Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 167
Перейти на страницу:

— Hej, panie, co się tam kryjesz za okiennicą! — zawołał. — Tak, ty właśnie, zechciej mi powiedzieć, z czego się śmiejesz, może zabawimy się razem.

Szlachcic przeniósł powoli spojrzenie z konia na jeźdźca, jak gdyby potrzebował niejakiego czasu, by zrozumieć, że do niego skierowane są te dziwaczne pretensje; potem, kiedy nie mógł już mieć żadnych wątpliwości, ściągnął lekko brwi i po dość długiej pauzie odparł d’Artagnanowi z akcentem ironii i nieopisanego lekceważenia.

— Nie mówię do ciebie, mój panie.

— Ale ja mówię do pana! — zawołał młodzieniec rozjątrzony tym pomieszaniem zuchwalstwa i dworności, grzeczności i pogardy.

Nieznajomy patrzył na niego przez chwilę z lekkim uśmiechem, za czym cofnął się od okna, wyszedł powoli z oberży i stanął o dwa kroki od d’Artagnana, naprzeciw jego konia. Spokojna pewność siebie i kpiąca mina nieznajomego podwoiły jeszcze wesołość jego towarzyszy, którzy pozostali przy oknie. D’Artagnan widząc, że nieznajomy się zbliża, wysunął o cal szpadę z pochwy.

— Ten koń jest niewątpliwie barwy jaskra, a raczej był taki w swej młodości — podjął nieznajomy zwracając się do słuchaczy przy oknie i jak gdyby nie dostrzegając rozdrażnienia d’Artagnana, który stał mu na drodze. — Barwa to doskonale znana w botanice, ale jak dotąd, dość rzadka u koni.

— Tylko ten kpi sobie z konia, kto nie ośmieliłby się zakpić z jego pana! — zawołał z wściekłością przyszły rywal Tréville’a.

— Nie śmieję się często, mój panie — podjął nieznajomy — jak to sam możesz wywnioskować z wyrazu mojej twarzy; wszelako śmieję się, kiedy mi na to przyjdzie ochota.

— Ja zaś — zawołał d’Artagnan — nie życzę sobie, by się śmiano, kiedy nie mam na to ochoty.

— Doprawdy, mój panie? — ciągnął nieznajomy z największym spokojem. — Wybornie, masz zupełną rację.

I odwróciwszy się na pięcie, chciał wrócić do oberży przez główną bramę, przy której d’Artagnan wjeżdżając zauważył osiodłanego konia.

Ale d’Artagnan nie należał do tych, co kpiny puszczają płazem. Wyciągnął szpadę całkowicie z pochwy i rzucił się za nim krzycząc:

— Zawróć no, zawróć, panie kpiarzu, abym nie musiał cię uderzyć z tyłu.

— Mnie uderzyć! — rzekł tamten obracając się na pięcie i patrząc na młodzieńca z równym zdumieniem, jak pogardą. — No, no, mój drogi, szaleniec z ciebie!

Po czym dodał półgłosem i jak gdyby do samego siebie:

— Tam do licha! Cóż za okazja dla Jego Królewskiej Mości, miałby z tego zucha wybornego muszkietera.

Zaledwie skończył, kiedy d’Artagnan rzucił się nań z obnażoną szpadą tak wściekle, że gdyby nieznajomy nie odskoczył do tyłu, ten żart byłby zapewne jego żartem ostatnim. Zrozumiał tedy, że to nie przelewki, wyciągnął szpadę, skłonił się przeciwnikowi i z wielką powagą stanął w pozycji. Ale w tej samej chwili dwaj jego towarzysze wraz z oberżystą skoczyli na d’Artagnana i zaczęli go okładać kijami, łopatami i szczypcami kuchennymi. Była to odpowiedź na atak tak szybka i tak rozstrzygająca, że przeciwnik d’Artagnana, podczas gdy ten ostatni odwrócił się, by bronić się przed ciosami, schował szpadę do pochwy z równą jak przedtem dokładnością; z niedoszłego aktora walki stał się jej obserwatorem i w tej roli zachował się ze zwykłym sobie niezmąconym spokojem, wciąż jednak pomrukując:

— Niech tych Gaskończyków zaraza! Wsadźcie go na tego pomarańczowego konia i niech się stąd wynosi.

— Ale dopiero po tym, jak cię zabiję, tchórzu! — zawołał d’Artagnan wciąż broniąc się, jak mógł najlepiej, i nie cofając się ani na krok przed trzema przeciwnikami, którzy zasypywali go ciosami.

