Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Mercedes-Benz». Краткое содержание книги:

Urocza, przezabawna powiastka gdańskiego prozaika zaczyna się w okolicznościach iście dramatycznych: bohater (noszący wiele znamion, które pozwalają utożsamiać go z autorem), wsiadając w początku lat dziewięćdziesiątych do małego fiata z instruktorką kursu prawa jazdy, nieomal umiera z upokorzenia i wstydu.
Pragnąc opóźnić moment ostatecznej kompromitacji, ucieka się do wypróbowanego sposobu: zaczyna snuć opowieść o samochodach swoich dziadków: citroenie zmiażdżonym przez pociąg relacji Wilno-Baranowicze, mercedesie zarekwirowanym w 1939 przez Sowietów w okolicach Lwowa…
W trakcie opowieści, jak na wytrawnego narratora przystało, uświadamia sobie, że powiela fortel i zarazem literacki chwyt Hrabala, który w opowiadaniu Wieczorna lekcja jazdy w analogiczny sposób próbował obłaskawić i zmylić czujność instruktora usiłującego wprowadzić go w arkana jazdy na motocyklu. Narracja staje się piętrowa i wielowymiarowa: wątki hrabalowskie przeplatają się ze współczesnymi i z nostalgiczną, pełną ciepła i humoru wyprawą w głąb rodzinnych korzeni, w odeszły w przeszłość świat międzywojnia, wypraw na pikniki w sosnowe lasy, zawodów balonowych, spotkań w Automobilklubie i – przede wszystkim – cudownych chromowanych karoserii.
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 29
Перейти на страницу:
otóż ziele – zwinęła w palcach zerwaną łodygę – czerpie swoją siłę z czystości i dziewictwa; to, co tu trzymam w dłoni, to jest egzemplarz męski i kiedy kwitnie, stara się zapylić – zerwała drugą łodygę – o, taką właśnie kitę żeńską, ale wówczas cały trud idzie na marne, zapylona trawa nie ma już żadnej mocy, żadnej magicznej właściwości, dlatego w czas kwitnienia trzeba wyrywać z korzeniami wszystkie te męskie egzemplarze – cisnęła jedną z łodyg w ogień – a wtedy żeńskie koszyczki i łodygi, rosnąc, pęcznieją od esencji – jak poświęcone Bogu zakonnice – palnąłem z głupia frant – żeby pan wiedział – panna Ciwle ściągnęła poważnie brwi – nie ma w tym nic śmiesznego, nadprzyrodzone moce ducha biorą się zawsze z wyrzeczenia, wiedziały to wszystkie święte i czarownice, ale dziś nie można o tym głośno mówić – czy pani oszalała – teraz ja zaśmiałem się głośno – żyjemy w wolnym kraju – wolnym dla kogo? ucięła mocnym głosem – doktora Elefanta? Fizyka? Buciora? A może w jakiś szczególny sposób miał pan mnie na myśli, nieprawdaż, jaka wyzwolona? Coś panu powiem – zaciągnęła się głęboko skrętem – tej pierwszej zimy, kiedy tu zlądowałam z Jarkiem, omal nie zwariowałam, nie było pieca, bieżącej wody, kibla, a na dodatek forsy i jakiejkolwiek pracy. No więc tańczyłam w barze „Lida” na rurze, na huśtawce, w kabinie pod prysznicem, lecz miałam układ z szefem: zero kurewstwa. Co wieczór przychodził oglądać mnie Szkaradek, po prostu palił się i pocił, stękał, zapraszał, stawiał drinki i mówił – dla ciebie zrobię wszystko – i tak to trwało tygodniami, aż wreszcie zapytałam – naprawdę wszystko? – Co chcesz – ześlinił się czego zażądasz. – Kiedy mu powiedziałam – dobrze, licencja instruktorska i mały fiat na własność – omal nie zleciał z barowego stołka. Przez miesiąc miałam spokój, ale gdy znowu przyszedł i położył na barze papier instruktorski i kluczyki, to ja omal nie odpadłam z rury. Coś panu jeszcze powiem – rzuciła peta w dogasający ogień – ja nigdy przedtem nie pieprzyłam się z facetem, byłam