Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]
- Автор: Беляев Александр Романович
- Год: 1960
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Adam Galis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]». Краткое содержание книги:
Wycieczka, prowadzona przez Lüdersa, przechodząc z pokładu na pokład, zbliżyła się do statków hanzeatyckich pochodzących z XIV wieku.
— Te czcigodne statki kupieckie budowano nie tylko do celów handlowych, lecz również do walki z pirackimi statkami Normanów, które oglądaliśmy przed chwilą. Proszę zwrócić uwagę: podobnie jak statki skandynawskie, posiadają statki Hanzy wzniesienia na dziobie i rufie. Mieściły się tu katapulty, a nawet działa. Powierzchnia żagli wzrastała coraz bardziej. I wobec dużego naporu wiatru na żagle, kierowano statkami już nie za pomocą wiosła, lecz sterem mocno osadzonym na tylnicy. Te statki swobodnie żeglowały po Morzu Śródziemnym… Zmęczyła się pani? — spytał widząc roztargnienie Vivian.
— Nie — odpowiedziała — po prostu zamyśliłam się.
— Nad czym?
— Nad ofiarami morza, nad tymi wszystkimi tragediami.
— W miarę postępu w budownictwie okrętów było tych ofiar i tragedii coraz mniej, mistress Huttling. Proszę popatrzyć na tę portugalską karawelę. Właśnie na takim statku Kolumb wyruszył w podróż do nieznanych krain. W istocie rzeczy te karawele zamykają „bohaterski” okres żeglugi morskiej. Wiek dziewiętnasty przyniósł zastosowanie pary jako nowej potężnej siły napędowej. Podróże morskie stawały się bezpieczniejsze i… nudniejsze. Jeśli się pani nie zmęczyła, to przejdziemy na zachodni brzeg naszej wyspy. Dziwnym zbiegiem okoliczności prąd przenosił tam prawie wyłącznie statki parowe. Zobaczy tam pani dziadka parostatków — mały parowiec kołowy „Savannah”, zbudowany w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku. Ma on zaledwie trzydzieści metrów długości. A w latach czterdziestych ubiegłego stulecia zbudowano już pierwszy parowiec śrubowy z żelaza. Stanowi on zaczątek współczesnego budownictwa okrętowego.
Vivian nie chciała urazić Lüdersa, lecz chodzenie po chwiejnych mostkach i pochyłych pokładach wyspy zmęczyło ją. Przy tym nie interesowała się zbytnio historią budownictwa okrętowego. Jej mąż był inżynierem budowy okrętów. Miał wiele książek z tej dziedziny i dużo modeli.
— Czy nie odłożylibyśmy spaceru na cmentarzysko parowców? — zapytał Simpkins, który chciał jak najszybciej wrócić do kajuty i przemyśleć plan, jaki dojrzał mu w głowie.
— Proszę bardzo — zgodził się Huttling. — Mamy jeszcze sporo czasu i zdążymy bez pośpiechu obejrzeć wszystkie godne uwagi zakątki wyspy.
— Dobrze — rzekł rozczarowany nieco Lüders.
Odprowadził gości i pożegnawszy się z nimi w połowie drogi, wrócił do siebie…
— Tę Wyspę Zaginionych Okrętów — rzekła Vivian do męża w drodze powrotnej — można by nazwać Wyspą Okropności. Wątpię, czy na kuli ziemskiej można znaleźć inne miejsce, gdzie na tak małym obszarze skupiłoby się tyle ludzkich cierpień…
A Simpkins, który został w tyle za Huttlingami, poszedł wolno na południe i długo przyglądał się na wpół zniszczonemu statkowi „Sybilli”. Tego dnia, wymawiając się bólem głowy, nie przyszedł nawet na obiad. Pochłaniała go myśl o złocie leśnego bożka. Postanowił zdobyć to złoto za wszelką cenę!
Simpkins nie mógł się doczekać nocy i natychmiast po zapadnięciu zmroku zaczął przygotowywać się do drogi. Wziął plecak, latarkę elektryczną, duży nóż i linę — z pistoletem nie rozstawał się nigdy — i wyszedł z kajuty.
Niebo usiane było wielkimi gwiazdami. W powietrzu pachniało wilgocią, zgniłym drzewem, wodorostami, odrobiną dziegciu — zwykłą wonią wyspy, silniejszą o wieczornej porze. Było cicho. Wszyscy spali, prócz dwóch wartowników przed rezydencją gubernatora. Simpkins szedł pewnym krokiem — dobrze już poznał wyspę — i wkrótce znalazł się u celu. „Sybilla” stała zaledwie w odległości dwóch metrów od zbitej masy statków tworzących wyspę. Simpkins oderwał dużą deskę z pokładu barki i przerzucił na „Sybillę”. Stąpając ostrożnie wszedł na pokład. Po pierwszym dotknięciu ręką, pękła balustrada.
