Mercedes-Benz
- Автор: Хюлле Павел
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Mercedes-Benz». Краткое содержание книги:
Urocza, przezabawna powiastka gdańskiego prozaika zaczyna się w okolicznościach iście dramatycznych: bohater (noszący wiele znamion, które pozwalają utożsamiać go z autorem), wsiadając w początku lat dziewięćdziesiątych do małego fiata z instruktorką kursu prawa jazdy, nieomal umiera z upokorzenia i wstydu.
Pragnąc opóźnić moment ostatecznej kompromitacji, ucieka się do wypróbowanego sposobu: zaczyna snuć opowieść o samochodach swoich dziadków: citroenie zmiażdżonym przez pociąg relacji Wilno-Baranowicze, mercedesie zarekwirowanym w 1939 przez Sowietów w okolicach Lwowa…
W trakcie opowieści, jak na wytrawnego narratora przystało, uświadamia sobie, że powiela fortel i zarazem literacki chwyt Hrabala, który w opowiadaniu Wieczorna lekcja jazdy w analogiczny sposób próbował obłaskawić i zmylić czujność instruktora usiłującego wprowadzić go w arkana jazdy na motocyklu. Narracja staje się piętrowa i wielowymiarowa: wątki hrabalowskie przeplatają się ze współczesnymi i z nostalgiczną, pełną ciepła i humoru wyprawą w głąb rodzinnych korzeni, w odeszły w przeszłość świat międzywojnia, wypraw na pikniki w sosnowe lasy, zawodów balonowych, spotkań w Automobilklubie i – przede wszystkim – cudownych chromowanych karoserii.
Pragnąc opóźnić moment ostatecznej kompromitacji, ucieka się do wypróbowanego sposobu: zaczyna snuć opowieść o samochodach swoich dziadków: citroenie zmiażdżonym przez pociąg relacji Wilno-Baranowicze, mercedesie zarekwirowanym w 1939 przez Sowietów w okolicach Lwowa…
W trakcie opowieści, jak na wytrawnego narratora przystało, uświadamia sobie, że powiela fortel i zarazem literacki chwyt Hrabala, który w opowiadaniu Wieczorna lekcja jazdy w analogiczny sposób próbował obłaskawić i zmylić czujność instruktora usiłującego wprowadzić go w arkana jazdy na motocyklu. Narracja staje się piętrowa i wielowymiarowa: wątki hrabalowskie przeplatają się ze współczesnymi i z nostalgiczną, pełną ciepła i humoru wyprawą w głąb rodzinnych korzeni, w odeszły w przeszłość świat międzywojnia, wypraw na pikniki w sosnowe lasy, zawodów balonowych, spotkań w Automobilklubie i – przede wszystkim – cudownych chromowanych karoserii.
Перейти на страницу:
lekcja jazdy jest jeszcze nieskończona, że musi mieć ciąg dalszy, tak jak ciąg dalszy miała historia stosiedemdziesiątki, ale nie tej skradzionej przez Sowietów, ta była benzynowa, lecz tej, która pojawiła się pewnego wiosennego dnia w siedemdziesiątym drugim roku na rogu Chrzanowskiego w Górnym Wrzeszczu za sprawą mego ojca, ta miała silnik diesla i znacznie większy przebieg, co zresztą w sposób oczywisty musiało znaleźć swe odbicie w epilogu – tylko czy panna Ciwle – zastanawiałem się płacąc taksówkarzowi – zechce powrócić do tematu, zechce zatoczyć kolejną pętlę w naszym samochodowym kursie? – I niech pan sobie wyobrazi, kochany panie Bohumilu, że zechciała, bo kiedy następnego dnia szedłem uliczką Sowińskiego do firmy Corrado – gwarantujemy prawo jazdy po najniższych w mieście cenach – z okna małego fiatka wychyliła się jej kształtna głowa i usłyszałem halo, panie Pawle, jest pan spóźniony kwadrans, czy wy, mężczyźni, zawsze musicie komplikować proste sprawy? – Byłem skonfundowany, bo przecież wtedy, po tej trawce nie umawialiśmy się na konkretną godzinę, dlatego milczałem, zapinając pasy i ustawiając lusterko, ale ona miała naprawdę dobry humor i natychmiast, kiedy tylko ruszyłem, powiedziała – dziś zaliczamy skrzyżowania, najpierw jedziemy na Hucisko i