Lalande 21185
- Автор: Zajdel Janusz Andrzej
- Год: 1966
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Lalande 21185». Краткое содержание книги:
— Nie bądźmy optymistami — mruknął Max. — Mamy zbyt mało czasu na kontakty dyplomatyczne. Dobrze będzie, jeśli zdołamy sformułować podstawowe dane dla następnej wyprawy do tego układu. . .
— No, to dobrej nocy! — uciął Har. — Kończę i wyłączam się!
Zamknął radiostację i położył się obok Teda. Za chwilę wszyscy spali.
Ted zerwał się półprzytomny. Było zupełnie ciemno. Sygnał alarmowy brzę-
czał mu jeszcze w uszach, lecz już od kilku sekund panowała cisza. Odruchowo sięgnął po broń. Miotacza nie było! Szukając po omacku natrafił na pusty śpiwór.
Zerwał się na równe nogi i upadł natychmiast z powrotem na ziemię, zderzając się z kimś, kto właśnie przebiegł obok.
Zatracił całkowicie poczucie kierunku. Gdzie jest wylot jaskini? Potoczył do-koła wzrokiem, szukając jaśniejszego od czerni wnętrza — zarysu otworu. Dostrzegł tylko wąską, poziomą szparę, jakby coś przesłaniało wyjście. Równocze-
śnie usłyszał szczęk metalu i w tej samej chwili sycząca iskra pomknęła gdzieś 88
z boku w stronę wylotu jaskini. Ognik trafił w jakąś przeszkodę, odbił się od niej i spadł na ziemię. Po sekundzie pękł z hukiem, rozbryzgując się w białą eksplozję światła. Na jego tle Ted dostrzegł pochyloną sylwetkę Hara. Błysk oślepił go. Gdy otworzył oczy, otwór wyjściowy przesłaniała już tylko ciemniejsza od nieba postać Adlera. Następny błysk wystrzelił już na zewnątrz groty, poza polem widzenia, wyrywając na chwilę z ciemności zarys kilku bliskich drzew i skał. W jednej chwili Ted znalazł się obok Hara. Teraz dopiero spostrzegł Ewę, która stała oparta ramieniem o ścianę i wyglądała ostrożnie zza krawędzi otworu na zewnątrz.
Har trzymał w prawej dłoni rakietnicę, w lewej miotacz. Strzelił jeszcze raz w powietrze, jaskrawy fajerwerk pękł na wysokości kilkudziesięciu metrów i opadał powoli, oświetlając całą polanę aż po skraj zarośli.
— Uciekł — powiedział Har i opuścił lufę.
— Co to było? — Ted usiłował rozejrzeć się w ciemności.
— Jakiś duży i ciężki zwierz. Zdaje się, rozdeptał czujnik — powiedział Har i zapalił ręczną lampę.
Oświetlając drogę przed sobą, zeszli niżej, na polanę. W miejscu, gdzie wieczorem Har pozostawił czujnik, widniały tylko wdeptane w ziemię szczątki. Za-wrócili, ogarniając światłem skały i otwór jaskini.
— Wydaje mi się, że zajęliśmy cudze mieszkanie — powiedziała Ewa.
— Albo też coś miało na nas apetyt — dodał Ted. — Widziałeś, Har, co to było?
— Nie zdążyłem zauważyć. Musiał nadbiec bardzo szybko. Czujnik działa na odległość dwudziestu metrów. Zanim brzęczyk mnie zbudził, on już zdążył
nadepnąć na czujnik. Biegł prosto do jaskini. Możliwe, że tu mieszkał.
— Czym strzelałeś?
— Tym, co miałem w rakietnicy: ładunkiem magnezji z opóźnionym zapłonem. To była rakieta oświetlająca. Chyba nawet nie poczuł tego strzału, ładunek odskoczył od niego, zanim się rozerwał. . .
— Przeraził go błysk — powiedział Ted. — Szkoda, że nie strzeliłeś z miotacza. To, zdaje się, mój miotacz?
— Chyba tak, chwyciłem, co mi w rękę wpadło. Ale na strzał było za blisko. On zakorkował sobą wejście. Jeszcze trochę i wyglądalibyśmy jak ten biedny czujnik.
Ted wyobraził to sobie i przebiegł go wewnętrzny, przykry dreszczyk. Flora nie była jednak tak sielankową planetą, jak się mogło zdawać na początku.
— Teraz doskonale rozumiem zamiłowanie Florytów do łażenia po drzewach
— powiedział na głos.
— Mieliśmy trochę szczęścia. . . — mruknął Har. — Do rana trzeba będzie trzymać straż przy wejściu. Daliśmy się zwieść pozornemu bezpieczeństwu i spo-kojowi tej planety.
89
— To ja mogę posiedzieć kilka godzin — zaofiarował się Ted. — Rozbudzi-
łem się zupełnie, i tak nieprędko bym zasnął.
— Zgoda — powiedział Har ziewając. — Tylko nie strzelaj niepotrzebnie.
Najpierw rakiety.
— Zaczynam rozumieć drogę ewolucji Florytów — powiedziała Ewa. — Nie mogło tu być epoki jaskiniowej, bo jaskinie nie były bezpiecznym schronieniem.
— Na Ziemi też były przecież dzikie zwierzęta, niedźwiedzie jaskiniowe i tak dalej, a jednak. . . — zaoponował Ted.