dziewicą, o, przepraszam, byłam prawdziwą delikatną panną, jak dawniej się mówiło w dobrym towarzystwie, pewnie w salonie pańskich dziadków również. Milczałem, kochany panie Bohumilu, panna Ciwle tymczasem przysypywała żar ogniska ziemią z grządek i powiedziała jeszcze, że te łodygi, które suszyłem na balkonie, są do niczego: zerwałem je przed czasem, no i na pewno były męskie. Chciałem się żegnać, podziękowałem za kolację, lecz panna Ciwle powiedziała – wykluczone, no gdzie pan teraz pójdzie w takim stanie, pan nigdy więcej nie powinien palić, pan nie ma na to tolerancji jak ja na alkohol – i zaraz wyniosła z szopy hamak, dwa koce i poduszkę – chyba nie boi pan się towarzystwa – spojrzała na żywopłot, za którym milczał stary cmentarz – dziękuję – powiedziałem – pójdę powoli na dół, do taksówki, jutro nie będzie jazdy, więc może umówimy się pojutrze – i ruszyłem w kierunku furtki, lecz moje stopy odrywały się wolno od ziemi, jakbym zamiast półbutów miał sandały z maleńkimi skrzydełkami Hermesa, i pofrunąłem w tym miłym stanie nieważkości kilka metrów do przodu, na bardzo niewielkiej zresztą wysokości, i lądowałem na ziemi, zupełnie jak Armstrong na Księżycu, rozbawiony niczym dziecko tą zmniejszoną grawitacją i zrobiłem następny krok, i znów frunąłem jak poprzednio, śmiejąc się coraz głośniej, lecz nagle stało się coś dziwnego, bo ziemia, zamiast przyjąć moje następne lekkie lądowanie, zaczęła uciekać spod moich stóp, zaczęła się oddalać i nagle znalazłem się wysoko ponad drzewami, ponad wzgórzem i ponad ceglanym gotykiem hanzeatyckiego miasta i czułem w sobie tę niebywałą lekkość i nicość istnienia, którą mistycy wypracowywać musieli nieraz przez całe życie, i właśnie z tego powodu zawstydzony usiłowałem nadać swemu ciału jakąś wagę, która ściągnęłaby mnie w dół, lecz to nie było łatwe, kochany panie Bohumilu, stan zawieszenia trwał chyba bardzo długo, aż wreszcie usłyszałem okrzyk panny Ciwle, który jak pocisk przeciwlotniczej baterii kapitana Rymwida Ostoi-Kończypolskiego trafił mnie w okolicę serca, i spadałem wreszcie w dół, ale nie jak klapnięty balon SP-ALP Mościce na łąkę pod Bobową, tylko jak zardzewiały Tupolew, któremu spaliły się silniki, i było to straszne uderzenie, po którym podnosiłem się wolno w strugach ociekającej wody, a panna Ciwle, pomagając mi wygrzebać się z balii na deszczówkę, grzmiała donośnym głosem – jak ktoś nie umie chodzić, to nie powinien brać się za latanie, pan, zdaje się, należy do tych, którym kromka zawsze upada masłem na podłogę, dobrze, że nie zlądował pan w kompoście – cudownie mówiłem, stukając w balię – widzi pani, ta chrzcielnica przywróciła mnie wspólnocie, przyoblekając nowe szaty – wykręcałem nogawki spodni – wziąłem też i nowego ducha, jestem jak nowo narodzony – no, nie wiem – odpowiedziała, kładąc poduszkę na hamaku – muszę iść spać, wstaję za trzy godziny – lecz zanim zniknęła w drzwiach drewnianej szopy, podeszła do mnie, kochany panie Bohumilu, i podała na pożegnanie dłoń, mówiąc – dziękuję – a ja stałem tak przed jej domem zupełnie zaskoczony, bo przecież za co miała mi dziękować, to raczej ja mogłem być jej wdzięczny za odlotowy wieczór z Buciorem i Fizykiem, za przyspieszony kurs współczesnej sztuki, za ten know how internetowej firmy Prorok, wreszcie za lekcję, jak nie należy palić trawy, kiedy się nigdy wcześniej tego nie robiło; szedłem wzdłuż cmentarnego płotu, myśląc o tym wszystkim i prawdę mówiąc, znowu wkraczałem w dolinę melancholii; nad stocznią i zatoką unosiła się gęsta mgła, gdzieś z portu jęczał nawigacyjny buczek, bliżej zadzwonił na rozjazdach niewidoczny tramwaj, powietrze lepkie było od nieskończenie ciężkich snów, które w ceglanych domach, zaułkach i ogrodach nie mogły się doczekać rozwiązania; pokrzywy, perz, lebioda znów zarastały miasto, którego nigdy nie lubiłem, obce, nikczemne, nieprawdziwe, co roku zapadało się o milimetr głębiej w pałubę własnych mitów, jak gdyby jego egzystencja nie miała w sobie wystarczającej dawki słonecznego blasku, jak gdyby dawny zapach śledzi, smoły, rdzy, sadzy i agaru kładł się nieprzeniknionym całunem na tłusta wodę kanałów, zbutwiałe resztki pomostów, socjalistyczne bloki i nigdy nie odbudowane spichlerze – pan kwaśno dzień zaczynasz – życzliwa z gruntu twarz taksówkarza przypominała wszystkie razem wcielenia Klausa Kinskiego – jak jest życzenie, po drodze możemy zafasować piwko, całodobowy serwis, za Jaruzela, panie, to było unmöglich, a teraz jest möglich, wszystko möglich – zdezelowany Mercedes z generacji skrzydlaków dosłownie rozpadał się na zakręcie Kartuskiej, dorżnięty silnik diesla wyrzucał kłęby spalin, zaklekotały drzwi, stuknęły amortyzatory, opadła luźna szyba, w kabinie unosił się gęsty, duszący obłok odświeżacza powietrza, zdaje się, że w miętowej wersji – no, jak nie, to ja na sekundę po fajki skoczę – kierowca wyjawił swą intencję – pan tu zaczeka pół minutki – zatrzymał samochód przed nocnym sklepem, nieopodal manewrowego placu – zaraz wracam – zgrzytnęły i trzasnęły drzwi – pan tylko nie zasypia – patrzyłem, jak koło śmietnika pod kasztanowcem płonie niewielki ogień, derwisze, menele, wyznawcy świętego Wita, sztajmesi, dykty, żury, ćmagi obojga płci grzały swoje łachmany w migotającym kręgu, obraz co chwila przysłaniała wciąż gęstniejąca mgła, ich twarze, kochany panie Bohumilu, ich sylwetki, ich wolne i oszczędne ruchy przypominały udręczonych długim marszem powstańców, którzy odskoczywszy na kilka chwil od armii okupanta, szukają złudnego momentu wytchnienia, złudnego, bo świt, jakiego nawet nie spostrzegą, przyniesie im niechybną śmierć, podłą i byle jaką; ruszyliśmy dalej tym strasznym Mercedesem, taksówkarz rozwijał swój monolog, a ja poczułem, że moja wieczorna i nocna lekcja jazdy jest jeszcze nieskończona, że musi mieć ciąg dalszy, tak jak ciąg dalszy miała historia stosiedemdziesiątki, ale nie tej skradzionej przez Sowietów, ta była benzynowa, lecz tej, która pojawiła się pewnego wiosennego dnia w siedemdziesiątym drugim roku na rogu Chrzanowskiego w Górnym Wrzeszczu za sprawą mego ojca, ta miała silnik diesla i znacznie większy przebieg, co zresztą w sposób oczywisty musiało znaleźć swe odbicie w epilogu – tylko czy panna Ciwle – zastanawiałem się płacąc taksówkarzowi – zechce powrócić do tematu, zechce zatoczyć kolejną pętlę w naszym samochodowym kursie? – I niech pan sobie wyobrazi, kochany panie Bohumilu, że zechciała, bo kiedy następnego dnia szedłem uliczką Sowińskiego do firmy Corrado – gwarantujemy prawo jazdy po najniższych w mieście cenach – z okna małego fiatka wychyliła się jej kształtna głowa i usłyszałem halo, panie Pawle, jest pan spóźniony kwadrans, czy wy, mężczyźni, zawsze musicie komplikować proste sprawy? – Byłem skonfundowany, bo przecież wtedy, po tej trawce nie umawialiśmy się na konkretną godzinę, dlatego milczałem, zapinając pasy i ustawiając