Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:

Wiktoria – reporterka telewizyjna około trzydziestki, niespodzianie, tuż przed wyjazdem na zdjęcia, dowiaduje się, że zostanie mamusią. Mamusią – proszę bardzo, tylko gdzie jest tatuś do kompletu?

Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.

Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…

„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 71
Перейти на страницу:

Nawet nie zapytał mnie, czy mi wygodnie!

Kiedy już wjechaliśmy na Fionię, postanowiłam go o to zagadnąć.

– Powiedz mi, Tymonie, dlaczego właściwie nic nie mówimy? Nawet mnie nie zapytałeś, czy mi wygodnie?

Roześmiał się. To nie był śmiech faceta, który stracił miliony i dobrą opinię. To był śmiech jak najbardziej beztroski!

– A wygodnie ci?

– Bardzo – powiedziałam zgodnie z prawdą.

– No widzisz. – Zaśmiał się znowu tym miłym śmiechem. – Wiedziałem.

Prawdopodobnie widział na mojej twarzy wyraz całkowitego i absolutnego błogostanu.

– A dlaczego właściwie pytasz? Masz niedosyt konwersacji?

Teraz ja się roześmiałam.

– Nie, nie mam. Jest mi bardzo dobrze.

Chciałam już powiedzieć: „Z tobą jest mi bardzo dobrze”, ale ugryzłam się w język.

– Mnie też jest bardzo dobrze – powiedział miękko. – I wiesz już teraz żałuję, że ta cała Dania jest taka mała. Szybko nam się skończy.

O mało nie powiedziałam, że możemy od Kopenhagi zawrócić, ale się powstrzymałam. Zresztą jakoś głupio mi się zrobiło. To co, że Dania jest nieduża. Przecież chyba jest nam dobrze nie dlatego, że w koszmarną, ścierkowatą pogodę pchamy się poprzez krajobrazy, których prawie nie widać, bo zapada zmierzch i leje tak, że wycieraczki nie nadążają zbierać. A może on mi chce delikatnie dać do zrozumienia, że Dania się skończy, potem jeszcze kawałek Szwecji, promik i do widzenia, miło, że pani się fatygowała, rozumiem, że to pani zawód, ale w tym stanie naprawdę pani nie musiała, oddała mi pani ogromną przysługę, zawsze będę zobowiązany, cieszę się, że mogliśmy się bliżej poznać.

Jasne jak słońce.

Poczułam nagle, że jestem potwornie zmęczona. Gorzej. Poczułam, że absolutnie i nieodwołalnie muszę sobie popłakać. Jeżeli nie popłaczę, to eksploduję!

– Słuchaj – powiedziałam, usiłując wydusić z siebie beztroski ton. – Czy moglibyśmy stanąć w jakiejś przydróżce? Chciałabym do toalety.

– Bardzo proszę. Zaraz powinna być taka duża stacja benzynowa, to staniemy.

Byle szybciej, bo czułam, jak mnie łzy dławią w gardle. Co ja sobie, kretynka ostatnia, nawyobrażałam? Facet jest po prostu uprzejmy i sympatyczny z natury, poza tym czuje się zobowiązany wobec mnie i to wszystko!

Dobrze, jest benzyniak. Z barem typu śmieciowe jedzenie.

Z przepraszającym mruknięciem w stronę Tymona wyleciałam z samochodu jak z procy i popędziłam szukać wychodka. Ledwo dopadłam toalety i zamknęłam się w niej na zatrzask, popłynęły ze mnie łzy jak mała, ale bardzo wydajna Niagara. Na szczęście to była taka kabinka z umywalką, więc puściłam wodę, w nadziei, że zagłuszy odgłosy szlochania, którego już nie musiałam powstrzymywać.

Stałam tak i ryczałam, a makijaż, który przetrzymał śnieżną zawieję nad Morzem Północnym, leciał ciemnymi kroplami na mój jasny sweter.

Prawdopodobnie rozpłynęłabym się na dobre, gdybym nie spojrzała w lustro.

