Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:

Wiktoria – reporterka telewizyjna około trzydziestki, niespodzianie, tuż przed wyjazdem na zdjęcia, dowiaduje się, że zostanie mamusią. Mamusią – proszę bardzo, tylko gdzie jest tatuś do kompletu?

Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.

Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…

„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 71
Перейти на страницу:

– Skrupuły pewnie miałbym, ale swoje bym zrobił…

– No widzisz. Ja tak samo. Przykro mi, że to na niego padło, ale na drugi raz niech się nie zgadza na takie szalone eskapady; jeżeli oczywiście kocha swoją firmę.

Owinęłam się porządnie wiatrówką i poleciałam do Pawła, który właśnie ćwiczył pochłanianie szprotek przez rurę. Jak tylko go dopadłam i zaczęłam namawiać do wyjścia z kutra, z budynku na nabrzeżu wyszedł nasz ulubiony inspektor z wiaderkiem i skierował się prosto w naszą stronę.

– Paweł, patrz, on chyba idzie po następną partię rybek do kontroli. Ty kręć jak leci. A jak już pokażesz go przy pomiarach, to ja go odpytam, co mu wyszło.

Paweł niechętnie oderwał się od swojej ulubionej rury ze szprotkami i skierował obiektyw w stronę inspektora. Ten zaś – jak na zamówienie – podszedł do naszego kutra, dostał od Duńczyka pojemnik z rybami, przesypał je do swojego wiaderka i odmaszerował, a my za nim.

W tym kawałku laboratorium, które uprzejmi Duńczycy użyczyli mu do pracy, poczekaliśmy chwilkę, aby obiektyw odparował (zawsze zaparowuje, kiedy przechodzi się z zimnego do ciepłego), po czym sfilmowaliśmy przedstawiciela polskiej kontroli, jak z całą powagą bierze z wiaderka po jednej rybce, przykładają do szkolnej linijki, wrzuca do drugiego wiaderka – pewnie też pożyczonego od Duńczyków – z pomierzonym już rybim pogłowiem, a wynik pomiaru zapisuje w zeszyciku.

Wreszcie uznałam, że mam dosyć tej ponurej zabawy. Krysia podpięła się do Pawła, a ja stanęłam frontem do kamery i zaraportowałam:

– Oprócz duńskiej instytucji, którą protestujący przeciw poczynaniom Tymona Wojtyńskiego rybacy mogliby uznać za niewiarygodną, kontrolę zawartości ładowni duńskich kutrów prze prowadza również delegowany przez polski Urząd Morski inspektor. Obserwowaliśmy tę kontrolę i teraz chyba możemy już pana inspektora zapytać o wyniki.

Tu artystycznie odwróciłam się ku inspektorowi i podetknęłam mu mikrofon pod nos.

– Czy te szprotki, które pan tu mierzył, odbiegają swymi rozmiarami od normy?

Trochę z drżeniem serca zadawałam to pytanie. A jeśli facet powie, że są za małe, że to bandyctwo łapać takie rybie niemowlaki? No, no, czyżbym się jednak zaangażowała osobiście? Zawodowcy tego nie robią!

– Nie, proszę pani – odpowiedział mi uczciwy inspektor. – Ponad dziewięćdziesiąt procent złowionej ryby według mnie odpowiada całkowicie normom.

– Dziewięćdziesiąt procent; czy to wystarczy dla obalenia za rzutów?

– W zupełności. Zawsze przecież trzeba się liczyć z pewną ilością ryb niewymiarowych.

– Można więc wysuwać przypuszczenie, że połowy prowadzone przez duńskie kutry czarterowane przez pana Wojtynskiego zagrażają zasobom Bałtyku?

– Absolutnie nie.

Cudny człowiek. Miałam ochotę rzucić mu się na szyję, ale zachowałam pokerowe oblicze i ponownie spojrzałam zimnym wzrokiem w obiektyw.

– Pozostaje nam tylko czekać, czy wyniki duńskiej kontroli państwowej będą podobne.

