Złodziej Kanapek
- Автор: Камиллери Андреа
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Złodziej Kanapek». Краткое содержание книги:
Jednocześnie w Vigacie ofiarą morderstwa pada właściciel firmy handlowej, Aurelio Lapecora. Wdowa rzuca oskarżenie na kochankę denata, piękną Tunezyjkę imieniem Karima. Okazuje się, że przedsiębiorcza emigrantka szczególnie upodobała sobie majętnych starszych panów, którym świadczyła dość wymyślne usługi. Borykający się z bardzo trudnymi problemami osobistymi komisarz Montalbano dojdzie z czasem do wniosku, że pochodzenie osób uwikłanych w te dwie, zdawałoby się, zupełnie niepowiązane ze sobą sprawy będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania jednej groźnej zagadki.
– Nie miał w kieszeni nawet klucza od domu?
– Nic więcej. Mam zaśpiewać, żebyś wreszcie uwierzył? Tylko dziesięć tysięcy lirów, to wszystko.
Profesor Rahman, który nieoficjalnie wypełniał misje pojednawcze między swoimi krajanami a władzami Mazary – czterdziestoletni nauczyciel szkoły podstawowej, wyglądający jak czystej krwi Sycylijczyk – stawił się na wezwanie wicekwestora w ciągu dziesięciu minut.
Z Montalbanem poznali się przed rokiem, kiedy komisarz prowadził śledztwo w sprawie, która stała się potem sławna jako „sprawa psa z terakoty”.
– Przerwaliśmy panu lekcję? – spytał Valente.
W niespotykanym przypływie rozsądku, bez pośrednictwa kuratorium, dyrektor szkoły w Mazarze przeznaczył część sal dla dzieci tunezyjskich.
– Tak, ale poprosiłem o zastępstwo. Jakieś problemy?
– Może panu uda się coś nam wyjaśnić.
– O co chodzi?
– Raczej o kogo. O Bena Dhahaba.
Valente i Montalbano uzgodnili, że zdradzą nauczycielowi tylko połowę prawdy, a potem, zależnie od jego reakcji, ewentualnie opowiedzą wszystko.
Słysząc to nazwisko, Rahman nie zrobił nic, żeby ukryć zakłopotanie.
– Proszę pytać.
Przyszła kolej na Valentego. Montalbano był tylko gościem.
– Czy pan się z nim widział?
– Przyszedł do mnie jakieś dziesięć dni temu. Znał moje nazwisko i wiedział, kim jestem. Widzi pan, jakoś tak w styczniu ukazał się w pewnej tunezyjskiej gazecie artykuł, który opisywał naszą szkołę.
– Co panu powiedział?
– Że jest dziennikarzem.
Valente i Montalbano wymienili krótkie spojrzenia.
– Planował reportaż o naszych krajanach z Mazary. Ale zamierzał przedstawiać się wszystkim jako poszukujący pracy. Chciał również zatrudnić się na kutrze. Zapoznałem go z moim kolegą, El Madanim, i to właśnie on skierował Bena Dhahaba do pani Locicero, która wynajęła mu pokój.
– Czy widział go pan również potem?
– Oczywiście, kilka razy spotkaliśmy się przypadkowo. Wzięliśmy również udział w pewnej uroczystości, zabawie. Doskonale się zintegrował, jak to się teraz określa.
– Czy to pan załatwił mu pracę na kutrze?
– Nie. I nie El Madani.
– Kto zapłacił za pogrzeb?
– My. Stworzyliśmy mały fundusz na szczególne wypadki.
– Kto dostarczył do telewizji fotografię i wszystkie wiadomości, które dotyczyły Bena Dhahaba?
– Ja. Widzi pan, na tej uroczystości, o której wspomniałem, był fotograf. Ben Dhahab zaprotestował, powiedział, że nie chce, by robiono mu zdjęcia. Ale tamten zdążył już jedno wykonać. Kiedy więc przyszedł ten dziennikarz z telewizji i poprosił o zdjęcie, to mu je dałem, wraz z nielicznymi informacjami, które sam o sobie przekazał.
Rahman otarł pot z czoła. Jego niepokój narastał. I Valente, który był dobrym gliną, pozwalał mu gotować się we własnym sosie.
– Ale jest coś dziwnego – wykrztusił wreszcie Rahman.
Montalbano i Valente jakby nie dosłyszeli jego słów. Wydawali się pogrążeni w innych myślach, ale w rzeczywistości nadstawili ucha. Zachowywali się jak koty, które mają zamknięte oczy i udają sen, a tak naprawdę liczą gwiazdy.
Wczoraj zadzwoniłem do Tunezji, do gazety, żeby zawiadomić o wypadku i spytać, czy mają jakieś dyspozycje co do zwłok. Kiedy tylko powiedziałem naczelnemu, że Ben Dhahab nie żyje, tamten wybuchnął śmiechem. Powiedział, że to głupi żart, ponieważ Ben Dhahab w tej właśnie chwili jest w sąsiednim pokoju i rozmawia przez telefon. Po czym odłożył słuchawkę.
