Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Mercedes-Benz». Краткое содержание книги:

Urocza, przezabawna powiastka gdańskiego prozaika zaczyna się w okolicznościach iście dramatycznych: bohater (noszący wiele znamion, które pozwalają utożsamiać go z autorem), wsiadając w początku lat dziewięćdziesiątych do małego fiata z instruktorką kursu prawa jazdy, nieomal umiera z upokorzenia i wstydu.
Pragnąc opóźnić moment ostatecznej kompromitacji, ucieka się do wypróbowanego sposobu: zaczyna snuć opowieść o samochodach swoich dziadków: citroenie zmiażdżonym przez pociąg relacji Wilno-Baranowicze, mercedesie zarekwirowanym w 1939 przez Sowietów w okolicach Lwowa…
W trakcie opowieści, jak na wytrawnego narratora przystało, uświadamia sobie, że powiela fortel i zarazem literacki chwyt Hrabala, który w opowiadaniu Wieczorna lekcja jazdy w analogiczny sposób próbował obłaskawić i zmylić czujność instruktora usiłującego wprowadzić go w arkana jazdy na motocyklu. Narracja staje się piętrowa i wielowymiarowa: wątki hrabalowskie przeplatają się ze współczesnymi i z nostalgiczną, pełną ciepła i humoru wyprawą w głąb rodzinnych korzeni, w odeszły w przeszłość świat międzywojnia, wypraw na pikniki w sosnowe lasy, zawodów balonowych, spotkań w Automobilklubie i – przede wszystkim – cudownych chromowanych karoserii.
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29
Перейти на страницу:
Skarbów świata całego, czy może z Pociągów, albo z Obsługiwałem angielskiego króla, lub Przerw w zabudowie no i ten, który zgadł pierwszy, otrzymywał nagrodę, wszyscy stawiali mu ekstra kolejkę, lecz jeśli wyskoczył z odpowiedzią błędną, musiał postawić kolejkę wszystkim, pani Agnieszka nieustannie donosiła do naszego stołu kufle guinessa, żywca i johna bulla, jej taca z napełnionymi kieliszkami beherovki wciąż krążyła pomiędzy barem a naszym rozkrzyczanym kręgiem, a ja pomyślałem sobie, kochany panie Bohumilu, że może to jest najlepsza nagroda dla pisarza, najwspanialsza zapłata, to właśnie, że w nieznanym mu mieście, tysiąc kilometrów na północ od Pragi, przy głównej ulicy, która kiedyś nazywała się Hauptallee, a potem Hindenburga, a potem Adolfa Hitlera, a potem Rokossowskiego, no a teraz nazywała się Grunwaldzką, jacyś faceci w średnim wieku przerzucają się fragmentami jego książek, kłócą się o każdy przecinek i wymyślają sobie od idiotów, gdy któryś z nich popełni kardynalny błąd, myląc, dajmy na to, Bambini di Praga z Domem, w którym nikt nie chce już mieszkać, powiedziałem więc o tym głośno, że chyba byłby pan zadowolony z takiej nagrody, no i rozpętała się prawdziwa burza, bo natychmiast przypomniano, że to pan powinien otrzymać nagrodę Nobla, a nie Jaroslav Seifert, nikt wprawdzie z zebranych nie miał nic przeciwko Jaroslavovi Seifertowi, a nawet więcej, wielu z nas podziwiało jego liryki natchnione praską atmosferą, ale poetów tej klasy co Jaroslav Seifert jest w Czechach, w Europie i na świecie co najmniej kilkudziesięciu, a prozaików takich jak Bohumil Hrabal nie ma poza nim samym ani na lekarstwo, wrzeszczeliśmy jeden przez drugiego, jakby przy stoliku „U Irlandczyka” zasiadał z nami przedstawiciel nobliwej Akademii – no i co wy sobie wyobrażacie, jak można brać pod uwagę, czy kandydat ładnie się zaprezentuje podczas walca ze szwedzką królową, czy będzie gładko przemawiał, czy nie wypije za dużo kieliszków szampana, lub, o zgrozo, nie wyleje tego szampana do wazonu, by zażądać zwykłego pilsnera, jak wy możecie obawiać się kilku na przykład niecenzuralnych słów albo poklepania jego królewskiej mości po połach fraka, ostatecznie kiedy do Pragi przyjechał Bill Clinton, to tylko po to, żeby napić się piwa „U Zlatého Tigra” z Bohumilem Hrabalem, bo amerykański budweiser to są po prostu siki w porównaniu z takim staropramenem, a taki John Irving, choćby napisał dziesięć kolejnych tomów Terapii wodnej i zrobił z tego hollywoodzki serial, to i tak mógłby Bohumilowi Hrabalowi podawać szklanki, co wy sobie wyobrażacie, szwedzkie padalce, że taki Mitterand jechał do Pragi obejrzeć pomnik Jana Husa, czy żeby powiedzieć Bohumilowi Hrabalowi – odkąd pana czytam, nie muszę popijać wody z Vichy – jak mogliście, panowie akademicy, nie zauważyć, że Bohumil Hrabal był najbardziej nowoczesnym, najbardziej awangardowym prozaikiem dwudziestego wieku, a przy tym nie miał w sobie nic z awangardowych barbarzyńców, z tej przekupnej hołoty, która poza naśladownictwem paru gagów Kabaretu Voltaire z Zurychu nic już nie umie sklecić, otóż Bohumil Hrabal klecił z najmarniej szych ułomków, ze strzępów zdań, z resztek obrazów, tapet, fotografii, dźwięków i zapachów absolutnie niepowtarzalne frazy, zdumiewające konstrukcje, feerie światów i opowieści, a przy tym w tych jego rozedrganych słowach zawsze czaiła się elegancja Mozarta, silą Beethovena i Chopinowska melancholia, co wy sobie wyobrażacie, niedouczone gamonie, któż tak jak on potrafił, niczym sztukmistrz, podnieść zwykła rzecz ze śmietnika naszej historii, naszej wspaniałej cywilizacji i niczym Bruno Schulz ze strzępu starej gazety uczynić z niej stronę Księgi, stronę płonąca własnym, a nie odbitym blaskiem? Ale, kochany panie Bohumilu, szwedzcy akademicy ani myśleli nas słuchać, dlatego zażądaliśmy od pani Agnieszki listowego papieru, koperty i pocztowych znaczków i zaczęliśmy pisać list do Sztokholmu, list, w którym domagaliśmy się kategorycznie, by tę nagrodę Nobla przyznano panu przynajmniej pośmiertnie, kochany panie Bohumilu, żeby oprawili ten dyplom w górski kryształ i położyli go na pańskim grobie w Kersku, gdzie na pewno grzać się będą w słońcu wszystkie pańskie koty, tak więc musiałem pełnić rolę sekretarza, co nie było proste, bo wszyscy jeden przez drugiego krzyczeli mi nad uchem – to już napisałeś? A o tym pamiętasz? I napisz jeszcze, że nigdy jako Polacy nie osiągnęliśmy takiej jednomyślności -więc, pochylony nad stołem, zapisywałem wszystkie te postulaty do nobliwej Akademii, ale kątem oka zauważyłem na ekranie telewizora znajomą dobrze twarz, w migawce politycznych wiadomości uśmiechał się do mnie nie kto inny, tylko instruktor Szkaradek, naturalnie teraz nie miał na sobie przepoconej koszulki polo, nie był już instruktorem i prawdopodobnie nie przeklinał, przynajmniej na wizji i na fonii, ze strzępów dobiegających zdań zorientowałem się, że jest wysokim urzędnikiem do spraw przekształceń własnościowych, prywatyzuje na potęgę, co jeszcze pozostało niesprywatyzowane, walczy o nowy kształt fatalnie zacofanej polskiej gospodarki i powiem panu, kochany panie Bohumilu, że ta krótka informacja, która dotarła do mnie w trakcie zapisywania zdań dla szwedzkiej Akademii, wcale mną nie wstrząsnęła, wcale nie zdała mi się dziwną, przeciwnie, stanowiła zwieńczenie dewizy politycznej partii, do której instruktor Szkaradek pragnął mnie zapisać, ale widocznie tego dnia rozsypał się, drogi panie Bohumilu, prawdziwy worek informacji w naszych telewizyjnych Wiadomościach, bo kilka minut potem, kiedy dawałem nasz list do podpisu wszystkim kolegom, a potem zupełnie przypadkowym ludziom, którzy również chcieli mieć swój wkład w przyznanie panu nagrody Nobla, kiedy chodziłem więc po całym pubie z kartką papieru, na której było coraz więcej i więcej podpisów, na ekranie telewizora pojawili się Fizyk i Bucior z zamazanymi twarzami, bo takie wszak przysługuje prawo oskarżonym, stanąłem pod ekranem naprawdę zdumiony i osłupiały; tak, to byli oni ponad wszelką wątpliwość, najwięksi hakerzy niepodległej Polski, prokurator odczytywał właśnie akt oskarżenia, w którym roiło się od zawiłych paragrafów, ale istota sprawy była jasna: internetowy geniusz Fizyka oraz proroczy dar Buciora złączone w jedno dały nadspodziewany efekt: nie było takiej firmy, banku, poczty czy wojskowego sztabu, do którego nie potrafiliby się włamać, przemogli bramy Pentagonu, kody Brukseli, szyfry banków i wszędzie byli jak u siebie w domu, wszędzie znaleźli dobry towar, nie, drogi panie Bohumilu, Fizyk z Buciorem nie podkradali z niczyich kont pieniędzy, oni szukali poufnych informacji i sprzedawali je za wysoką cenę, Bank Szwajcarski mógł u nich nabyć wszystkie szczegóły konkurencyjnych firm Azjatów, Rosjanie najświeższe plany gwiezdnych wojen, Amerykanie plan ulubionej gry Jelcyna, Palestyńczycy dokumenty izraelskiego Mosadu, Mosad adresy arabskich terrorystów, kartel z Medelin listy agentów FBI, Citroen najnowsze opracowania Mercedesa, Mercedes Tbyoty, Toyota Citroena, adwokat zapowiedział, że sprawa jest bez precedensu i skończy się uniewinnieniem, ponieważ żadna z poszkodowanych instytucji nie wniosła formalnego oskarżenia, jedynie skargę na działalność firmy rejestrowanej na Bahama Fizyk amp; Buczo Corporation, której właściwość prawna i fiskalna nie przynależą do polskiej jurysdykcji, choć właściciele to Polacy, słowem, kochany panie Bohumilu, stałem i rozdziawiałem, jak się to mówi, gębę, bo z kaznodziejskiej firmy uczynić coś takiego, z działkowej szopy wypłynąć elektroniczną rzeką na takie oceany, to było przecież nie lada osiągnięcie chłopaków z Kolonii Ochota i nawet jeśli nie wszystko było legalne i dozwolone, to przecież rozsławili moje miasto, nie przymierzając, jak Benia Krzyk Odessę, kamera pokazała dwupokojowe biuro Fizyka i Buciora na najwyższym piętrze nowego wieżowca, a potem omsknęła się na parking, gdzie stały dwa identyczne, srebrzyste Mercedesy, i to był już koniec informacji, siadłem za stołem, oddałem kolegom list do noblowskiej Akademii, czytali go uważnie, lecz ja byłem już poza tym wszystkim, piłem spokojnie beherovkę, a potem piwo, a potem znowu beherovkę i myślałem już tylko o panu, kochany panie Bohumilu, i o pannie Ciwle: gdzie mogła teraz być moja instruktorka, która dawała do czytania swojemu bratu pana opowiadania i powieści, czy oglądała telewizję, a może usłyszała o pańskiej śmierci w radio, na pewno się zmartwiła i na pewno tak samo jak ja pomyślała o tej ciemności, w którą pan wkroczył, i która przez całe życie nie była panu obca, która kusiła pana wiele razy, bo przecież kiedy widział pan Franza Kafkę na balkonie pałacu Kinskych, jak patrzy w dół i waha się, czy ma skakać czy nie, jak mówił pan o tym jego przerażeniu, to przecież było to o panu, tak, myślę, że z panną Ciwle rozumieliśmy się bez słowa, wiedziała, jak pana gorzka melancholia, ta ostateczna wiedza o nicości, jest w pana śmiechu, żartach i ironii osnową i tematem, bo przecież nie ucieczką; wiedziała, że te wszystkie kufle piwa, które wypijał pan po barach, i wszystkie opowieści, jakie pan zapisywał, to jest metoda na przetrwanie, odwiecznie syzyfowa praca, odpowiedź na nikczemność, zasypywanie czarnej dziury i pewnie kiedy sięgała po trawę, czuła, że jest w podobnej sytuacji: jeszcze krok i kładka się urywa, i pewnie tak samo jak pan nie wierzyła w Ahura Mazdę, tego budowniczego mostu na drugą stronę, po którym dusze przejść mają do wieczności, i pewnie gdybyśmy teraz o panu rozmawiali – pomyślałem – o tym skoku i locie z piątego piętra szpitala na Bulovce, to pewnie przypomniałbym sobie dwunastą tabliczkę Gilgamesza, na której zapisano lament wywołanego z podziemi ducha