Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Lalande 21185 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lalande 21185

Электронная книга - «Lalande 21185». Краткое содержание книги:

Lalande 21185 – pierwsza powieść science fiction autorstwa Janusza Zajdla z 1966, opublikowana roku przez wydawnictwo Nasza Księgarnia.<br/>Tytuł pochodzi od nazwy gwiazdy. Lalande 21185 jest jedną z najbliższych Słońcu, niewidocznych gwiazd; znajduje się w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy.<br/>Projektantką ilustracji do powieści i pierwszej okładki jest Teresa Wilbik.<br/>Opis fabuły<br/>Ziemska ekspedycja podrózująca w kosmosie trafia do innego układu słonecznego. Tam bada dwie planety co do których istnieje prawdopodobieństwo, że będą mogli na nich mieszkać ludzie. Oprócz opisu ich przygód, książka zawiera przemyślenia autora na temat eksploracji kosmosu i rozważania o etycznej stronie takich przedsięwzięć.
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 42
Перейти на страницу:

Przycisków było sześćdziesiąt cztery — osiem rzędów po osiem w każdym.

Dawały się wciskać kolejno i po kilka naraz, a nawet wszystkie razem.

— No i co nam powiesz, specjalisto od tajemniczych budowli? — zapytał Har poważnie, patrząc na Teda. — Czyżby gospodarzy nie było w domu? Na dzwonek nie odpowiadają!

— Myślę — powiedział Ted niepewnie — że to jest zamek szyfrowy. . .

— Na to wygląda. Trzeba jednak jeszcze znaleźć szyfr oraz. . . drzwi, które on otwiera.

— Przy tej ilości przycisków liczba kombinacji jest wprost niewyobrażalna.

Nie zgadniemy, które należy wcisnąć, a które muszą pozostać nie wciśnięte, by urządzenie zadziałało.

— Jeśli to jest dzieło twórców .Starej Bazy, to znając ich upodobania do drą-

żenia tuneli w skałach, można przypuszczać, że pod stożkiem znajduje się zejście 76

do podziemi — zauważyła Ewa.

— Tylko że tam nie stosowano takich przemyślnych zabezpieczeń — powiedział Ted.

— To chyba nie powinno nas dziwić — wtrącił Har. — Tam, na nie zamiesz-kanej Orfie, nie było przed kim zamykać. . .

— Więc przyjmujemy hipotezę, że i Starą Bazę, i ten stożek zbudowały te same ręce? — zapytała Ewa.

— O rękach nie było mowy! — zaśmiał się Har. — Powiedzmy raczej: macki. Istoty pozaziemskie powinny mieć macki. Tak piszą we wszystkich prawie powieściach. A tak zupełnie poważnie mówiąc, to jestem skłonny posądzać o to przybyszów spoza tego układu.

— Dlaczego nie mieszkańców Flory? — zagadnęła Ewa.

— Te dzikusy na etapie struganego kija? — oburzył się Ted. — Oni mieliby wznosić takie budowle? I może jeszcze latać na Orfę? Nonsens!

— Mylisz się, Ted! — zaoponował niespodziewanie Har, który raz jeszcze zabrał się do oglądania przez lupę powierzchni stożka. — To, że potrafią zastrugać kij, nie określa górnej granicy ich możliwości, tylko dolną.

— Hm. . . Niby racja. . . — zgodził się Ted po chwili namysłu. — Może w chwilach wolnych od genialnych poczynań zajmują się głupstwami, rzucają patykami w istoty przybyłe ż innego układu planetarnego i tak dalej. . .

— Wcale nie powiedziałem, że to Floryci zbudowali stożek — wyjaśnił Har spokojnie. — Nie chcę tylko, byśmy sobie wmawiali jakieś zdanie na temat ich inteligencji. Lepiej przecenić niż nie docenić ich możliwości. A co do stożka, to jednak wydaje mi się, że został zamknięty przed Florytami.

— Przez kogo?

— Przez budowniczych oczywiście!

— Może jedni Floryci ukryli tu coś przed innymi? Na przykład jakaś lepiej rozwinięta rasa przed inną, żyjącą w stanie półdzikim? — podsunęła Ewa.

— Ciekawa myśl! — podjął Adler. — Prościej jednak będzie założyć, że to przybysze z zewnątrz zamknęli tu coś przed Florytami. Z punktu widzenia teorii rozwoju społeczeństw trudno przypuścić, by na jednej planecie żyły dwa gatunki istot rozumnych o tak diametralnie różnym stopniu rozwoju. . . Zresztą, dyskusja zaczyna być jałowa. Trzeba otworzyć ten stożek, dotrzeć do wnętrza, a wtedy na pewno wiele się wyjaśni.

— Pozostaje nam chyba palnik plazmowy. Nie mamy go jednak ze sobą — zauważył Ted. — A nawiasem mówiąc, bardzo bym się śmiał, gdyby to się okazało litą bryłą. . .

— Zdaje się, że to jest jakieś tworzywo ceramiczne o niebywałej twardości —

powiedział Har, chowając sklerometr. — Żadna naturalna siła tego nie nadgryzie, a i z pomocą palnika nie będzie to łatwe. Poza tym nie chciałbym się uciekać do 77

tak brutalnych metod. Jeśli to się w ogóle otwiera, to powinniśmy popróbować rozumem, nie siłą. . .