lusterko, ale ona miała naprawdę dobry humor i natychmiast, kiedy tylko ruszyłem, powiedziała – dziś zaliczamy skrzyżowania, najpierw jedziemy na Hucisko i wreszcie chcę usłyszeć, co zrobił pana ojciec, spodziewam się, że miało to jakiś związek z samochodami pańskiego dziadka oczywiście – wjechałem na Kartuską – lecz zanim to opowiem, powinna pani wiedzieć, jakie było tak zwane tło, otóż – zatrzymałem się na światłach przed Urzędem Miejskim – nadzwyczaj szare i ubogie, żyliśmy bardzo skromnie, ojciec był wprawdzie inżynierem, ale nie przynależał do nowoczesnej, awangardowej, zdrowej klasy, przez długie lata zarabiał mniej niż traktorzysta w pegeerze, stoczniowy traser, dojarka czy murarz bez dyplomu, lecz nigdy nie narzekał, nigdy nie miał kwaśnej miny, nawet kiedy przed pierwszym jedliśmy tylko chleb ze smalcem, uśmiechał się i mówił – nie takie rzeczy przeżyliśmy – i nigdy nie pozwalał sobie na wspominanie starych dobrych czasów, bo zawsze myślał, był nieustannie pewien, że w końcu przyjdą jeszcze lepsze, choć, mówiąc prawdę – staliśmy nadal w korku przed Urzędem Miasta – nigdy nie mogłem dociec źródeł tego szlachetnego optymizmu, który w żadnym wypadku nie mógł pochodzić z doświadczenia, lecz z jakichś głęboko skrytych w duszy mojego ojca pokładów naiwnej dobroci, skąd bowiem czerpał wiarę – powoli ruszaliśmy spod najbrzydszego budynku w mieście – że będzie lepiej, skoro było coraz gorzej – może wierzył w Boga – panna Ciwle spojrzała na mnie pytająco – jak ktoś ma to w sobie głęboko, nie na pokaz, no to nawet jak wpierniczają go lwy, uważa, że mimo chwilowych trudności, sprawy idą zasadniczo w dobrym kierunku – no, może coś takiego – zaśmiałem się, hamując na wysokości Targu Rakowego – choć jego wiara w Boga była raczej wywiedziona z ducha fizyki kwantowej niż z wypadków historii, ale jakby nie było – wracałem do tematu – ojciec, który do ekscesów przodującej, awangardowej, zdrowej klasy czul estetyczną odrazę, na wszystkie ich akcje, wiece, przemarsze i histeryczne wrzaski reagując powściągliwym milczeniem, w jednym tylko przypadku łamał swoje zasady i mówił głośno o przeszłości, a mianowicie gdy szło o samochody-nie podobały mu się syrenki i Wartburgi? – wpadła znów w słowo panna Ciwle – to nie jest właściwe określenie – wyjaśniłem chodziło mianowicie o to, że kiedy mama, brat albo ja mówiliśmy czasem ojcu – ach, jak przyjemnie byłoby pojechać na plażę, choćby i taką syrenką, zamiast tłoczyć się w rozgrzanym tramwaju przez godzinę, jak miło byłoby wracać z Kaszub z koszami pełnymi grzybów, choćby i takim trabantem, nie czekając w strugach deszczu na ostatni, zatłoczony do granic możliwości autobus, który mija przystanek pekaesu nawet nie zwalniając – kiedy więc czasami i nieśmiało mówiliśmy o tym, że ten i tamten sąsiad czy znajomy w drodze niesłychanych wyrzeczeń kupił wreszcie syrenkę czy wylosował szczęśliwie Wartburga, ojciec odpowiadał, że nie każdy pojazd dwuśladowy napędzany silnikiem zasługuje od razu na miano samochodu, tak samo jak nie każdy, kto przemawia z trybuny, jest automatycznie mężem stanu, i ucinał dalszą dyskusję stwierdzeniem, że jeśli będzie kiedykolwiek jeździł autem, to tylko takim, jakim podróżował ze swoim ojcem, no a my mogliśmy tylko jęknąć, bo przecież sama już tylko myśl, samo marzenie, że pojedziemy na sopocką plażę albo nad kaszubskie jeziora Mercedesem, należały do zbioru proroctw fantasmagorycznych; mijały lata, na