Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Złodziej Kanapek
Złodziej Kanapek - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Złodziej Kanapek

Электронная книга - «Złodziej Kanapek». Краткое содержание книги:

To już trzecie spotkanie polskich czytelników z komisarzem Montalbano – człowiekiem o nastrojach zmiennych jak sycylijska aura i niezrównanym smakoszem. Tym razem sprawa zaczyna się od fatalnego strzału, który został oddany z tunezyjskiej łodzi patrolowej w kierunku włoskiego kutra i pozbawił życia rybaka… narodowości tunezyjskiej.
Jednocześnie w Vigacie ofiarą morderstwa pada właściciel firmy handlowej, Aurelio Lapecora. Wdowa rzuca oskarżenie na kochankę denata, piękną Tunezyjkę imieniem Karima. Okazuje się, że przedsiębiorcza emigrantka szczególnie upodobała sobie majętnych starszych panów, którym świadczyła dość wymyślne usługi. Borykający się z bardzo trudnymi problemami osobistymi komisarz Montalbano dojdzie z czasem do wniosku, że pochodzenie osób uwikłanych w te dwie, zdawałoby się, zupełnie niepowiązane ze sobą sprawy będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania jednej groźnej zagadki.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 47
Перейти на страницу:

– Nie chciał mi powiedzieć. Ale wydawał się mocno wzburzony.

– Wpuść go.

Fazio miał rację, geometra był bardzo wzburzony. Komisarz poprosił, żeby usiadł.

– Czy mógłbym napić się wody? – spytał staruszek i słychać było, że naprawdę wyschło mu w gardle.

Kiedy już się napił, powiedział, że nazywa się Giuseppe Finocchiaro, ma siedemdziesiąt pięć lat, jest kawalerem, emerytowanym geometrą i mieszka na ulicy Marconiego pod trzydziestym ósmym. Nie był karany, nie dostał nawet ani jednego mandatu.

Urwał, dopił tyk wody, który pozostał w szklance.

– Dziś o pierwszej pokazali w telewizji zdjęcie. Kobietę i dziecko. Czy pan wie, że mówili, by zwrócić się do pana, gdyby ktoś ich rozpoznał?

– Tak.

Tak. I koniec. Ani sylaby więcej. W tej chwili mogłaby wywołać wątpliwości, skrupuły.

– Tę kobietę znam, nazywa się Karima. Chłopca nigdy nie widziałem. Nie miałem pojęcia, że ma dziecko.

– Skąd pan ją zna?

– Raz w tygodniu przychodzi sprzątać mi mieszkanie.

– W jaki dzień?

– We wtorek rano. Zabiera jej to cztery godziny.

– Proszę zaspokoić moją ciekawość. Ile pan jej płacił?

– Pięćdziesiąt tysięcy lirów. Ale…

– Ale?

– Płaciłem do dwustu tysięcy za pracę dodatkową.

– Kiedy obciągała panu druta?

Zamierzona brutalność pytania przyprawiła geometrę najpierw o bladość, potem o rumieniec.

– Tak.

– Więc proszę wyjaśnić. Przychodziła do pana cztery razy w miesiącu. Ile razy wykonywała pracę dodatkową?

– Raz. Najwyżej dwa.

– Jak pan ją poznał?

– Powiedział mi o niej przyjaciel, również emeryt. Profesor Mandrino, który mieszka z córką.

– A więc u profesora Mandrino nie miała nadgodzin?

– Miała. Córka uczy w szkole, całe dnie spędza poza domem.

– Kiedy chodziła do profesora?

– W soboty.

– Jeśli nie ma pan nic więcej do powiedzenia, to może pan iść.

– Dziękuję za zrozumienie.

Wstał zawstydzony. Spojrzał na komisarza.

– Jutro wtorek.

– I co z tego?

– Czy myśli pan, że przyjdzie?

Nie miał serca odbierać mu złudzeń.

– Być może. Ale jeśli przyjdzie, to proszę mnie zawiadomić.

Od tej chwili przetoczyła się cała procesja. Najpierw, w towarzystwie wyjącej matki, pojawił się Ntonio, chłopiec, którego Montalbano widział w Villasecie – ten, który został pobity, ponieważ nie chciał oddać kanapki. Na fotografii, która pojawiła się w telewizji, Ntonio rozpoznał złodzieja, nie miał żadnej wątpliwości, że to on. Matka Ntonia, wydając ogłuszające dźwięki, rzucając przekleństwami i złorzecząc, wysunęła przerażonemu komisarzowi swoje żądania: trzydzieści lat więzienia dla złodzieja i dożywocie dla matki, a w razie gdyby sprawiedliwość ziemska jej nie wysłuchała, prosi sprawiedliwość boską o galopujące suchoty dla niej i jakąś przewlekłą, wycieńczającą chorobę dla niego.

Jednak jej syn, wcale nieprzestraszony matczynym atakiem histerii, kręcił głową na znak niezgody.

– Czy ty też chcesz, żeby zgnił w więzieniu? – zapytał komisarz.

– Ja nie – odpowiedział zdecydowanie Ntonio. – Teraz, jak go widziałem na spokojnie, to nawet polubiłem.