— Ludzie bronili się przed nimi przy pomocy ognia. . .
— Tu także. . . — zaczął Ted i przerwał. — Zaraz, czy Floryci mogą znać ogień?
— Może nie znają.
— To świadczyłoby o ich ogromnie niskim poziomie rozwojowym!
— Niekoniecznie — wtrącił Har. — Zresztą, przekonamy się. Teraz spać!
Doba na Florze trwa dłużej niż na Ziemi. Noc była więc dość długa i mimo wizyty tajemniczego gościa — czy też gospodarza groty — do świtu pozostało jeszcze sporo czasu. Ted usadowił się blisko wejścia i z latarką w dłoni, oświetlając co pewien czas polanę, strzegł spokojnego snu towarzyszy. Wsłuchiwał się w ciszę i co chwila wyławiał z niej jakieś szelesty, trzaskanie gałązek, szmer krzewów. Floryjska przyroda żyła swoim własnym, nieznanym rytmem. Ted pomyślał, że wśród tego niezliczonego mnóstwa przeróżnych żywych istnień są i takie, które pomimo czyhających zewsząd niebezpieczeństw, mimo trudnych do przezwycię-
żenia przeszkód i przeciwności — dążą w kierunku najwyższej formy istnienia: świadomego bytu istoty rozumnej.
Po dwóch godzinach wartę objął Har. Do rana jednak nie pojawił się żaden nieproszony gość.
ROZDZIAŁ DZIESI ˛
ATY
O DZIWNYCH POMYSŁACH KOSMICZNYCH GO ŚCI
I O KONSEKWENCJACH ROZPIESZCZANIA ISTOTY ROZUMNEJ
Przy śniadaniu mówiono wyłącznie o nocnym gościu. Próbowano odtworzyć jego przypuszczalny wygląd i wymiary, ale okazało się, że każdy widział go inaczej. Najlepiej oczywiście mógł go widzieć Har, ale i on nie był skory do jakichś stanowczych stwierdzeń. Oczy człowieka wyrwanego ze snu, oślepione jaskrawy-mi błyskami rac, niewiele mogły uchwycić. Temat więc wyczerpał się wkrótce.
Poszli znaną już trasą przez grań. Był wczesny ranek i góry wyglądały zupeł-
nie inaczej niż ubiegłego dnia po południu. Skały były wilgotne i lśniły metalicznie, po dolinach wstawały mgliste opary, niknąc szybko w promieniach ostrego słońca.
— Wspaniały klimat! — zachwycał się Har. — Aż chętka bierze, by się wy-kąpać w tamtym jeziorku!
U podnóża gór, trochę na zachód od miejsca, gdzie wczoraj wyszli z lasu, widać było rzeczywiście granatową taflę wody.
— Może spróbujemy? Chyba woda tu taka sama, jak na Ziemi? — zaproponowała żartem Ewa.
— W kombinezonie i masce — powiedział Ted. — Inaczej tutejsze bakterie pożarłyby cię w mgnieniu oka.
— Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie możemy zdjąć ubiorów ochron-nych — dodał Har. — My, zaatakowani przez tutejsze bakterie, mielibyśmy jeszcze jakąś szansę stworzenia środków zapobiegawczych. Natomiast życie na tej planecie uległoby całkowitemu zakłóceniu, jeśli nie zagładzie: bakterie zawarte w ludzkich organizmach mogłyby zakazić przyrodę floryjską! Dla nas są one nie-szkodliwe, bo organizmy nasze rozwijały się w ich obecności i wytworzyły naturalne środki obrony. Podobnie żywi mieszkańcy Flory — są uodpornieni na „własne” drobnoustroje, lecz byliby bezradni wobec zupełnie obcych bakterii. Dlatego nie tylko nasze ubiory i sprzęt, lecz nawet pancerz rakiety został dokładnie odka-
żony.
— Przygotowanie lądowania na obcej planecie jest problemem znacznie trud-niejszym, niż się wydaje — zauważył Ted z uznaniem. — Trzeba pamiętać nie 91
tylko o sobie!
— Korzystamy z historycznych doświadczeń — powiedział Har gorzko. —
Zdarzało się, że gdy średniowieczni żeglarze odkrywali nieznane lądy, przywle-czona na nowy kontynent czy wyspę choroba dziesiątkowała nieodpornych na nią tubylców. Nie tylko zresztą pod tym względem musimy korzystać z wiedzy o przeszłości Ziemi. Przybyliśmy tu nie po to, by skolonizować tutejsze planety.
Dość mamy miejsca i surowców w naszym układzie, nie ma więc mowy o jakimś wyciąganiu materialnych korzyści z wypraw międzygwiezdnych. Mają one ogromne znaczenie pod względem naukowym, rozszerzają naszą wiedzę o Kosmosie i zaspokajają odwieczną ciekawość ludzką. Jeśli na nowej planecie zasta-jemy najmniejsze choćby oznaki cywilizacji, postępowanie nasze musi być przede wszystkim ostrożne i rozważne. Cokolwiek byśmy zrobili na tej planecie, będziemy to robić z myślą o jej mieszkańcach. Gdy są na takim poziomie rozwojowym, że mogą przejąć od nas pewne umiejętności i wskazówki — mamy prawo i obowiązek udzielić ich. Musimy jednak wciąż pamiętać, że rola nasza nie mo-