„Oho, trzeba tu być ostrożnym!” — pomyślał Simpkins. Deski pokładu były na pół zgniłe. Nogi stąpały po nich miękko. Simpkins podszedł do złamanego masztu, przywiązał do niego koniec liny, opasał się drugim końcem, zapalił latarkę i zaczął powoli schodzić po prawie prostopadłych schodach. Chcąc uniknąć złamania stopni, nie stawał na nich, lecz zjeżdżał całym ciałem. Podłoga wydawała się tu trochę mocniejsza. Lecz trzeba było spuścić się jeszcze niżej — do ładowni.
Simpkins znów wszedł na górę, odwiązał sznur, zszedł do wnętrza statku, przymocował sznur do słupa i podniecony, zaczął schodzić po stopniach wiodących do ładowni. Panował tam nieznośny zaduch. Podłogi i ściany pokryte były śluzem i mchem. W końcu ładowni, na opadającej w dół podłodze latarka oświetliła miejsce zalane wodą. Widocznie część ładowni była zatopiona. Wśród rozmaitych gratów okrętowych widać było szkielety.
Wyspiarze sprzątnęli je widocznie z górnych pokładów, lecz tu zapewne nikt nie dotarł.
„Tym lepiej — pomyślał Simpkins. — A no, zobaczymy!” — i zaczął oglądać beczki. Prawie wszystkie były puste. Na dnie jednej znalazł ludzkie kości; prawie we wszystkich roiło się od raków morskich, robactwa i mięczaków. Simpkins odczuwał organiczny wstręt do tych stworzeń, lecz pokonywał odrazę i szukał dalej, zbliżając się coraz bardziej do miejsca zalanego przez wodę. I tu, już stąpając w wodzie, znalazł owe upragnione beczki ze złotem. Co prawda były to dwie beczki, a nie trzy, a jedna była napełniona złotem tylko do połowy, lecz i tej reszty mogło mu wystarczyć na całe życie… Złoto było pokryte taką warstwą pleśni, że można go było nie spostrzec, lecz Simpkins wiedział, czego szukał. Z obrzydzeniem odgarnął pleśń; nagle błysnęły wielkie bryłki złota, szlifowane przez Indian. Simpkins ciężko dyszał z przejęcia. Napełnił plecak złotem, napchał kieszenie, wreszcie zaczął kłaść złoto za koszulę. Nieprzyjemne było dotknięcie śliskich, zimnych kawałków, lecz to było złoto, złoto! Jeszcze jeden kawałek…
Lecz Simpkinsowi nie udało się wziąć jeszcze jednego kawałka. Przegniła podłoga zawaliła się pod ciężarem człowieka obładowanego złotem. Simpkins poczuł, że zanurza się w wodzie. Ledwie zdążył uchwycić się skraju podłogi. Rozległ się nowy trzask — to beczki ze złotem wpadły do wody. Trudno było trzymać się przegniłych desek rozłażących się pod rękami. Złoty ciężar ciągnął go nieuchronnie na dół. Simpkins czuł, że ginie. A gdyby tak pozbyć się części złota… Nie, nie! Wydostanie się, wydostanie za wszelką cenę! Trzeba pociągnąć za sznur. Simpkins chwycił sznur obiema rękami. Latarka, którą miał zawieszoną na piersi, zaczepiła o deski podłogi, urwała się i spadła do wody… Ciemność. Zaklął i pociągnął za sznur. Gdzieś rozległo się trzeszczenie. Widocznie nie wytrzymał również zgniły słup, do którego sznur był przywiązany. Simpkins runął do wody i spostrzegł, że latarka, która spadła na dno statku, świeci dalej. W tym słabym świetle ujrzał gronorosty, długie ryby, podobne do wężów, a w pobliżu — ruchliwe macki ośmiornicy.
Nogi Simpkinsa dotknęły dna statku, stojąca woda zamknęła mu się nad głową. Zaczął gorączkowo ściągać z siebie plecak ze złotem i wyrzucać złoto z kieszeni. W ciągu trzydziestu sekund pozbył się dwóch trzecich ładunku i dzięki ogromnemu wysiłkowi wydostał się na powierzchnię. Zaczął znów oddychać, lecz ciężar był jeszcze zbyt wielki i Simpkins znów zanurzył się w wodzie. Ośmiornica zbliżała się wyciągając macki. Simpkins zaczął szybko wyrzucać złoto — do ostatniego kawałka. Światło latarki przyciągało mieszkańców morza, ryby i ośmiornice, które zaczęły spływać zewsząd. Po wyrzuceniu ostatniego kawałka złota, Simpkins, który stał się lżejszy, znów wypłynął. Tym razem udało mu się chwycić za wystające odłamki desek i wdrapać się na podłogę. Tu, ogarnięty potwornym strachem, krzyknął przeraźliwie.