kiedy jakiś klient był dla mnie nowy, to najczęściej miała go już Babsi albo Stella. No więc dobrze było znać ich doświadczenia.

Byli klienci godni polecenia, mniej godni polecenia i absolutnie nie do przyjęcia. Przy tej ocenie wcale nie chodziło o osobiste sympatie. Nie interesowało nas także, kim taki klient jest z zawodu, czy ma żonę i tak dalej. O tych wszystkich prywatnych duperelach, które opowiadają klienci, w ogóle się nie rozmawiało. Oceniając tych facetów brałyśmy pod uwagę tylko własne korzyści.

Korzystne było, jak taki facet panicznie bał się chorób wenerycznych i do wszystkiego musiał mieć prezerwatywę. Niestety tacy trafiali się dosyć rzadko, chociaż większość amatorek prędzej czy później łapała jakiegoś syfa, a jak któraś była uzależniona, to bała się iść do lekarza.

Korzystne było, jak facet od razu nie chciał nic więcej, jak co najwyżej po francusku. To znaczy, jak nie trzeba było najpierw godzinami targować się o warunki. Ale plus przyznawało się też facetowi, który był stosunkowo młody i nie taki obrzydliwie spasiony, który nie traktował dziewczyny jak przedmiotu, tylko był chociaż trochę miły i, powiedzmy, umiał zaprosić nawet na jakieś jedzenie.

Ale najważniejszym kryterium jakości klienta było oczywiście to, ile dawał forsy i za co. Nie do przyjęcia byli faceci, którzy nie trzymali się warunków i w pokoju próbowali prośbą i groźbą wymusić na nas dodatkowe świadczenia.

No a najdokładniej opisywałyśmy sobie tych parszywych palantów, którzy potem chcieli z powrotem forsę i potrafili ją nawet czasem siłą odebrać, bo niby nie są zadowoleni z usługi. Z tym, że chłopaki częściej mieli z takimi chamami do czynienia.

Kiedyś tam zaczął się rok 1977. Przestałam prawie w ogóle zauważać pory roku. Czy to była zima, czy lato, czy były akurat święta, czy sylwester, dla mnie te dni w ogóle się od siebie nie różniły. Czymś szczególnym na święta było co najwyżej to, że znowu dostawałam w prezencie trochę forsy i w związku z tym mogłam zrezygnować z jednego czy dwóch klientów, i tak zresztą w dni świąteczne trudno było cokolwiek podłapać. Byłam na etapie kompletnego otępienia. Nie zastanawiałam się nad niczym. Kompletnie. Nic do mnie nie docierało. Zajmowałam się tylko i wyłącznie sobą. Ale nie miałam pojęcia, kim jestem. Czasami to nawet nie wiedziałam, czy w ogóle jeszcze żyję.

Prawie już nie pamiętam szczegółów z tamtego czasu. Chyba zresztą nie było nic takiego, co by warto było magazynować w szarych komórkach. Aż do którejś niedzieli pod koniec stycznia 1977 roku. Wróciłam do domu jakoś tak nad ranem. Właściwie nawet miałam całkiem dobry nastrój. Leżałam w łóżku i wyobrażałam sobie, że jestem młodą dziewczyną, która wróciła właśnie z zabawy, gdzie poznała niesamowicie miłego chłopaka i jest w nim diabelnie zakochana. Dobry nastrój pojawiał się u mnie właściwie już tylko wtedy, jak sobie marzyłam i w marzeniach byłam kimś zupełnie innym. Najczęściej marzyłam sobie właśnie, że jestem pogodną nastolatką, taką jak na reklamie coca-coli.

W południe obudziła mnie mama i podała mi obiad do łóżka. Kiedy w niedzielę byłam w domu, a nie u Detlefa, mama zawsze podawała mi jedzenie do łóżka. Wmusiłam w siebie parę kęsów. Właściwie nic już nie mogłam przełknąć oprócz jogurtu, twarożku i puddingu. Potem sięgnęłam po swoją białą plastikową torbę. Była już dosyć zniszczona, urwane uszy, ponadrywana, bo oprócz strzykawki i papierosów wpychałam do niej czasem kurtkę. Było mi tak wszystko jedno, że nawet nie przyszło mi do głowy, by ją zmienić. Byłam za bardzo zobojętniała, żeby się zastanowić, co robię, kiedy przedefilowałam przed mamą z tą plastikową torbą w ręce do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi. W naszej rodzinie nikt nigdy nie zamykał drzwi do łazienki na zamek. Jak zwykle popatrzyłam w lustro. Zobaczyłam kompletnie zapadniętą, obcą twarz. Już od dawna przestałam się rozpoznawać w lustrze. Ta twarz nie była moja. Tak samo jak kompletnie wychudzone ciało. Przestałam je w ogóle czuć. Nawet jak byłam chora, nie dawało o sobie znać. Heroina znieczuliła je na wszelki ból, głód, a nawet na wysoką gorączkę. Zauważało tylko głód narkotyczny.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)