Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]
- Автор: Беляев Александр Романович
- Год: 1960
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Adam Galis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]». Краткое содержание книги:
— Prawda, że on jest podobny do kapitana Slaytona?
Nie wiadomo dlaczego słowa te podziałały silnie na Simpkinsa.
— Ehe — odrzekł z ożywieniem. — Więc jednak nie nadaremnie przyjechałem na wyspę!
Kiedy nieznajomy wyszedł z kajuty, Simpkins zwracając się do Huttlingów powiedział:
— Sądzę, że teraz można wyjawić wszystkim tajemnicę kapitana Slaytona. Ona właśnie sprowadziła mnie na wyspę. Znalazłem tu więcej, niż oczekiwałem. Nie mogę powiedzieć, że już wszystko jest dla mnie jasne, lecz mam w ręku główne nici zbrodni Slaytona. O, nadchodzi Flores… Niech pan siada i posłucha. Zaciekawi pana na pewno historia pańskiego rywala.
I rozsiadłszy się wygodniej w fotelu, Simpkins rozpoczął swą opowieść.
— Kiedy znalazłem się po raz pierwszy na wyspie jako rozbitek, to z zawodowego nawyku zainteresowałem się prywatnym archiwum gubernatora Slaytona. Gubernator był tak pewny siebie, że zaniechał ostrożności i przechowywał papiery w szufladzie biurka.
— Simpkins, czyżby pan?…
— Przeszukiwał cudze biurka? — Mój drogi, cel uświęca środki! Tak, robiłem to w nieobecności Slaytona. Dobrać klucz to głupstwo. Przejrzałem jego korespondencję i dowiedziałem się niezwykle ciekawych rzeczy. Resztę informacji uzyskałem na kontynencie. W wyniku moich poszukiwań powstała „sprawa obywatela Hortvana, posługującego się nazwiskiem Slayton. Jeślibym miał wyłożyć szczegóły tej sprawy stylem aktu oskarżenia, będzie to brzmiało mniej więcej następująco:
W Kanadzie, w prowincji Quebec, w mieście Montrealu mieszkał właściciel przedsiębiorstwa okrętowego Robert Hortvan, którego statki przewoziły ładunki i pasażerów po Rzece Świętego Wawrzyńca. Hortvan miał dwóch synów. Starszy nazywał się Abraham, młodszy Edward. Bracia byli całkowicie do siebie niepodobni. Młodszy, Edward, był dobrym synem, dobrym człowiekiem i wybitnie utalentowanym muzykiem.
Starszy, Abraham, prowadził lekkomyślny tryb życia. A ponieważ ojciec był wielkim skąpcem, Abraham pewnego razu wykradł pieniądze z ojcowskiego biurka. Mało tego. Kiedy kradzież została ujawniona, zwalił winę na brata. Jednak ojciec nie uwierzył Abrahamowi, który zresztą po pijanemu przyznał się do wszystkiego. A więc ojciec wydziedziczył go, zapisując cały majątek młodszemu synowi. Wkrótce starzec umarł ze zgryzoty i jak się zdaje wskutek otłuszczenia serca. Edward stał się bogatym spadkobiercą. W tym czasie ukończył konserwatorium i przygotowywał się do koncertów w Europie. Z dobrego serca oddał znaczną część spadku bratu. Lecz ten przehulał wszystko i znów został bez pieniędzy. Wówczas Abraham ułożył plan zdobycia całego majątku brata.
Otrzymawszy dzięki szantażowi kilka tysięcy dolarów od pewnego bankiera w Montrealu, puścił pieniądze w ruch. Przekupił lekarzy, kilku urzędników sądowych i uzyskał to, że Edward został uznany za chorego umysłowo, a Abrahama wyznaczono jego opiekunem. Nieszczęśliwego muzyka zamknięto w szpitalu dla wariatów, a Abraham, zagarnąwszy majątek brata, wrócił do hulaszczego trybu życia. Ale wkrótce powinęła mu się noga. Nie umiał rozliczyć się przed radą opiekuńczą. A nie udało mu się dlatego, że w związku z wyborami do parlamentu znaleźli się w radzie nowi ludzie, z którymi nie zdołał ubić targu. Abrahamowi groziło ujawnienie jego wszystkich machinacji. Na dobitkę w szpitalu dla umysłowo chorych zaczął pracować nowy lekarz — który nie brał łapówek. Lekarz ten, po zbadaniu Edwarda, stwierdził, iż jest on zdrowy. Wówczas Abraham postanowił przenieść brata gdzieś dalej, aż sprawa ucichnie. Doszedł do porozumienia z pewnym lekarzem, który miał prywatne sanatorium na Wyspach Kanaryjskich. Podczas podróży rozpętała się burza i zagnała ich na Wyspę Zaginionych Okrętów. Tylko trzy osoby zdołały uratować się w łodzi: Abraham, Edward i sanitariusz, który wkrótce zginął — zapewne Slayton pomógł mu rozstać się z tym padołem. Abraham pozostawił brata na Nowej Wyspie, gdzie się pierwotnie znaleźli, sam zaś przedostał się w nocy na łodzi na Wyspę Zaginionych Okrętów i oświadczył jej mieszkańcom, że tylko on sam ocalał. Edward, pozbawiony łodzi, nie mógł dotrzeć do wielkiej wyspy. Lecz Abraham widocznie odwiedzał go od czasu do czasu, by sprawdzić, co się z nim dzieje.