ulicach pojawiły się już polskie fiaty, w delikatesach można było kupić za jednym staniem dwie paczki kawy i puszkę ananasów, nieliczni przywozili z Zachodniego Berlina mocno zużyte volkswageny, niektórzy marynarze śmigali po Świętojańskiej w Gdyni talbotem lub pontiakiem, lecz mój ojciec nie zmienił zdania, i proszę sobie wyobrazić – podjechałem zaledwie pięć metrów i znów staliśmy w korku – to kwietniowe popołudnie, kiedy usłyszeliśmy pod oknami naszego małego mieszkania charakterystyczny klekocik dobrze wyregulowanego diesla, kiedy usłyszeliśmy radosny chór rozwrzeszczanych dzieciaków skandujących za nadjeżdżającym wolno Mercedesem 170 DS – gestapo! gestapo! – tak, to była naprawdę wielka chwila mojego ojca, jego czas zatoczył na naszych oczach niesamowitą pętlę, wysokoprężna stosiedemdziesiątka, rocznik powojenny, była niemalże identyczna z tamtą, benzynową, te same co na zdjęciach bufiaste błotniki, ten sam podłużny dziób z chłodnicą i taki sam dupiasty kufer mogły sprawiać wrażenie, że zaraz wysiądzie z niego dziadek Karol, lecz zamiast niego ukazał się mój ojciec i pokiwał nam radośnie dłonią, zapraszając na pierwszą przejażdżkę po ulicach Wrzeszcza; jechaliśmy Chrzanowskiego, potem Polankami, podziwiając rozdzielczą deskę z zegarami Boscha, równomierny tembr silnika, łagodne kołysanie zawieszenia, a ojciec opowiadał, jak trudno mu było znaleźć niektóre brakujące części, jak szukał ich po złomowiskach i starych warsztatach, jak wytaczał na tokarce to, czego już nigdzie nie można było kupić czy wyszukać – bo musi pani wiedzieć wyłączyłem silnik fiatka – że remont tego Mercedesa, którego ojciec kupił po wypadku od znajomego mechanika, trwał dwa lata, a wszystko w konspiracji, no bo liczyć się miała niespodzianka, zaskoczenie – niesamowite – panna Ciwle zapaliła skręta – z pańskiego ojca musiał być romantyk – raczej inżynier – odparłem, włączając silnik, by przejechać dwa metry i znowu stanąć – nic nie sprawiało mu większej przyjemności niż awaria, nieraz na długiej trasie, kiedy jechaliśmy w góry i nic się nie działo, nic się nie psuło, ojciec prowadził w milczeniu, wyraźnie znudzony monotonią, lecz kiedy tylko coś zachrobotało w skrzyni biegów, zapiszczało w hamulcach, stuknęło w dyferencjale, natychmiast z błyskiem w oku snuł rozmaite przypuszczenia, stawiał diagnozy, rozwijał hipotezy, no a kiedy przyjechaliśmy na miejsce, zamiast chodzić z nami na wycieczki, rozkładał swoje narzędzia i grzebał w silniku od rana do wieczora, wybrudzony smarem po łokcie, i był szczęśliwy, kiedy po kilku dniach, gdy trzeba już było wracać do domu, znalazł wreszcie szczelinę w gumowej uszczelce pompki hamulcowej lub ukręcony gwint jakiejś śruby i wtedy zaczynała się prawdziwa walka z czasem i materią, lecz ojciec nigdy jej nie przegrał, naprawa była ukończona zawsze za pięć dwunasta, no i sunęliśmy szosą, wracając do domu, a lekka melancholia, w jaką popadał teraz ojciec z powodu braku jakiejkolwiek następnej awarii, kompensowana była wrażeniem, jakie na kierowcach wywierał kształt i wygląd starego Mercedesa, czasami mrugali nam światłami, czasem kiwali dłonią i nacisnęli klakson, ale największe emocje wzbudzało wyprzedzanie; taki na przykład trabant, albo zaporożec zbliżał się do naszego kufra, no i przez moment jego kierowca jechał w bezpiecznej odległo
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 29
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)