Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Złodziej Kanapek
Złodziej Kanapek - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Złodziej Kanapek

Электронная книга - «Złodziej Kanapek». Краткое содержание книги:

To już trzecie spotkanie polskich czytelników z komisarzem Montalbano – człowiekiem o nastrojach zmiennych jak sycylijska aura i niezrównanym smakoszem. Tym razem sprawa zaczyna się od fatalnego strzału, który został oddany z tunezyjskiej łodzi patrolowej w kierunku włoskiego kutra i pozbawił życia rybaka… narodowości tunezyjskiej.
Jednocześnie w Vigacie ofiarą morderstwa pada właściciel firmy handlowej, Aurelio Lapecora. Wdowa rzuca oskarżenie na kochankę denata, piękną Tunezyjkę imieniem Karima. Okazuje się, że przedsiębiorcza emigrantka szczególnie upodobała sobie majętnych starszych panów, którym świadczyła dość wymyślne usługi. Borykający się z bardzo trudnymi problemami osobistymi komisarz Montalbano dojdzie z czasem do wniosku, że pochodzenie osób uwikłanych w te dwie, zdawałoby się, zupełnie niepowiązane ze sobą sprawy będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania jednej groźnej zagadki.
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 47
Перейти на страницу:

– Jak się mówi inaczej „pych”?

– Popych – przetłumaczył któryś.

– A jak mam popychać kalkulator?

– Tak jak zegarek, kiedy nie chodzi.

Zatem, nie licząc Lapecory, Karima zarabiała jako sprzątaczka milion dwieście tysięcy w cztery tygodnie. Do której to liczby trzeba dodać kolejny milion dwieście za nadgodziny. Za usługi w pełnym wymiarze Lapecora płacił jej co najmniej milion. W sumie trzy miliony czterysta tysięcy bez podatku. Czterdzieści cztery miliony dwieście tysięcy rocznie.

Karima, jak się wydawało, była w zawodzie co najmniej od czterech lat, co dawało sto siedemdziesiąt sześć milionów osiemset tysięcy lirów.

A pozostałe trzysta dwadzieścia trzy miliony, które były na książeczce, skąd pochodziły?

Kalkulator działał doskonale, nie potrzebował pychu.

Zza drzwi dotarł do niego huk oklasków. Co się działo? Otworzył drzwi i zobaczył, że aplauzem witano Mimi Augella. Krew uderzyła mu do głowy.

– Przestańcie, błazny!

Spojrzeli na niego, zaskoczeni i przestraszeni. Tylko Fazio próbował wytłumaczyć mu sytuację.

– Może pan nie wie, ale komisarz Augello…

– Wiem! Kwestor osobiście dzwonił do mnie, żądając wyjaśnień. Pan Augello, z własnej inicjatywy, bez mojego pozwolenia, o czym poinformowałem kwestora, pokazał się w telewizji, wygadując stek bzdur!

– Ależ pozwól mi… – zaryzykował Augello.

– Nie, nie pozwolę! Wypowiedziałeś całą serię łgarstw, kłamstw!

– Zrobiłem to, żeby chronić nas wszystkich…

– Nie można się bronić, zaprzeczając kłamliwie komuś, kto powiedział prawdę!

I wrócił do gabinetu, trzaskając drzwiami. Montalbano, człowiek o żelaznych zasadach moralnych, śmiertelnie urażony widokiem Augella rozpływającego się z rozkoszy wśród braw.

– Czy można? – spytał Fazio, otwierając drzwi i wsuwając ostrożnie głowę. – Ojciec Jannuzzo chce z panem rozmawiać.

– Wprowadź.

Ojciec Alfio Jannuzzo, który nigdy nie nosił sutanny, był dobrze znany w Vigacie ze swoich akcji charytatywnych. Wysoki i krępy, miał około czterdziestu lat.

– Jeżdżę rowerem – zaczął.

– A ja nie – powiedział Montalbano, przerażony myślą, że ksiądz każe mu uczestniczyć w wyścigu na cele dobroczynne.

– Widziałem zdjęcie tej kobiety w telewizji.

Wydawało się, że obie te rzeczy nie mają ze sobą związku, a jednak komisarz się stropił. Czyżby Karima pracowała również w niedzielę, a klientem był właśnie ojciec Jannuzzo?

– W ubiegły czwartek, około dziewiątej rano, kwadrans w tę lub w tamtą, byłem blisko Villasety, jechałem z Montelusy do Vigaty. Na drodze, po drugiej stronie, stał samochód.

– Czy pamięta ksiądz markę?

– Oczywiście. Bmw, szary metalik.

Montalbanowi roześmiały się oczy.

– W samochodzie siedzieli mężczyzna i kobieta. Sądziłem, że się całują. Ale kiedy się z nimi zrównałem, kobieta wyrwała się dość gwałtownie z objęć, spojrzała na mnie i otworzyła usta, jak gdyby chciała mi coś powiedzieć. Ale mężczyzna ją szarpnął i znów objął. Rzecz mnie zaintrygowała.

– Dlaczego?

– To nie była kłótnia, sprzeczka kochanków. W chwili gdy ta kobieta na mnie spojrzała, jej oczy były przerażone, wylęknione. Wydawało mi się, że chce prosić o pomoc.

– I co ksiądz zrobił?