Praca dodatkowa u profesora Paola Guida Mandrina, siedemdziesięcioletniego emerytowanego nauczyciela historii i geografii, polegała na kąpieli. W jeden sobotni poranek w miesiącu profesor czekał na Karimę nago w pościeli. Na żądanie, żeby poszedł do łazienki się wykąpać, mówił, że absolutnie nie ma takiego zamiaru.

Wówczas Karima ściągała pościel z łóżka, odwracała profesora siedzeniem do góry i wymierzała mu serię klapsów. Kiedy wreszcie wchodził do wanny, był dokładnie namydlany, a potem myty. To wszystko. Koszt nadgodzin sto pięćdziesiąt tysięcy lirów, koszt sprzątania pięćdziesiąt tysięcy.

– Montalbano? Proszę posłuchać. Wbrew temu, co mówiłem, dziś nie możemy się spotkać. Mam zebranie u prefekta.

– Proszę więc powiedzieć kiedy, panie kwestorze.

– Ha, nie ma pośpiechu. Zresztą po telewizyjnej wypowiedzi komisarza Augello.

– Mimi?! – wrzasnął i poczuł się jak śpiewak w Cyganerii.

– Tak. Nie wiedział pan o tym?

– Nie. Byłem w Mazarze.

– Pojawił się w dzienniku o trzynastej. Sucho i zdecydowanie zaprzeczył. Stwierdził, że Ragonese źle usłyszał. Nie chodziło o złodzieja kanapek, tylko o złodzieja latarek. Niebezpieczny typ, narkoman, który groził strzykawką. Zażądał przeprosin dla całego komisariatu. Znakomity. Myślę więc, że pan poseł Pennacchio trochę się teraz uspokoi.

– My już się poznaliśmy – powiedział Vittorio Pandolfo, księgowy, wchodząc do gabinetu.

– Owszem – potwierdził Montalbano. – Słucham pana.

Okazał chłód, i to nie tylko dla dobra rozmowy: jeśli księgowy przyszedł, żeby powiedzieć o Karimie, to oznaczało, że wcisnął mu kit, mówiąc przedtem, że jej nie zna.

– Przyszedłem, ponieważ w telewizji pojawiła się…

– …fotografia Karimy, której podobno pan nie znał. Dlaczego mi pan o niej nie wspomniał?

– Komisarzu, to delikatne sprawy i łatwo można się zawstydzić, speszyć. Widzi pan, w moim wieku…

– Do pana przychodziła w czwartek?

– Tak.

– Ile pan jej płaci za sprzątanie?

– Pięćdziesiąt tysięcy.

– A za nadgodziny?

– Sto pięćdziesiąt tysięcy.

Stała taryfa. Tyle że u Pandolfa działo się to dwa razy w miesiącu. Tym razem to Karima kazała się myć. Następnie księgowy kładł ją na łóżku i długo obwąchiwał. Czasami ją lizał.

– Proszę zaspokoić moją ciekawość. Czy pan, Lapecora, Mandrino i Finocchiuro zazwyczaj graliście razem?

– Tak.

– A kto pierwszy powiedział o Karimie?

– Świętej pamięci Lapecora.

– Jak sobie radził Lapecora?

– Bardzo dobrze. W banku miał odłożony prawie miliard, poza tym należały do niego dom i biuro.

Trzej popołudniowi klienci z dni parzystych mieszkali w Villasecie. Byli mężczyznami w podeszłym wieku, wdowcami lub kawalerami. Taryfa ta sama, co pobierana w Vigacie. Praca dodatkowa u Martina Zaccarii, sprzedawcy owoców i warzyw, polegała na całowaniu jego stóp. Z Luigim Pignatarem, dyrektorem szkoły średniej w stanie spoczynku, Karima bawiła się w ciuciubabkę. Dyrektor rozbierał ją do naga i zawiązywał jej oczy, a potem się chował. Karima musiała go szukać, a kiedy już znalazła, siadała na krześle, sadzała sobie dyrektora na kolana i karmiła piersią. Na pytanie Montalbana, na czym polegały nadgodziny, Calogero Pipitone, rzeczoznawca agronom, spojrzał na niego zdziwiony.

– A na czym miałyby polegać, komisarzu? Ona na dole, a ja na górze.

Montalbano miał ochotę go uściskać.

Jako że w poniedziałki, środy i piątki Karima była zajęta u Lapecory, lista klientów już się wyczerpała. To dziwne, lecz Tunezyjka wypoczywała w niedziele, a nie w piątki – dostosowała się do miejscowych obyczajów. Korciło go, by policzyć, ile zarabiała miesięcznie, ale nie miał talentu do matematyki, więc otworzył drzwi gabinetu i spytał głośno:

– Czy ktoś ma kalkulator?

– Ja, komisarzu.

Catarella wszedł i dumnie wyciągnął z kieszeni kalkulator, niewiele większy od wizytówki.

– I co na nim liczysz, Catarella?

– Dni – padła tajemnicza odpowiedź.

– Zaraz ci oddam.

– Komisarzu, muszę pana uprzedzić, że maszynka działa na pych.

– Co to znaczy?

Catarella nie zrozumiał, myślał, że przełożony nie zna tego słowa. Wychylił głowę przez drzwi i spytał kolegów:

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 47
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)