My, Dzieci Z Dworca Zoo
- Автор: F Christiane, Felscherinow Christiane Vera
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
Nie przejmowałam się już tak strasznie moimi układami z Detlefem. Kochałam go, jasne, i nadal chciałam kochać. Ale z drugiej strony byłam od niego niezależna. Nie potrzebowałam już ani jego towaru, ani ciągłej opieki. Właściwie zrobiło się między nami jak w nowoczesnym małżeństwie, o jakim marzy tylu młodych ludzi. Byliśmy kompletnie niezależni jedno od drugiego. Jakoś tak też samo wyszło, że jak któraś z nas miała więcej towaru, to dzieliła się tylko z dziewczynami, a chłopaki martwili się o siebie sami.
Ale te nasze przyjaźnie były przecież w końcu oparte na herze. Wszyscy z tygodnia na tydzień robiliśmy się coraz bardziej agresywni. Proszek i cała ta nerwowa, dzień w dzień walka o forsę i towar, wieczny stres w domu, ukrywanie i kłamstwa, którymi oszukiwaliśmy rodziców, wszystko to szarpało nerwy. Nawet we własnym gronie nie umieliśmy już pohamować agresji, która się w nas gromadziła.
Najlepiej rozumiałam się jeszcze z Babsi, która była zresztą najspokojniejsza z nas. Często chodziłyśmy razem na zarobek. Kupiłyśmy sobie jednakowe wąskie czarne spódnice z rozporkiem po sam tyłek. Pod spodem miałyśmy czarne podwiązki z klamerkami. Klienci strasznie się na to napalali. Czarne podwiązki, a do tego nasze dosyć dziecinne figury i dziecinne buźki.
Krótko przed Bożym Narodzeniem 1976 mój ojciec wyjechał gdzieś na urlop i pozwolił mnie i Babsi pomieszkać przez ten czas u siebie w mieszkaniu razem z moją siostrą. Ścięłyśmy się z Babsi potwornie zaraz pierwszego wieczora. Nawrzucałyśmy sobie w tak ordynarny sposób, że moja o rok młodsza siostra aż się popłakała. Jak chciałyśmy sobie nawzajem dołożyć, to używałyśmy już normalnie dziwkarskiego języka. A moja siostra nie miała oczywiście pojęcia o naszym podwójnym życiu.
Następnego dnia rano znowu byłyśmy najlepszymi kumpelkami. Zawsze tak było: Jak się człowiek wyspał i powolutku zaczynał trzeźwieć, to był przeważnie w dosyć pokojowym nastroju. Umówiłyśmy się z Babsi, że nie władujemy sobie od razu z samego rana, tylko spróbujemy jak najdłużej wytrzymać. Często już tego próbowałyśmy. Takie czekanie do ostatniej chwili to był prawdziwy sport. Ale bez przerwy rozmawiałyśmy o nieziemskiej działce czyściutkiej hery, którą w końcu sobie władujemy. Byłyśmy zupełnie jak dwoje dzieci w Wigilię na krótko przed rozdaniem prezentów.
Przy okazji oczywiście moja siostra coś niecoś tam usłyszała. Dosyć szybko się pokapowała, że mamy jakiś narkotyk. Ale nawet nie miała pojęcia, że bierzemy nałogowo. Przysięgła zresztą na wszystkie świętości, że nic nie powie ojcu ani mamie i, że nas nie sypnie, w razie gdyby przypałętał się ktoś z rodziny Babsi. Trzymali ją przecież w domu dosyć ostro i ani jej dziadkom, ani rodzicom nawet się nie śniło, że jest heroinistką i prostytutką.
Babsi wyjęła z plastikowej torby swój ulubiony smak do twarożków, truskawkowy. Normalnie była pieprznięta na tym punkcie. To jest takie coś, co się rozrabia z twarożkiem. Właściwie jadła tylko twarożek z dodatkiem tego smaku. Moje jedzenie wcale nie było bardziej urozmaicone: poza twarożkiem jeszcze jogurt, pudding i precelki, które można było kupić na dworcu kolejki przy Kurfürstendamm. Nic innego mój żołądek nie był już w stanie utrzymać. No więc Babsi zajęła się w kuchni tym smakiem do twarożków. To było coś jak święty rytuał. Siostra i ja siedziałyśmy w skupieniu i wszystkie trzy niesamowicie cieszyłyśmy się na myśl, że zaraz wtrząchniemy wielkie twarożkowe śniadanie. Nie ma co dodawać, że śniadanie miało się zacząć dopiero wtedy, jak władujemy sobie z Babsi po działce.
Kiedy Babsi zmiksowała już twarożek na prawdziwą piankę, nie wytrzymałyśmy. Powiedziałyśmy mojej siostrze, żeby ładnie nakryła do stołu i zamknęłyśmy się w łazience. Jak tylko weszłyśmy do środka, znowu zaczął się między nami dramat, bo powoli brał nas głód.
Miałyśmy tylko jedną sprawną pompkę i powiedziałam, że szybciutko właduję sobie pierwsza.
Babsi od razu się wściekła: – Dlaczego ciągle ty. Dzisiaj ja muszę być pierwsza. W końcu to ja zarobiłam na tę działkę.
Teraz ja się z kolei wpieniłam. Nie mogłam ścierpieć, kiedy Babsi próbowała wyciągać korzyści z tego, że często ma więcej towaru od nas i coś nam odpala. Powiedziałam: – Słuchaj, stara, przecież u ciebie to trwa wieczność. Nie świruj. – To była prawda. Często potrzebowała pół godziny, żeby się dobrze wkłuć. Prawie nie miała żył. A jak za pierwszym razem nie pokazała się krew w strzykawce, to ona zaczynała wariować. Kłuła się bez pojęcia gdzie popadnie i coraz bardziej się śpieszyła. A wtedy jedyny ratunek w przypadkowym trafieniu.
Ja wtedy nie miałam jeszcze kłopotów. Jeśli nie władował mi Detlef – tylko jemu wolno było to robić – to kłułam się w tym czasie zawsze w jeden punkt na zgięciu lewej ręki. Wszystko było dobrze tak długo, aż mi się tam porobiły zrosty i zbliznowacenia. Potem to już normalnie nie miałam pojęcia, gdzie by tu się jeszcze wkłuć.
Tego dnia postawiłam w końcu na swoim. Babsi się na mnie wpieniła, dostałam strzykawkę, trafiłam od razu i po niecałych dwóch minutach byłam gotowa. To był bombowy kop. Krew to mi tylko szumiała. Zrobiło mi się niesamowicie gorąco. Podeszłam do umywalki, podstawiłam twarz pod kran i kompletnie szczęśliwa zaczęłam coś tam przy sobie robić.
Babsi siadła na brzegu wanny, wbiła sobie igłę w rękę i już zaczyna się wściekać. Wrzasnęła: – Kurważeż mać, udusić się można w tym kiblu. Otwórz, cholera, okno.
Powiedziałam: – Musisz się z tym jakoś pogodzić, że tu nie ma czym oddychać, i odwal się ode mnie. – Kompletnie mi wtedy zwisało, co się z nią dzieje. Wtryniłam sobie działkę i wszystko było okay.
Babsi chlapała krwią na wszystkie strony, ale żyły nie mogła trafić. Zaczynała coraz bardziej wariować. Rozdarła się: – Cholera z takim światłem. Przynieś coś, kurwa. Przynieś mi lampę z pokoju.
Za nic mi się nie chciało leźć do pokoju po lampę dla Babsi. Dopiero jak zaczęła się coraz bardziej wydzierać i przestraszyłam się, że siostra coś skapuje, przyniosłam lampę. W końcu jakoś sobie poradziła. Od razu zrobiła się spokojna. Opłukała starannie strzykawkę i starła krew z wanny i z podłogi. Nie mówiła już ani słowa.
Poszłyśmy do kuchni i poczułam straszną ochotę na twarożek. Wtedy Babsi wzięła miskę, przycisnęła ręką do siebie i zaczęła wchrzaniać. Autentycznie sama opchnęła całą michę twarożku. Powiedziała tylko: – Ty wiesz, za co.
Obie okropnie się cieszyłyśmy, że pomieszkamy trochę razem w mieszkaniu mojego ojca, a tu już pierwszego dnia z samego rana piekielna awantura. O nic. Ale byłyśmy przecież narkomankami. A wszyscy narkomani z czasem tacy się robią. Narkotyk niszczy związki z innymi ludźmi. Z nami było to samo. Mimo, że w naszej paczce, gdzie wszyscy był i jeszcze bardzo młodzi, każdy był do każdego przywiązany i wciąż mi się jeszcze wydawało, że drugiej takiej paczki to nie ma nigdzie na świecie.
Moje kłótnie z Detlefem też robiły się coraz bardziej fatalne. Oboje byliśmy już fizycznie dosyć wykończeni. Ja przy moim metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu spadłam do czterdziestu trzech kilogramów, Detlef, który ma metr siedemdziesiąt sześć do pięćdziesięciu czterech kilogramów. Często bardzo źle się fizycznie czuliśmy, wtedy wszystko nas wnerwiało i potrafiliśmy być dla siebie naprawdę obrzydliwi. Autentycznie staraliśmy się w brutalny sposób wykończyć się nawzajem. Każde z nas dobierało się przy tym do najsłabszego punktu drugiego. A tym punktem było oczywiście zarabianie, chociaż normalnie traktowaliśmy to tak, jakby chodziło o całkiem uboczną rutynową sprawę.