Na widok swojej własnej twarzy zrazu ryknęłam jeszcze mocniej, ale już na krótko. Już zaczęłam tracić impet – nie żeby mi się polepszyło, ale uświadomiłam sobie konieczność pokazania się Tymonowi. Poza tym przypomniałam sobie, że troskliwy z niego miś i jeśli za długo będę przebywała w tym klopku, to on zaraz pomyśli, że coś złego się stało i przyleci mnie ratować.

Udało mi się zahamować szlochy. Makijaż zmyłam, oczywiście, ale malutkie, paskudne, zapuchnięte i czerwone oczka pozostały. Ochlapałam się zimną wodą, wysuszyłam – w torbie podręcznej nie miałam żadnego kremu, więc poprzestałam na pudrze – efekt był taki sobie, mówiąc bardzo oględnie. Nie było jednak wyjścia. To znaczy było właśnie tylko wyjście, więc wyszłam.

Te obrzydliwie jasne MacDonaldy!

Dobrze, że się ruszyłam, bo już czyhał w pobliżu wychodka, najwyraźniej zaniepokojony. Prawdopodobnie jeszcze chwila i zacząłby robić raban.

– Przepraszam, że to tyle trwało – powiedziałam, usiłując nadać głosowi ton swobodny i lekki. – Ale wiesz, zrobiło mi się trochę niedobrze… ach, nie mówmy o tym, jedźmy.

– Nie, nie, nie spiesz się, Wiktorio – był zatroskany – myślę, że dobrze ci zrobi, jeśli siądziemy tu na trochę, napijesz się kawy albo herbaty, albo jakiegoś drinka; nie wiem, na co miałabyś ochotę; odpoczniesz pół godzinki, może coś zjesz, odprężysz się. Biedactwo, ty musisz być przecież śmiertelnie zmęczona.

Popatrzył mi z niepokojem w oczy i oczywiście natychmiast zobaczył ślady mojego intensywnego ataku rozpaczy.

– Płakałaś? Co się stało? Wika, proszę, powiedz?

– Och, nieważne, nie patrz na mnie, bardzo cię proszę, nic mi nie jest! Wiesz, że baby w ciąży mają niestabilny system nerwowy. Jedźmy!

– Mowy nie ma. Za dwadzieścia minut. Teraz mamy przerwę na kawę… Twój kierowca musi się napić kawy. Chodź, tam jest taki mniej przemysłowy kącik, no chodź, bez kierowcy i tak nigdzie nie pojedziesz.

Zaciągnął mnie do stoliczka ustawionego w takim w miarę ciemnym kącie, za jakąś sztuczną rośliną. Rzeczywiście, można się tam było schować przed zgiełkiem barowym.

Upchnął mnie za tą rośliną tak, żebym nie rzucała się w oczy, i poszedł po tę kawę.

Wrócił migiem. Niewykluczone, że powiedział obsłudze, że mu baba umiera. Normalnie to się aż tak szybko nie odbywa. Postawił przede mną kawę, jakieś ciastko, frytki, stertę kurczaczych fragmentów w ogólnowojskowej parierce, colę, jakieś surówki.

– Nie musisz tego wszystkiego zjeść. Ja też będę jadł. Na razie sobie powąchaj, zobaczysz, że przyjdzie ci ochota.

Napiłam się tej coli, bo zimne dobrze robi na histerię. Rzeczywiście, zapachniało mi smakowicie, chociaż fast food nie Wierzynek, popatrzyłam sobie, jak Tymon z apetytem sprząta kurczaczki i udzieliło mi się. Jednocześnie zachciało mi się śmiać, bo wyobraziłam sobie Tymona chodzącego nerwowo pod damską toaletą i zrobiło mi się głupio, że tak pękłam. Chłopaki nie płaczą. A moi koledzy kochani zawsze mówili: ty nie jesteś żadna dama, ty jesteś kolega z pracy.

Spróbowałam kurczaczka. Ohydny. Ale bardzo dobry. Frytki jak to frytki. Kawa z aromatem styropianu, mocna i gorąca.

Spojrzeliśmy jednocześnie na siebie i jak na komendę wybuchnęliśmy śmiechem. Pomiędzy nami spoczywały ruiny Troi w postaci sterty kości i opakowań.