wreszcie chcę usłyszeć, co zrobił pana ojciec, spodziewam się, że miało to jakiś związek z samochodami pańskiego dziadka oczywiście – wjechałem na Kartuską – lecz zanim to opowiem, powinna pani wiedzieć, jakie było tak zwane tło, otóż – zatrzymałem się na światłach przed Urzędem Miejskim – nadzwyczaj szare i ubogie, żyliśmy bardzo skromnie, ojciec był wprawdzie inżynierem, ale nie przynależał do nowoczesnej, awangardowej, zdrowej klasy, przez długie lata zarabiał mniej niż traktorzysta w pegeerze, stoczniowy traser, dojarka czy murarz bez dyplomu, lecz nigdy nie narzekał, nigdy nie miał kwaśnej miny, nawet kiedy przed pierwszym jedliśmy tylko chleb ze smalcem, uśmiechał się i mówił – nie takie rzeczy przeżyliśmy – i nigdy nie pozwalał sobie na wspominanie starych dobrych czasów, bo zawsze myślał, był nieustannie pewien, że w końcu przyjdą jeszcze lepsze, choć, mówiąc prawdę – staliśmy nadal w korku przed Urzędem Miasta – nigdy nie mogłem dociec źródeł tego szlachetnego optymizmu, który w żadnym wypadku nie mógł pochodzić z doświadczenia, lecz z jakichś głęboko skrytych w duszy mojego ojca pokładów naiwnej dobroci, skąd bowiem czerpał wiarę – powoli ruszaliśmy spod najbrzydszego budynku w mieście – że będzie lepiej, skoro było coraz gorzej – może wierzył w Boga – panna Ciwle spojrzała na mnie pytająco – jak ktoś ma to w sobie głęboko, nie na pokaz, no to nawet jak wpierniczają go lwy, uważa, że mimo chwilowych trudności, sprawy idą zasadniczo w dobrym kierunku – no, może coś takiego – zaśmiałem się, hamując na wysokości Targu Rakowego – choć jego wiara w Boga była raczej wywiedziona z ducha fizyki kwantowej niż z wypadków historii, ale jakby nie było – wracałem do tematu – ojciec, który do ekscesów przodującej, awangardowej, zdrowej klasy czul estetyczną odrazę, na wszystkie ich akcje, wiece, przemarsze i histeryczne wrzaski reagując powściągliwym milczeniem, w jednym tylko przypadku łamał swoje zasady i mówił głośno o przeszłości, a mianowicie gdy szło o samochody-nie podobały mu się syrenki i Wartburgi? – wpadła znów w słowo panna Ciwle – to nie jest właściwe określenie – wyjaśniłem chodziło mianowicie o to, że kiedy mama, brat albo ja mówiliśmy czasem ojcu – ach, jak przyjemnie byłoby pojechać na plażę, choćby i taką syrenką, zamiast tłoczyć się w rozgrzanym tramwaju przez godzinę, jak miło byłoby wracać z Kaszub z koszami pełnymi grzybów, choćby i takim trabantem, nie czekając w strugach deszczu na ostatni, zatłoczony do granic możliwości autobus, który mija przystanek pekaesu nawet nie zwalniając – kiedy więc czasami i nieśmiało mówiliśmy o tym, że ten i tamten sąsiad czy znajomy w drodze niesłychanych wyrzeczeń kupił wreszcie syrenkę czy wylosował szczęśliwie Wartburga, ojciec odpowiadał, że nie każdy pojazd dwuśladowy napędzany silnikiem zasługuje od razu na miano samochodu, tak samo jak nie każdy, kto przemawia z trybuny, jest automatycznie mężem stanu, i ucinał dalszą dyskusję stwierdzeniem, że jeśli będzie kiedykolwiek jeździł autem, to tylko takim, jakim podróżował ze swoim ojcem, no a my mogliśmy tylko jęknąć, bo przecież sama już tylko myśl, samo marzenie, że pojedziemy na sopocką plażę albo nad kaszubskie jeziora Mercedesem, należały do zbioru proroctw fantasmagorycznych; mijały lata, na ulicach pojawiły się już polskie fiaty, w delikatesach można było kupić za jednym staniem dwie paczki kawy i puszkę ananasów, nieliczni przywozili z Zachodniego Berlina mocno zużyte volkswageny, niektórzy marynarze śmigali po Świętojańskiej w Gdyni talbotem lub pontiakiem, lecz mój ojciec nie zmienił zdania, i proszę sobie