— Znów ta gaskońska brawura — mruknął szlachcic. — Na honor, ci Gaskończycy są niepoprawni! Pobawcie się z nim jeszcze trochę, skoro tak się przy tym upiera. Kiedy poczuje zmęczenie, sam powie, że ma dość.

Ale nieznajomy nie wiedział jeszcze, na jak wielki upór natrafił; d’Artagnan nie należał do tych, co kiedykolwiek proszą pardonu. Walka toczyła się więc jeszcze kilka sekund; wreszcie wyczerpany d’Artagnan wypuścił szpadę, którą uderzenie kija złamało na dwoje. Cios w czoło obalił go niemal w tej samej chwili; padł na ziemię krwawiąc, na wpół zemdlony.

Ludzie zbiegli się ze wszystkich stron na miejsce wypadku. Oberżysta, lękając się skandalu, z pomocą pachołków zaniósł rannego do kuchni, gdzie się nim zaopiekowano.

Tymczasem szlachcic powrócił na swe miejsce przy oknie i przyglądał się z pewnym zniecierpliwieniem zgromadzonej gawiedzi, której obecność nie była mu, widać, przyjemna.

— No i cóż, jak się ma ta szalona pałka? — zapytał odwracając się na odgłos otwieranych drzwi i kierując swe słowa do oberżysty, który przybył dowiedzieć się o jego zdrowie.

— Wasza Ekscelencja jest zdrów i cały? — zapytał oberżysta.

— Nic mi nie dolega, mój poczciwy gospodarzu, i pytam cię, co się dzieje z naszym młodzieńcem.

— Ma się lepiej — rzekł oberżysta — całkiem zemdlał.

— Doprawdy? — zapytał szlachcic.

— Ale na chwilę przedtem zebrał wszystkie siły i wołał, że jeszcze panu pokaże.

— Ale ten chłopak to wcielony diabeł! — zawołał nieznajomy.

— Och, nie, Wasza Ekscelencjo, żaden diabeł — podjął oberżysta z pogardliwą miną — kiedy zemdlał, przetrząsnęliśmy jego rzeczy; w tobołku ma tylko jedną koszulę, a w sakiewce dwanaście talarów, co nie przeszkodziło mu powiedzieć, gdy tracił przytomność, że gdyby podobny wypadek przydarzył się w Paryżu, pożałowałbyś pan tego natychmiast, gdy tu przyjdzie ci żałować później.

— W takim razie — rzekł chłodno nieznajomy — to jakiś przebrany książę krwi.

— Opowiadam o tym dlatego, panie, byś się miał na baczności.

— Czy w gniewie nie wymienił czyjegoś nazwiska?

— I owszem, uderzył się po kieszeni i powiedział: “Zobaczymy, co powie pan de Tréville na tę zniewagę wyrządzoną jego protegowanemu”.

— Pan de Tréville? — rzekł nieznajomy z uwagą — uderzył się po kieszeni wymieniając nazwisko pana de Tréville?... Posłuchaj, przyjacielu, spodziewam się, że gdy młodzieniec leżał zemdlony, zajrzałeś do tej kieszeni. Cóżeś tam znalazł?

— List zaadresowany do pana de Tréville, kapitana muszkieterów.

— Doprawdy?

— Nie inaczej, jak miałem zaszczyt Waszej Ekscelencji powiedzieć.

Oberżysta, nie odznaczający się wielką przenikliwością, nie zauważył wrażenia, jakie jego słowa wywarły na nieznajomym. Odszedł od okna, na którego framudze wspierał się łokciem, i zmarszczył brwi z wyrazem niepokoju.

— Tam do licha! — mruknął przez zęby — czyżby to Tréville nasłał na mnie tego Gaskończyka? Bardzo jeszcze młody! Ale cios szpadą jest ciosem szpadą, niezależnie od wieku człowieka, który go zadaje, i mniej się nawet mamy na baczności przed dzieckiem niż przed kim innym; czasem dość błahej przeszkody, by pokrzyżować wielkie zamiary.

Nieznajomy zamyślił się na kilka minut.

— No cóż, gospodarzu, czy nie uwolnisz mnie od tego szaleńca? Nie mogę go zabić, nie godzi się to z moim sumieniem, a jednak — dodał z wyrazem chłodnej groźby — a jednak przeszkadza mi. Gdzie jest teraz?

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)