– Masz tu jeszcze ciasteczko z jabłkiem – wydusił z siebie Tymon, prychając do kawy.

– Nie, dziękuję uprzejmie, to ciasteczko się klei – powiedziałam, bo znałam już te ciastka z jak najgorszej strony. – Sam sobie ryzykuj.

Dziabnął deser widelcem.

– Właśnie przypomniałem sobie, że mój lekarz zabronił mi jedzenia jabłek, zwłaszcza na ciepło…

Odeszły mnie rozpacz i beznadzieja. Nie wiem, czy to pod wpływem panierowanych skrzydełek, czy raczej spokoju i stanowczości, jakie prezentował ten mój kierowca.

A jakąż wykazał intuicję: sam poleciał po następne porcje kawy.

– Słuchaj, Wikuś – powiedział przy tej deserowej kawie ze styropianem – chciałbym być pewien, że już ci lepiej…

– Lepiej, lepiej, możemy jechać dalej. Przepraszam cię za te sceny, zachowałeś się bardzo miło, powinieneś mi zrobić coś złego, a ty mnie karmisz kurczakami.

– Powiesz mi, co to było?

– Histeria albo coś w tym rodzaju.

– We wszystko uwierzę, tylko nie w to, że jesteś histeryczką – mruknął. – Coś cię gryzie, a ja dałbym wszystko, żeby wiedzieć co to jest. I dlaczego właśnie teraz cię to dopadło.

Patrzył na mnie uważnie, bez uśmiechu; może z czułością? Jeszcze chwila, a znowu się rozrzewnię! No, no, chłopaki nie płaczą!

– Nie kombinuj – okazałam stanowczość. – Jedziemy?

– Czekaj – powiedział cicho i ujął moje ręce w swoje. Przez chwilę wahał się, jakby myślał, od czego zacząć. Zrobiło mi się gorąco. – Posłuchaj mnie…

I w tej chwili do sali wkroczyli moi kochani koledzy oraz cała reszta towarzystwa.

Wprawdzie wyprzedziliśmy ich na trasie sporo, ale teraz właśnie nas dogonili. Ucieszyli się szalenie, bo zobaczyli samochód Tymona na parkingu benzyniarni. Więc zdecydowali, że też się tu pożywią. Zaczęli zamawiać swoje kurczaki, frytki i kawy.

Gdybym mogła ich wszystkich pozabijać, to bym to zrobiła. Spojrzenie Tymona, które mi rzucił, świadczyło, że on też.

Dalej już nie było tak jak przedtem. Przeszkadzało mi to wszystko, co sobie myślałam. W ogóle myślałam za dużo i strasznie chaotycznie. Zmęczyło mnie to tak, że przysnęłam i obudziłam się, jak już wjeżdżaliśmy na ten prom duńsko-szwedzki. Rozzłościło mnie trochę, że nie widziałam mostu przez Wielki Bełt, ale Tymon mnie pocieszył, że w tej mgle i deszczu, i tych ciemnościach egipskich i tak nic bym nie zobaczyła.

Oczywiście, popędziłyśmy z Krysią popatrzeć na ceny w sklepie wolnocłowym. Trójki Givenchy’ego nie mieli, ale doszłam do wniosku, że lubię również Envy Gucciego, potem dołożyłam jeszcze tusz do rzęs Lancome’a i szlag trafił resztę pieniędzy z zaliczki na delegację, z której to zaliczki będę się musiała rozliczyć, a jak to zrobię, to jeszcze nie wiadomo. Krysia wzbogaciła się o całą serię kremów Elizabeth Arden i zbladła. A potem pogrzebała jeszcze w torebce i dokupiła butelkę Jacka Danielsa. Oraz małą buteleczkę Opium.

– To z pieniędzy na benzynę – zwierzyła mi się. – Ale tankowaliśmy dopiero co, jeszcze tylko ta Szwecja, do Szczecina wystarczy. W przyszłym miesiącu jakoś to rozliczę.

Koledzy, którzy łazili za nami i spokojnie nabywali łyskaczyki oraz koniaki, pękali ze śmiechu.

1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)