— A dlaczego nie zabił go? — zapytał Huttling.
— Testament został sporządzony w taki sposób, że na wypadek śmierci Edwarda cały majątek przechodził na własność uniwersytetu, w którym Edward studiował. Więc Slayton postanowił uczynić tak: zatrzymać brata na Nowej Wyspie do czasu, aż całkowicie zdziczeje. Wówczas choroba psychiczna Edwarda nie budziłaby wątpliwości. Oto dlaczego Slayton nigdy nie organizował wycieczek na Nową Wyspę. Zebrawszy ogromne bogactwa, znacznie przewyższające majątek brata, Abraham pozostawił Edwarda na łasce losu…
Tylko jednej rzeczy nie udało mi się ustalić: czy Edward jeszcze żyje. Teraz już znamy prawdę i możemy uratować tego nieszczęśliwca. Czy warto było w imię tego zajrzeć do cudzego biurka?
— Przecież pan nie wiedział, co pan tam znajdzie — odparł Huttling.
— Nie potrzeba mi cudzej własności, jestem człowiekiem bezinteresownym. Muszę teraz tylko złapać Slaytona. A to nie jest trudna rzecz. Już go znalazłem po żmudnych poszukiwaniach.
— Znalazł pan? Naprawdę?! — zawołali słuchacze.
— Tak, znalazłem, z narażeniem własnego życia — odpowiedział skromnie Simpkins.
XI. Woda i ogień
W tym samym czasie kiedy Simpkins śledził Slaytona, usiłując w miarę możności schwytać go bez przelewu krwi, Thompson ze swymi asystentami i Lüders przeprowadzali dokładne badania Morza Sargassowego. Zorganizowali kilka wypraw podwodnych opuszczając się na dno morza w skafandrach nurków.
Udało im się uzyskać dość dokładne dane o Wyspie Zaginionych Okrętów. Lüders z zapałem pracował nad wykresem i pewnego razu, gdy wszyscy siedzieli przy wieczornej herbacie, zjawił się z wielkim arkuszem.
— Proszę popatrzeć — rzekł, uroczyście rozwijając rulon. — Wyspa Zaginionych Okrętów znajduje się na podwodnym ściętym wierzchołku góry pochodzenia wulkanicznego. Dokoła wyspy — u stóp góry — głębokość sięga tysiąca pięciuset metrów, a od wierzchołka góry do powierzchni oceanu jest zaledwie sto metrów. Całą tę przestrzeń wypełniają zatopione okręty, tworząc jak gdyby piramidę.
— Pomnik nad grobem — rzekł Huttling.
— Tak, pomnik tysięcy ofiar morza. Lecz ta piramida, jak się okazało, jest jednocześnie miastem zamieszkałym przez podwodnych mieszkańców.
— Jak to, więc są jeszcze podwodni mieszkańcy wyspy? — spytała Vivian.
— Małże, sepie, ośmiornice. Wątpię, czy na kuli ziemskiej znalazłoby się inne tak wielkie skupisko tych stworzeń. Można zrozumieć dlaczego. Na wpół zniszczone statki stały się niezwykle wygodnymi mieszkaniami dla ośmiornic. Wpełzają przez dziury i wyglądają przez otwory iluminatorów czekając na zdobycz.
— Ale spuszczać się na dno w takim miejscu — powiedziała Vivian — to rzecz niebezpieczna!
— Jeszcze by! Trzeba poprzestać na wyprawach podwodnych do miejsc otwartych i trzymać się blisko jeden drugiego. Ale za to jakie się widzi ciekawe obrazy! Niedawno byliśmy świadkami niezwykłego widowiska. Ośmiornica schwytała kraba i zaczęła się nim bawić. Krab stawiał opór, usiłował wyzwolić się z chwytliwych macek, lecz szybko opadł z sił. A ośmiornica długo jeszcze bawiła się wywijając nim w różne strony. Czasami puszczała swą ofiarę i natychmiast chwytała znów.