wyobrazić – podjechałem zaledwie pięć metrów i znów staliśmy w korku – to kwietniowe popołudnie, kiedy usłyszeliśmy pod oknami naszego małego mieszkania charakterystyczny klekocik dobrze wyregulowanego diesla, kiedy usłyszeliśmy radosny chór rozwrzeszczanych dzieciaków skandujących za nadjeżdżającym wolno Mercedesem 170 DS – gestapo! gestapo! – tak, to była naprawdę wielka chwila mojego ojca, jego czas zatoczył na naszych oczach niesamowitą pętlę, wysokoprężna stosiedemdziesiątka, rocznik powojenny, była niemalże identyczna z tamtą, benzynową, te same co na zdjęciach bufiaste błotniki, ten sam podłużny dziób z chłodnicą i taki sam dupiasty kufer mogły sprawiać wrażenie, że zaraz wysiądzie z niego dziadek Karol, lecz zamiast niego ukazał się mój ojciec i pokiwał nam radośnie dłonią, zapraszając na pierwszą przejażdżkę po ulicach Wrzeszcza; jechaliśmy Chrzanowskiego, potem Polankami, podziwiając rozdzielczą deskę z zegarami Boscha, równomierny tembr silnika, łagodne kołysanie zawieszenia, a ojciec opowiadał, jak trudno mu było znaleźć niektóre brakujące części, jak szukał ich po złomowiskach i starych warsztatach, jak wytaczał na tokarce to, czego już nigdzie nie można było kupić czy wyszukać – bo musi pani wiedzieć wyłączyłem silnik fiatka – że remont tego Mercedesa, którego ojciec kupił po wypadku od znajomego mechanika, trwał dwa lata, a wszystko w konspiracji, no bo liczyć się miała niespodzianka, zaskoczenie – niesamowite – panna Ciwle zapaliła skręta – z pańskiego ojca musiał być romantyk – raczej inżynier – odparłem, włączając silnik, by przejechać dwa metry i znowu stanąć – nic nie sprawiało mu większej przyjemności niż awaria, nieraz na długiej trasie, kiedy jechaliśmy w góry i nic się nie działo, nic się nie psuło, ojciec prowadził w milczeniu, wyraźnie znudzony monotonią, lecz kiedy tylko coś zachrobotało w skrzyni biegów, zapiszczało w hamulcach, stuknęło w dyferencjale, natychmiast z błyskiem w oku snuł rozmaite przypuszczenia, stawiał diagnozy, rozwijał hipotezy, no a kiedy przyjechaliśmy na miejsce, zamiast chodzić z nami na wycieczki, rozkładał swoje narzędzia i grzebał w silniku od rana do wieczora, wybrudzony smarem po łokcie, i był szczęśliwy, kiedy po kilku dniach, gdy trzeba już było wracać do domu, znalazł wreszcie szczelinę w gumowej uszczelce pompki hamulcowej lub ukręcony gwint jakiejś śruby i wtedy zaczynała się prawdziwa walka z czasem i materią, lecz ojciec nigdy jej nie przegrał, naprawa była ukończona zawsze za pięć dwunasta, no i sunęliśmy szosą, wracając do domu, a lekka melancholia, w jaką popadał teraz ojciec z powodu braku jakiejkolwiek następnej awarii, kompensowana była wrażeniem, jakie na kierowcach wywierał kształt i wygląd starego Mercedesa, czasami mrugali nam światłami, czasem kiwali dłonią i nacisnęli klakson, ale największe emocje wzbudzało wyprzedzanie; taki na przykład trabant, albo zaporożec zbliżał się do naszego kufra, no i przez moment jego kierowca jechał w bezpiecznej odległości, dziwiąc się, że zabytek wyciąga nawet dziewięćdziesiąt, zaraz jednak dodawał gazu, włączał migacz, no i zaczynał wyprzedzanie, a wtedy ojciec lekko dociskał gaz i mniej więcej przy stu dziesięciu widzieliśmy za szybą po naszej lewej stronie zdenerwowaną i spoconą twarz właściciela moskwicza czy trabanta, który dosłownie wybałuszał oczy, wysuwał język i wykrzywiał twarz w strasznym grymasie, no bo na naszym szybkościomierzu było już sto dwadzieścia dwa kilometry na godzinę, a Mercedes nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, mrucząc silnikiem i lekko kołysząc swoim zawieszeniem, więc