Zdecydowanie miałam szczęście tego dnia! Bo zanim Paweł zdążył wyłączyć kamerę, podbiegł do nas Wojtynski, wlokąc za sobą jakiegoś faceta. Na wszelki wypadek podstawiłam mu od razu mikrofon. I słusznie! Powiedział bowiem, lekko zdyszanym głosem, przytomnie nie zwracając się do mnie po imieniu:

– Pani redaktor, mamy już duńskie wyniki, to jest pan inspektor… – tu wymienił nazwisko bardzo duńskie, ale nie zapamiętałam. Jakiś Jens Jansen, albo Jan Jensen, coś takiego.

Poprosiłam Duńczyka o podanie mi ichnich wyników, przy czym ja mówiłam po polsku, na cześć polskiego telewidza, a Tymon jednocześnie tłumaczył Duńczykowi na angielski.

– Dziewięćdziesiąt cztery procent ryb w granicach normy – po wiedział facet nosowym głosem.

– Czy stwierdzili panowie obecność w ładowniach innych ryb na przykład dorsza lub łososia? – zapytałam jeszcze, bo przypomniałam sobie, że tego też się nasi rybacy czepiali.

– Jak zwykle, trochę tego było – odrzekł Duńczyk tonem znamionującym głębokie lekceważenie. – Bardzo niewiele. Pojedyncze sztuki. Nie ma o czym mówić.

Podziękowałam.

Po czym to Tymon rzucił mi się na szyję. Ale ponieważ wszyscy natychmiast poszli w nasze ślady, nawet Krysia wycałowała spłoszonego nieco (choć raczej zadowolonego) Duńczyka, więc nikt chyba nie zauważył, że Tymon zrobił to z nadzwyczajną ekspresją i nie puszczał mnie jakiś czas z objęć.

Po niekontrolowanym wybuchu radości wróciliśmy do pracy. Pawełek sfilmował tę całą duńską kwitologię – na specjalnych blankietach, a jakże, z rubryczkami ładnie wypełnionymi za pomocą komputera, a potem poszliśmy zdokumentować port za dnia. Leniwe i niemrawe słońce bowiem zaczęło robić swoje, choć zza gęstej warstwy chmur. Ale jednak pojaśniało. O dziewiątej! A zawieje pojawiały się już tylko co jakiś czas.

W sumie o dwunastej mieliśmy już wszystko, z figurami. Jeszcze nas nawiedziła duńska telewizja, zawiadomiona o aferze przez rozwścieczonych szyprów. Z ochotą powiedzieliśmy do duńskiej kamery, co nas przywiodło do Danii i co mamy w materiale. Jeszcze porozmawialiśmy sobie z tymi szyprami, którzy rzeczywiście odgrażali się bojkotem polskich kutrów w duńskich portach, pytali też, kto zwróci panu Wojtyńskiemu tę całą forsę, którą on straci, kiedy im wypłaci odszkodowania za zerwane umowy, jak również tę forsę, którą straci, nie łowiąc dalej. Jeszcze narobiliśmy masę obrazków na zaś i na wszelki wypadek. No i jeszcze wykonałam telefoniczną korespondencję dla kolegi Filipa, bardzo zachwyconego rezultatami afery.

O pierwszej jedliśmy już obiad w tej samej restauracji, co wczoraj kolację.

I tu stanęła sprawa powrotu do Polski.

Marek, który wyraźnie miał niedosyt pracy za kierownicą, był za tym, żeby zjechać Jutlandią w dół, przekroczyć granicę z Niemcami i już do końca przez Niemcy wracać lądem.

Zakrzyczałyśmy go obie z Krysią.

– Mareczku, zwariowałeś – powiedziała Krysia z wyrzutem. – Chcesz, żeby Wicia jechała tyle czasu na siedząco?

Mareczek się zawstydził. Trochę bez sensu, bo i tak głównie trzeba było jechać, a płynąć tylko przez kawałek Bałtyku. Nie wiedział, że nam chodziło o ten prom duńsko-szwedzki i wolnocłowe perfumy.

Wyszło, że będziemy jechać na durch przez Jutlandię, mostem przejedziemy na Fionię, znowu na durch przez Fionię, zaliczymy ten cudny i potwornie długi most przez Wielki Bełt i znajdziemy się na Zelandii, też ją przejedziemy na durch, potem popłyniemy tym perfumowanym promem do Szwecji, tam już tylko z Malmö do Ystad i łapiemy nocny prom do kochanego Świnoujścia.

Tu Tymon Wojtyński dał wyraz trosce o panią redaktor.

– Wiktorio, Krysia miała rację z tą twoją jazdą, wiesz, w twoim stanie… Może byłoby lepiej, żebyś się przesiadła do mojego samochodu? Już nikt nie powie, że to przekupstwo, mam nadzieję, a jednak u mnie będzie ci wygodniej niż w mikrobusie.

Cały czas zastanawiałam się, jak mu to zaproponować. Ale on przecież kogoś tam wiózł, tego inspektora i jeszcze dziennikarzy. Co z nimi zrobi?

Okazało się, że dla swoich pasażerów przewidział miejsca w naszym busie i samochodzie RMF. Więcej, tak dyplomatycznie to zaproponował, że wszyscy uznali za wybitne szczęście, że zapewnią pani redaktor będącej w stanie błogosławionym jaki taki komfort jazdy. Coś tam było mówione o rozkładaniu siedzeń i tak dalej. Widać było od razu, że podróż w moim towarzystwie nie będzie należała do milutkich i rozrywkowych. Nie to, żeby Tymon przedstawiał mnie jako marudną babę z zachciankami, ale…

Chyba tylko Kryśka zorientowała się, o co naprawdę chodzi, ale nic nie powiedziała, tylko znacząco poprzewracała oczami w moją stronę.

W efekcie tej całej dyplomacji pół godziny później startowaliśmy spod hotelu we dwoje. Za nami ruszyła nasza mała karawana w postaci busa i astry kombi radiowca, ale bardzo szybko Tymon docisnął i vectra wyrwała do przodu.

Czytałam kiedyś – nie pamiętam gdzie, zapewne w jednym z moich ukochanych magazynów dla kobiet wytwornych – że jakim człowiek jest kierowcą, takim kochankiem. Ciekawostka, ile też w tym prawdy?

Bo kierowcą okazał się genialnym. Po prostu.

Jechał sobie bardzo spokojnie i płynnie, chociaż z dużą szybkością. Żadnej szarpaniny, oczywiście, żadnych wściekłych hamowań ani pisku opon na zakrętach.

Od czasu do czasu rzucałam okiem na jego prawy profil (na lewy, siłą rzeczy, nie mogłam) – i też mi się podobał. To był zdecydowany profil! Żadnych tam cofniętych podbródków (podobno faceci z cofniętymi podbródkami są okrutni), żadnych nosków-kurnosków! Wszystko jak model do rzeźby któregoś z tych antycznych Greków, których dzieła oglądamy na ilustracjach do „Mitologii” Parandowskiego.

Dużo włosów. To w zasadzie nie ma znaczenia, mógłby na przykład być łysy i nadal przystojny, ale sprawiało mi przyjemność, że ma takie ładne, jedwabiście rozsypujące się włosy. Nie za długie, broń Boże. Krótkie, tyle że dużo. Ciemne. Z pierwszymi siwymi kosmykami tu i tam.

Usta – nieprzesadnie zmysłowe, ale jednak, ale jednak… I cały czas leciutko i pogodnie uśmiechnięte, jakbyśmy wracali z wakacji, a nie z męczącej podróży spowodowanej posądzeniem go o różne brzydkie rzeczy.

No i te oczy wpatrzone w dal – kiedy je mrużył, powstawała wokół nich siateczka kurzych łapek, miłych zmarszczek, które powstają od śmiechu albo od wpatrywania się w dal… na małym kutrze, na pełnym morzu, w sztormowej pogodzie, kiedy trzeba zwyciężyć to morze, żeby przeżyć.

Dlaczego ja jeszcze nie piszę harlequinów?

Jechaliśmy tak i jechali, i jechali… i w ogóle nie mieliśmy ochoty rozmawiać. Silnik miło mruczał, radia nawet nie włączyliśmy, on się uśmiechał, ja prawdopodobnie też – i ani słowa przez całą szerokość (lekko na skos) Jutlandii!

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)