Enkindu, te straszne słowa, że jego ciało wypełnione jest płaczem i tak jak starą szmatę toczą go robaki, jak starą szmatę, kochany panie Bohumilu, gdyby Homer znał te słowa, to pewnie lament zjawy Achillesa przed żywym Odysem przybrałby inną, okrutniejszą formę, gdybyśmy choć raz naprawdę ujrzeli to, co Orfeusz, ale nie w śpiewie, hymnie czy religijnym pocieszeniu, tylko w tej jednej chwili najoczywistszej grozy, być może z przerażenia nie moglibyśmy pić herbaty, pisać listu, kochać się, jeść, a nawet umierać, kochany panie Bohumilu, i gdybym teraz siedział z panną Ciwle – pomyślałem – tutaj, „U Irlandczyka”, czy u niej, w działkowej szopie, gdybyśmy we dwoje odprawiali to żałobne nabożeństwo, tę panichidę, te białoruskie dziady, to pewnie zamiast pisać list do szwedzkiej Akademii, zamiast przekrzykiwać się nad wilgotnym od piwa i beherovki blatem, milczelibyśmy, popalając wolno trawę i to byłaby nasza modlitwa za pana, nasze skupione rekolekcje, nasz hołd dla kogoś, kto idąc po tej wąskiej kładce i znając oczywisty finał, uśmiechał się spokojnie, kiwał dłonią i śpiewał nieustanną pochwałę dni słonecznych, jak gdyby nie chcąc zrażać bliźnich do istnienia ani poszukiwań, bo w końcu komuś może uda się odnaleźć to, czego nigdy nie odnalazł Gilgamesz, i dlatego, kochany panie Bohumilu, był pan mądrzejszy od wszystkich współczesnych filozofów, którzy nie wiedzą, jak jest, i wrzeszczą, i rozdzierają szaty, pan za to wiedział, lecz zamiast zachowywać się jak oni, zamiast bełkotać o dekonstrukcji czy syntezie, pisał pan te swoje piękne, długie zdania, zawiązywane jak wstążki na świętym drzewie derwiszów, i pewnie o tym wymienilibyśmy tych kilka cichych słów z panną Ciwle, a potem wsiedlibyśmy upaleni do jej małego fiata i z kilkoma pana książkami pojechalibyśmy na plac manewrowy pod kasztanowiec, pod którym każdej nocy płonie ognisko, no i zawieszalibyśmy te pana tomy jako wota na świętym drzewie, a źli, brudni, odrażający, czyli normalni i nieszczęśliwi ludzie patrzyliby na nas jak na dwa anioły, które wolnym ruchem spłynęły z nieba i zawiesiły na gałęziach tabliczki z magicznymi sentencjami, i to byłby chyba najwspanialszy sposób uczczenia pańskiej śmierci, kochany panie Bohumilu – pomyślałem, dopijając ostatnią beherovkę – najpiękniejszy finał – więc wstałem od stolika i wyszedłem w tę okropną lutową noc, i szedłem Grunwaldzką, i zakręciłem w Sobótki, gdzie mieszkałem od paru lat, odkąd rozstałem się z Anulą, i wchodziłem po schodach na to wysokie poddasze, by wyciągnąć z szuflady biurka kilka fotografii odnalezionych podczas tej ostatniej przeprowadzki z Ujeściska do Wrzeszcza, i wreszcie, kiedy to uczyniłem, wezwałem taksówkę i kazałem się wieźć na wzgórze, gdzie rozciągały się działki, brodziłem po kostki w wilgotnym, mokrym śniegu, ale zamiast drzew, szop i drewnianych domków zobaczyłem uśpiony plac budowy otoczony płotem z surowych desek, nad którym żółta tablica informowała, że to osiedle będzie się nazywało Olimp, wykopane doły i podmurówki dawały wyobrażenie o przyszłym kształcie domów, których ściany zapewne strzelą w górę z wiosną, nie miałem tutaj czego szukać, poczułem, jak czas znowu zatoczył niesamowitą pętlę, i próbowałem sobie przetłumaczyć to na czeski, żeby pierwsze zdanie listu, który właśnie wtedy postanowiłem napisać, brzmiało dla pana swojsko, i kiedy wróciłem na Sobótki i siadłem przy stole, rozkładając niewielki plik fotografii z firmowej koperty pana Chaskiela Bronsteina, to pierwsze zdanie potoczyło się samo i już je pan zna – Milý pane Bohušku, a tak zase život udĕlal mimořadnou smyčku pisałem w absolutnym milczeniu, nie spiesząc się dokądkolwiek.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)