jeśli zostaliśmy w końcu wyprzedzeni, ojciec uśmiechał się do siebie i głaszcząc kierownicę mówił – nie mogę męczyć emeryta – ale bywało też i tak, że trabant albo zaporożec musiał się schować za nasz kufer, gdy z naprzeciwka pędziła ciężarówka, a wtedy jego kierowca po prostu dostawał szału, siedział nam na ogonie, trąbił, mrugał światłami i następny manewr wyprzedzania zaczynał już bez namysłu pod górę, na zakręcie, niebaczny ciągłej linii, no i dwukrotnie skończyło się to groźnie, choć nie tragicznie, otóż za pierwszym razem trabant z kielecką rejestracją wypadł z łuku szosy i rąbnął w stóg siana, za drugim zdarzyło się to samo rumuńskiej dacii z poznańskiego, która wylądowała w stawie, ojciec, rzecz jasna, natychmiast zwalniał i zawracał, żeby nieść po moc, lecz jego zachowanie nie było widocznie zgodne ze współczesną etykieta, skoro kierowca trabanta nawymyślał nam od głupców, chujów i oszustów, kierowca dacii za to, stojąc po łydki w wodzie, wygrażał pięścią i wrzeszczał, że wszyscy ludzie z Gdańska to zbrodniarze: nie dość że tarasują drogi po rządnym ludziom, to jeszcze jeżdżą złomem po hitlerowskich dygnitarzach, więc szkoda, że tak mało zginęło ich w siedem dziesiątym roku – no nie – wykrzyknęła panna Ciwle – i pański ojciec nie dał mu w pysk?! – musiałby wejść do wody wyjaśniłem – a po drugie jak zawsze, kiedy miał do czynienia z tego rodzaju chamstwem, nie wpadał w złość, tylko w melancholię – niech pan wypuści rybki z bagażnika – powiedział wtedy do tego arywisty z poznańskiego – i powiem pani wreszcie ruszyłem na jedynce – że to było lepsze, niż taplać się z tamtym w błocie, bo kiedy kierowca dacii usłyszał o tych rybkach, po prostu spurpurowiał, zatkało go, z wściekłości kopnął w drzwi swojego samochodu, a potem ruszył w naszą stronę, gwałtownie, biegiem, no ale wywrócił się raz, drugi, widzieliśmy go, jak wychodzi na brzeg stawu umazany po uszy szlamem, ale Mercedes unosił nas już szosą, ojciec zmienił bieg i powiedział do mnie i brata – teraz widzicie, dlaczego nie należy wyprzedzać na zakrętach. – Piękna lekcja – śmiała się panna Ciwle – nie dałabym lepszej, a te naprawy i awarie to zupełnie jak w opowiadaniu Hrabala, zaraz, w którym to było tomie, z tym rozkładaniem silnika – Taka piękna żałoba odpowiedziałem błyskawicznie, kochany panie Bohumilu -za każdym razem Francin poszukiwał pomocnika do trzymania śrubek – właśnie – panna Ciwle spojrzała na mnie uważnie pan też to robił? – nie – jechaliśmy w żółwim tempie wzdłuż niewielkiego skweru, na którym dwa potężne dźwigi usiłowały podnieść sowiecki czołg, pomnik wyzwolicieli miasta – ojciec miał przyjaciela z garażem i warsztatem, ale to było w Gdyni, więc jak musiał rozbierać silnik albo grzebać w podwoziu, je chał do niego na cały dzień i wracał do Wrzeszcza ostatnią kolejką elektryczną, z czasem Mercedes wymagał coraz częstszych napraw, dwu, albo nawet trzydniowych, więc ojciec zabierał ze sobą śpiwór i kanapki i nocował w warsztacie, no i dopiero kiedy wszystko skończył, wracał samochodem do domu, zmęczony, w brudnym kombinezonie, pachnący ropą ale mama nie była już tak radosna jak wówczas, gdy zajechał na nasze podwórko pierwszym razem – jak wyglądają twoje ręce – martwiła się, podając mu kolację – leżysz na cemencie godzinami – ale ojciec był oczywiście optymistą – niedługo skończą się kłopoty – odpowiadał – to tylko kwestia cierpliwości i wyjedziemy znowu w góry – tak – nie dawała za wygraną mama – tylko po to, żebyś znów tydzień spędził z narzędzia mi, mógłbyś dać spokój, jesteś zmęczony, wcale nie musimy mieć samochodu, a zresztą – kładła mu