— A jeśli nie? Może nie otwiera się w ogóle? Może to tylko znak obecności przybyszów na planecie?

— Może. . . — mruknął Har. — Umieścili ten stożek w tak widocznym miejscu. . . To może być znak dla Florytów. Oznaczałoby to, że Floryci byli w stanie tak niskiego rozwoju, iż przybysze nie mogli się im przedstawić, dojść do porozumienia. . .

— . . . i pozostawili ten znak swej obecności dla przyszłych pokoleń, które potrafią zrozumieć jego znaczenie — przerwał mu Ted. — Stożek zbudowany jest w ten sposób, jakby jego zadaniem było przetrwać wszelkie kataklizmy na przestrzeni tysiącleci!

— Jeśli tak. . . — zaczął Har powoli — . . . to szukajmy klucza! Zostawiając dla Florytów ten stożek, musieli zostawić i klucz do jego wnętrza!

— Po co, według ciebie, aż tyle kombinacji? Nie prościej byłoby pozostawić to otwarte?

— Nie! Po pierwsze, chodziło o zabezpieczenie przed wpływami atmosferycz-nymi. Po drugie, Floryci byli zbyt zacofani w stosunku do przybyszów i mogliby zniszczyć to, co im pozostawiono. Jeśli kiedykolwiek dojdą do takiej fazy rozwojowej, że zaczną badać swą planetę, będą szukali sposobu dostania się do stożka.

Gdyby nie te przyciski, można by sądzić, że otwarcie stożka przeznaczone im by-

ło na etapie palnika termojądrowego. Przyciski zamka szyfrowego świadczą, iż wymagano od nich raczej umiejętności logicznego wnioskowania. . .

— Czego więc mamy szukać? — spytał Ted.

— Jakiegoś znaku, instrukcji w postaci rysunku czy czegoś w tym sensie. . .

Obejrzyjcie dokładnie całą powierzchnię stożka, od góry do dołu.

Unieśli się przy pomocy aparatów lotnych i zawieszeni tuż przy gładkiej powierzchni balansowali coraz wyżej, z szumem silników, jak trzy wielkie trzmiele wokół kielicha kwiatu. Ewa dotarła pierwsza do wierzchołka i zawieszona nad spiczastym zakończeniem stożka badała powierzchnię srebrzystej tafli.

— Jest! — zawołała nagle, opadając nieco niżej. — Wierzchołek jest zakoń-

czony maleńkim płaskim ścięciem o powierzchni nie większej od paznokcia. Tu, na tym kółku, jest coś wyryte, jakieś znaki. . . Nie widzę dobrze, ten aparat strasznie huśta. Chwileczkę!

Ewa opuściła się nad samą powierzchnię, a potem wyłączywszy aparat ob-jęła rękami wierzchołek i tak zawieszona, mając przed oczami maleńkie płaskie ścięcie, dyktowała:

— Tu są wyryte same kropki! Ułożone są kolumnami, jak otwory w taśmie programowej starego typu. W pierwszej jest. . . jedenaście, dalej siedem, pięć, trzy, dwa. To wszystko.

78

Włączyła silnik i po chwili była na dole. Har trzymał przed oczami notes z wy-pisanym rzędem cyfr. Ewa wyrysowała punkty w takim porządku, w jakim były wyryte.

— To na pewno klucz cyfrowy! — zawołał Ted i pobiegł do przycisków. —

Jak tam było? Jedenaście, siedem. . .

Odliczył kolejno i wcisnął odpowiednie przyciski.

— Nic! — zakomunikował zawiedzionym głosem.

— Ho, ho! — zaśmiał się Har. — To wcale nie musi być takie proste! Takie załatwienie sprawy miałoby tyle sensu, co zostawienie klucza pod wycieraczką. . .

— Pod czym? — zdziwili się chórem Ewa i Ted.

— Ech, do licha! Z wami nie można porozumiewać się za pomocą przenośni z epoki przedkosmicznej! — mruknął Har. — W każdym razie pozostaje nam jeszcze ruszyć głową.

— Widocznie to. . . jeszcze nie wszystko — powiedział Ted niepewnie.

— Może należy na to inaczej spojrzeć. . . — medytował Har, obracając we wszystkie strony notes. — Na przykład od końca. To wygląda na jakąś serię prawidłową. Dwa, trzy, pięć. . . A przycisków jest sześćdziesiąt cztery! Trzeba zatem znaleźć dalsze liczby tego ciągu! No, matematycy! Ruszyć mózgiem. Ja na szczę-

ście jestem historykiem, więc nie muszę.

— Gdyby tak mieć choćby maleńki kalkulatorek cyfrowy! — burczał Ted, bazgrząc pracowicie na kawałku papieru. — W mig by to zanalizował i podał

wynik.

Przez piętnaście minut wszyscy troje zawzięcie liczyli, przestawiali tych kilka cyfr na wszystkie możliwe sposoby.

— Nieee! — pierwszy zbuntował się Ted. — To nie ma sensu! Nie ma reguł, które dawałyby następne człony tego szeregu! Nie ma. . .

Urwał nagle, wpatrzony w kartę, a potem wykrzyknął radośnie:

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)