– Nic, ponieważ samochód natychmiast odjechał. Dziś zobaczyłem zdjęcie w telewizji: to ta kobieta z samochodu. Mógłbym przysiąc, ponieważ mam świetną pamięć wzrokową, zapamiętuję każdą twarz, nawet jeśli ją widzę tylko przez sekundę.

Fahrid, pseudosiostrzeniec Lapecory, i Karima.

– Jestem wdzięczny, ojcze…

Ksiądz uniósł rękę, żeby mu przerwać.

– Jeszcze nie skończyłem. Spisałem numer tablicy rejestracyjnej. Jak mówiłem, to, co zobaczyłem, zaintrygowało mnie.

– Czy ma go ksiądz przy sobie?

– Oczywiście.

Wyjął z kieszeni złożoną kartkę z zeszytu w kratkę i podał komisarzowi.

– Zapisałem tutaj.

Montalbano wziął kartkę w dwa palce, delikatnie, jak gdyby brał motyla za skrzydła.

AM 237 GW.

W filmach amerykańskich wystarczało, żeby policjant podał numer tablicy, i po upływie niecałych dwóch minut dostawał nazwisko właściciela, wiedział, ile ma dzieci i ile włosów na głowie i na dupie oraz w jakim kolorze.

We Włoszech sprawy miały się inaczej. Kiedyś kazali mu czekać dwadzieścia osiem dni, w ciągu których właściciel wehikułu (tak napisali) został porwany i zamordowany. Kiedy nadeszła odpowiedź, nie była już do niczego potrzebna. Jedyny sposób to zwrócić się do kwestora; zebranie u prefekta pewnie już się skończyło.

– Panie kwestorze, mówi Montalbano.

– Właśnie wróciłem do biura. Słucham.

– Dzwonię w sprawie tej uprowadzonej kobiety…

– Jakiej uprowadzonej kobiety?

– Karimy, no nie?

– A kto to?

Ku swojemu przerażeniu zdał sobie sprawę, że rozmawia jak z niewidomym o kolorach; przecież kwestorowi nic jeszcze nie mówił o całej tej sprawie.

– Panie kwestorze, jest mi naprawdę bardzo przykro…

– Nieważne. Czego pan sobie życzy?

– Mam numer tablicy rejestracyjnej, muszę jak najszybciej poznać nazwisko i adres właściciela pojazdu.

– Proszę podać ten numer.

– AM 237 GW

– Odezwę się jutro rano.

13

– Nakryłam w kuchni, stół jest zajęty. Zresztą my już jedliśmy kolację.

Nie był ślepy, widział doskonale, że stół jest zajęty przez gigantyczną układankę, która przedstawiała Statuę Wolności, i to prawie naturalnych rozmiarów.

– Wiesz, Salvo? Wystarczyły mu dwie godziny, żeby ją ułożyć.

Pominęła imię, i tak było wiadomo, że chodzi o Francois, byłego złodzieja kanapek, obecnie rodzinnego geniusza.

– Ty mu ją dałaś?

Livia uniknęła odpowiedzi.

– Czy możesz pójść ze mną na plażę? – spytała.

– Teraz czy po jedzeniu?

– Teraz.

Nikłe światło księżyca padało na brzeg. Szli w milczeniu. Przed kopcem z piasku Livia westchnęła ze smutkiem.

– Żebyś ty wiedział, jaki on zbudował zamek! Fantastyczny! Jak Gaudi.

– Zdąży zbudować następny.

Ale był zdecydowany nie popuścić. Jest przecież policjantem, w dodatku zazdrosnym.

– W którym sklepie znalazłaś tę układankę?

– Nie ja ją kupiłam. Po południu wpadł Mimi. Na chwilę. Ta układanka należy do jego siostrzeńca, który…

Odwrócił się plecami do Livii, włożył ręce do kieszeni i odszedł, a przed oczami przesuwały mu się dziesiątki zapłakanych siostrzeńców Mimi Augella, systematycznie okradanych z zabawek.

– Daj spokój, Salvo, nie wygłupiaj się! – zawołała Livia, biegnąc za nim.

Spróbowała wsunąć rękę pod jego ramię, Montalbano się otrząsnął.

– Spierdalaj – powiedziała cicho i wróciła do domu.

I co miał teraz robić? Livia uniknęła kłótni, więc musiał wyładować się sam. Nerwowo przechadzał się po brzegu, mocząc sobie buty. Wypalił dziesięć papierosów.

– Ale ze mnie kutas! – powiedział w pewnej chwili do siebie. – To jasne, że Livia lubi Mimi, a on ją. A poza tym działam na jego korzyść. Przecież on się cieszy, kiedy mnie wkurwia. Prowadzi ze mną wojnę nerwów, tak jak ja z nim. Teraz muszę pomyśleć o kontrataku.

Wrócił do domu. Livia siedziała przed telewizorem. Głos był wyciszony, żeby nie obudzić Francois, który spał w ich łóżku.

– Przepraszam, i to szczerze – powiedział, przechodząc do kuchni.

W piecu znalazł zapiekankę z barweny i ziemniaki, nozdrza podrażnił mu przyjemny zapach. Usiadł, wziął do ust pierwszy kawałek: wyśmienite. Livia podeszła do niego od tyłu, pogłaskała go po włosach.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 47
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)