– A może noszą to same nazwisko? – zagadnął Valente.
– O nie! Wyraził się bardzo jasno, że jest wysłannikiem gazety. A więc skłamał.
– Czy miał na Sycylii jakąś rodzinę? – wtrącił się po raz pierwszy Montalbano.
– Nie wiem, nie rozmawialiśmy o tym. Gdyby znał kogoś w Mazarze, nie zwróciłby się do mnie o pomoc.
Valente i Montalbano znowu porozumieli się wzrokiem i Montalbano bez słowa udzielił przyjacielowi pozwolenia na odstrzał.
– Czy mówi coś panu nazwisko Ahmed Mussa?
Strzał okazał się salwą armatnią. Rahman podskoczył na krześle i opadł na nie bezwładnie.
– Co… co… co mmma z tym wspólnego Ahmed Mussa? – wybełkotał nauczyciel, jakby zaczęło mu brakować powietrza.
– Proszę mi wybaczyć niewiedzę – ciągnął nieubłaganie Valente – ale kim jest ten człowiek, którego nazwisko tak bardzo pana przestraszyło?
– To terrorysta. Ktoś, kto… Morderca. Okrutny człowiek. Ale co… co on ma z tym wspólnego?
– Mamy powody uważać, że Ben Dhahab w rzeczywistości był Ahmedem Mussą.
– Źle się czuję – powiedział słabym głosem profesor Rahman.
Z chaotycznej opowieści przerażonego Rahmana dowiedzieli się, że Ahmed Mussa, którego prawdziwe nazwisko częściej szeptano, niż wymawiano, a twarz była praktycznie nieznana, jakiś czas temu powołał paramilitarną grupkę straceńców. Objawił się przed trzema laty w sposób, który stał się jego wizytówką: wysadził w powietrze niewielką salę projekcyjną, gdzie wyświetlano francuskie kreskówki dla dzieci. Największymi szczęśliwcami okazali się ci, którzy zginęli na miejscu: dziesiątki osób straciło wzrok albo ręce i pozostało inwalidami na całe życie. Nacjonalizm grupki, przynajmniej w deklarowanych zamierzeniach, w ich radykalizmie, wydawał się wręcz abstrakcyjny. Na Mussę i jego ludzi patrzyli podejrzliwie nawet najbardziej nieprzejednani integryści. Terroryści dysponowali praktycznie nieograniczonymi zasobami pieniężnymi, które nie wiadomo skąd pochodziły. Za głowę Ahmeda Mussy rząd wyznaczył sporą sumę pieniędzy. I to było już wszystko, co wiedział profesor Rahman, a myśl, że w ten lub inny sposób pomógł terroryście, tak bardzo nim wstrząsnęła, że drżał i słaniał się jak w silnym ataku malarii.
– Przecież został pan oszukany – próbował pocieszyć go Montalbano.
– Jeśli obawia się pan konsekwencji – dodał Valente – możemy zaświadczyć o pańskiej niekwestionowanej dobrej woli.
Rahman potrząsnął głową. Wyjaśnił, że to nie kwestia strachu, lecz przerażenia. Przerażenia faktem, że jego drogi choć na chwilę skrzyżowały się z drogami zimnego mordercy dzieci, niewinnych istot.
Pocieszali go, jak tylko umieli, i pozwolili mu odejść, prosząc, żeby ani słowem nie zdradził nikomu szczegółów ich rozmowy, nawet swojemu koledze i przyjacielowi El Madaniemu. Gdyby go jeszcze potrzebowali, zadzwonią.
– Nawet w nocy, bez przeszkód – odpowiedział nauczyciel, któremu z trudem przychodziło teraz mówienie po włosku.
Nim zaczęli rozważać wszystko, czego się dowiedzieli, kazali przynieść sobie kawy. Pili powoli, w milczeniu.
– To jasne, że cały ten Mussa nie zaciągnął się na kuter po to, by zdobyć kolejne doświadczenie życiowe – zaczął Valente.
– Ani po to, żeby dać się zabić.
– Trzeba posłuchać, co ma do powiedzenia szyper.
– Chcesz go tu wezwać?
– Czemu nie?
– Powiedziałby ci to samo co Augellowi. Może lepiej dowiedzieć się najpierw, co się o tym mówi w środowisku. Słowo tu, słowo tam, i w ten sposób możemy uzyskać znacznie więcej.
– Obarczę tym Tomasina.
Montalbano wydął usta. Nie lubił zastępcy Valentego, ale to nie był żaden argument, żadna poważna obiekcja, którą należałoby teraz wysuwać.
– Nie leży ci?
– Mnie? To tobie powinien leżeć. Ludzie są twoi i znasz ich lepiej niż ja.
– Daj spokój, Montalbano, nie udawaj głupka.
– No dobrze. Uważam go za nieodpowiednią osobę. Kiedy go ktoś zobaczy z tą miną kontrolera, to na pewno nie zacznie mu się zwierzać.
– Masz rację. Wciągnę w to Tripodiego, to bystry chłopak, uważny, a jego ojciec jest rybakiem.