dłoń na głowie – mógł byś go sprzedać do muzeum – może do niemieckiego? – pytał z sarkazmem – na pewno mają taki model i znacznie lepiej utrzymany, bo my, Polaczki, nie mamy zapasowych części, jesteśmy brudni, źli, pijani i leniwi, czy wiesz, ile się tego nasłuchałem przez całą wojnę – już dobrze – odpowiadała mama – zrobisz, co zechcesz. – Tu, drogi panie Bohumilu, musiałem wyjaśnić pannie Ciwle, że ojciec przez całą prawie okupację pracował jedenaście godzin dziennie w naprawczym warszta cie samochodów i dzięki temu nie wywieziono go do Rzeszy jako przymusowego robotnika, no bo ten warsztat świadczył usługi dla firm zaopatrzeniowych i dla armii – zrobisz, co ze chcesz – odpowiadała mama, ale wiedziała doskonale, że oj ciec nie zrezygnuje z Mercedesa, bo przecież ten samochód był dla niego czymś więcej niż zwykłym samochodem, a nawet zwykłym Mercedesem, no więc, gdy na godzinę jazdy zaczęło w końcu przypadać z trzydzieści dziewięć godzin warsztatowych – ciągnąłem, dojeżdżając wreszcie do ronda Huciska – mama się obraziła i powiedziała – nie wsiądę więcej do tej landary – i rzeczywiście, nie wsiadła, a ojciec, kiedy któregoś razu nie zadziałał rozrusznik, zatrzasnął drzwiczki, schował kluczyki w kredensie i więcej nie tknął samochodu stojącego pod naszym ogrodowym płotem – no i co było dalej spytała panna Ciwle – nie mogli się dogadać? – nie mogli ciągnąłem – bo każde z nich zastygło we własnym gniewie i każde miało swoją słuszną rację, tymczasem Mercedes niszczał w upale, deszczu, śniegu, mrozie i przez następne dwa lata zarastał jak parostatek w korycie wyschniętej rzeki, pokrzywy, perz, lebioda sięgały niemal dachu, złodzieje wybili szybę i wymontowali rozdzielczą deskę z zegarami Boscha, koty sikały po fotelach, dzieci pourywały lusterka, znaczki i dekle, a reszty dopełniły rdza i wilgoć, aż wreszcie – przepraszam, niech pan zawróci – przerwała panna Ciwle – w tym mieście nie można już normalnie jeździć, w godzinę nie zrobiliśmy kilometra – więc zawracałem, kochany panie Bohumilu, na rondzie Huciska przed gmachem byłych Komisarzy byłej Ligi Narodów byłego Wolnego Miasta Gdańska, ale nie było to wcale takie proste, światła nie działały, ruchem kierowało dwóch młodych policjantów i nie dawali sobie rady z tą rzeką pojazdów, z tym mechanicznym ściekiem napierającym z każdej strony świata, dzwoniły tramwaje, ryczały klaksony ciężarówek, samochody posuwały się jak ślimaki w upalnym powietrzu ostatniego dnia maja, a ja uświadomiłem sobie, że to ostatnia już pętla, jaką zataczam małym fiatem mojej instruktorki – żeby tu było metro – mówiła tymczasem panna Ciwle – lub wydzielony pas tramwajów, no albo chociaż ścieżki rowerowe, czym oni się zajmują – spojrzała w ponurą bryłę Miejskiego Urzędu – naprawdę nie wiem – wróciłem do tematu ale dawniej interesowały ich przynajmniej wraki samochodów, no bo kiedy trzeci rok z rzędu Mercedes stał przy plocie, porośnięty dzikim winem, niczym ogromna ważka z pustymi oczodołami po latarniach, do naszych drzwi zapukał urzędnik z Wydziału Estetyki i nakazał, żeby usunąć ten szpetny wrak, jak łaskaw był to ująć, ponieważ jego widok źle wpływa na samopoczucie mieszkańców, i to był koniec – dodałem, zawracając wreszcie z Huciska w Nowe Ogrody – epoki Mercedesa w naszej rodzinie, finał, jak się to mówi, ostateczny, samochód powędrował na złomowisko, gdzie pośród starych lokomotyw, dźwigów, rusztowań, cystern i kolejowych szyn czekał na swoją kolej do gigantycznej prasy, ojciec natomiast schował swoje prawo jazdy i nigdy więcej nie rozmawiał z nikim na temat samochodów – skapi
Перейти на страницу: