Dziedziczka Morza i Ognia [The Heir to Sea and Fire - pl]
- Автор: МакКиллип Патриция
- Серия: Mistrz Zagadek #2
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-41-2
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dziedziczka Morza i Ognia [The Heir to Sea and Fire - pl]». Краткое содержание книги:
Na twarzy Lyry odmalowała się niepewność. Nie odzywając się, usiadła obok Tristan przy trapie.
Milczenie, jakie zapadło, przerwała po chwili Goh.
— Morgola nie zostawiła rozkazów zobowiązujących nas do pozostania w Herun. Na bezdroża lepiej nie zapuszczać się w pojedynkę.
— A co będzie, jeśli ona, prowadząc poszukiwania poza granicami Herun, spotka go samego… — Lyra zrobiła głęboki wdech, tak jakby szykowała się do wydania jakiegoś rozkazu, ale zaraz zacisnęła usta.
— Lyro — odezwała się trzeźwo Trika — żadna z nas nie wie, co robić; nie mamy rozkazów. Odetchnęłybyśmy wszystkie z ulgą, gdybyś wstrzymała się na czas jakiś z wystąpieniem ze służby.
— Dobrze. Siodłajcie konie, ruszamy do Miasta Korony. Choć morgola w takiej tajemnicy opuściła Herun, to nawet ona musiała zostawić jakiś ślad.
Strażniczki rozbiegły się. Raederle przykucnęła obok Lyry, która siedziała przy trapie, z włócznią ułożoną w poprzek kolan. Patrzyły w milczeniu, jak marynarz, pogwizdując pod nosem, sprowadza na ląd konia Lyry.
— Myślisz, że dobrze czynię, ruszając za nią? — spytała Lyra.
Raederle kiwnęła głową. Miała jeszcze przed oczami umęczoną, znajomą twarz sączącego wino harfisty, która w blasku ogniska wydala jej się dziwnie szydercza, w uszach dźwięczała jej jeszcze lekka ironia, której nigdy dotąd nie słyszała w jego głosie.
— Tak — wyszeptała. — Jesteś jej potrzebna.
— A co ty zamierzasz? Przyłączysz się do mnie?
— Nie. Płynę z Bri z powrotem do Caithnard. Skoro Morgon kieruje się na południe, to może właśnie tam.
Lyra zerknęła na nią z na nowo rozbudzonym zainteresowaniem.
— On zmierza do An.
— Być może.
— A dokąd skieruje się potem? Do Lungold?
— Nie wiem. Podejrzewam, że tam, gdzie jest Deth. Tristan, siedząca po drugiej ręce Lyry, uniosła głowę.
— Nie uważacie — zapytała z goryczą — że on najpierw powinien zajrzeć na Hed? Chyba że chce najpierw zabić Detha i dopiero potem wrócić do domu, by wszystkim o tym opowiedzieć?
Spojrzały na nią. Oczy miała pełne łez, usta ułożone w podkówkę. Wpatrywała się przez chwilę w łebki ćwieków wbitych w deski pomostu, a następnie podjęła:
— Gdyby się tak nie śpieszył, gdybym była w stanie go dogonić, nakłoniłabym go może do powrotu do domu. Ale jak mogę to zrobić, skoro on nigdzie nie zagrzeje na dłużej miejsca?
— W końcu zawita do domu — pocieszyła ją Raederle. — Nie wierzę, żeby zmienił się aż tak, by Hed przestała go zupełnie obchodzić.
— On się zmienił. Kiedy był ziemwładcą Hed, prędzej zadałby śmierć sobie, niż kogoś zabił. Teraz…
— Tristan, jego skrzywdzono, i to prawdopodobnie bardziej, niż którakolwiek z nas potrafi sobie wyobrazić…
Dziewczyna kiwała nerwowo głową.
— Tyle to sama wiem. Na Hed ludzie też zabijają jeden drugiego… w gniewie, z zazdrości, ale… ale nie tak. Tropiąc kogoś jak zwierzynę, z wyrachowaniem zapędzając go w pułapkę bez wyjścia. To niepodobne do dawnego Morgona. A jeśli… jeśli on to zrobi i wróci potem na Hed, to jak się poznamy?
Zamilkły. Po trapie schodził powoli marynarz dźwigający na ramieniu baryłkę wina. Bri Corbett wrzasnął coś za ich plecami, ale wiatr uniósł jego głos jak okrzyk mewy. Raederle poprawiła się niespokojnie.
— On to wie — powiedziała cicho. — Wie w głębi duszy, że ma wszelkie podstawy, by się mścić, ale musi pamiętać o jednym. O tym, mianowicie, że potem sam sobie będzie sędzią. Okaż mu trochę zaufania. Wracaj do domu, czekaj i nie trać wiary w niego.
— To najrozsądniejsze słowa, jakie słyszałem od początku całej tej zwariowanej wyprawy — odezwał się Bri Corbett, który zszedł w międzyczasie ze statku i stał teraz za nimi. — A więc do domu?
— Na razie do Caithnard — powiedziała Raederle.
— Cóż — westchnął Bri. — Na początek dobre i to. Rozejrzę się tam za jakąś robotą, na wypadek gdyby twój ojciec uznał, że po tym wszystkim nie chce już oglądać w An mojej gęby. Ale prawdę mówiąc, to z całą pokorą przyjąłbym jego klątwę i wyłysiał, gdybym tylko mógł odstawić cię na tym statku do samego portu w Anuin.
Lyra podniosła się i nieoczekiwanie uściskała Bri, przekrzywiając mu przy tym włócznią kapelusz.
— Dziękuję ci — powiedziała. — Powiedz Mathomowi, że to moja wina.
Zażenowany Bri, rumieniąc się, poprawił kapelusz.
— Wątpię, by mi uwierzył.
— Słyszałeś tu jakieś wieści o nim? — zapytała Raederle. — Wrócił?
— Nikt nic nie wie. Ale… — Bri urwał i ściągnął brwi.
— To już prawie dwa miesiące — zauważyła Raederle. — Skoro Morgon żyje, przysięga już go nie zobowiązuje i powinien wrócić do An, zanim zaczną się tam niepokoje.
Strażniczki ustawiły się przed statkiem w dwuszeregu. Kia podprowadziła konia Lyry. Raederle i Tristan wstały, i Lyra uściskała najpierw jedną, a potem drugą.
— Do zobaczenia. Wracajcie do domu.
Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie Raederle, po czym odwróciła się, dosiadła konia, zasalutowała im włócznią, której grot błysnął w słońcu niczym srebrna pochodnia, zajęła swoje miejsce obok Triki na czele kolumny i nie oglądając się już za siebie, poprowadziła strażniczki przez port w Hlurle. Raederle odprowadzała strażniczki wzrokiem, dopóki ostatnia z nich nie zniknęła za magazynami. Dopiero wtedy odwróciła się i weszła za Bri i Tristan po trapie.
— No — westchnął Bri, kiedy znaleźli się na pokładzie — nikt nie będzie się już ćwiczył w strzelaniu z łuku do bomu, podróż więc zapowiada się spokojnie. Jak tylko skończymy załadunek zapasów, podnosimy żagle i ruszamy do Caithnard. Opływając jak najszerszym łukiem Ymris — dorzucił posępnie. — Wolę mieć do czynienia z samym królem An niż spotkać się teraz z Astrinem Ymrisem.
Podczas całej długiej podróży do Caithnard nie napotkali ani jednego, ani drugiego. Czasami tylko mijali się z jakimś statkiem kupieckim, który tak samo jak oni okrążał przezornie niespokojne wybrzeże Ymris. Zdarzało się często, że taki statek podpływał bliżej, żeby wymienić się z nimi informacjami, bo wieść o porwaniu okrętu z An rozeszła się już po całym królestwie. Od załóg tych statków dowiadywali się wciąż tego samego: wojna objęła już Tor i wschodnie Umber; nikt nie wiedział, gdzie jest Morgon; nikt nie znał losu Mathoma z An; a w Caithnard doszło do czegoś niesłychanego — starodawny uniwersytet Mistrzów Zagadek odesłał studentów do domów i zamknął swoje podwoje.
Pewnego dnia po południu weszli wreszcie do portu w Caithnard. Wśród wiwatów i rozmaitych uwag padających z brzegu opuszczono ciemne żagle i doświadczony Bri dobił sprawnie do nabrzeża.
— Mamy mały przeciek — powiedział do Raederle, nie zwracając uwagi na zamieszanie. — Przed wyruszeniem w dalszą drogę do Anuin musimy go zlikwidować, trzeba też uzupełnić zapasy. Zajmie to dzień, może dwa. Mam ci wyszukać na ten czas jakąś kwaterę w mieście?
— Wszystko mi jedno. — Raederle z trudem zbierała myśli. — Chociaż, dobrze. Poproszę. Będzie mi potrzebny koń.
— Załatwione. Tristan odchrząknęła.
— Mnie też koń będzie potrzebny.
— Koń, powiadasz. — Bri obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. — A na co? Chcesz na nim jechać po wodzie do Hed?
— Zdecydowałam, że nie wracam na Hed. — Wytrzymała hardo jego wzrok. — Jadę do tego miasta… miasta czarodziejów. Do Lungold. Wiem, gdzie to jest; widziałam na twoich mapach. Prowadzi tam prosta droga z…