Złodziej Kanapek
- Автор: Камиллери Андреа
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Złodziej Kanapek». Краткое содержание книги:
Jednocześnie w Vigacie ofiarą morderstwa pada właściciel firmy handlowej, Aurelio Lapecora. Wdowa rzuca oskarżenie na kochankę denata, piękną Tunezyjkę imieniem Karima. Okazuje się, że przedsiębiorcza emigrantka szczególnie upodobała sobie majętnych starszych panów, którym świadczyła dość wymyślne usługi. Borykający się z bardzo trudnymi problemami osobistymi komisarz Montalbano dojdzie z czasem do wniosku, że pochodzenie osób uwikłanych w te dwie, zdawałoby się, zupełnie niepowiązane ze sobą sprawy będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania jednej groźnej zagadki.
– Ale nie w Czeczenii.
Wyjął z szuflady zdjęcia, które zabrał z mieszkania Karimy, wziął jedno i podał chłopcu. Ten bez słowa podniósł je do ust i pocałował wizerunek mamy. Livia z trudem powstrzymała szloch.
Nie potrzebował zadawać pytania, gołym okiem widział podobieństwo między człowiekiem, który pojawił się na ekranie, a tym, który w mundurze był na zdjęciu Karimy. Ale komisarz i tak spytał.
– Czy to właśnie jest ton oncle?
– Oui.
– Comment s’appelle t’il?
I pogratulował sobie znajomości francuskiego na poziomie turysty pod wieżą Eiffla lub przed Moulin Rouge.
– Ahmed – powiedział chłopiec.
– Seulement Ahmed?
– Oh, non. Ahmed Mussa.
– Et ta mere? Comment s’appelle?
– Karima Mussa – powiedział Francois, prostując plecy i uśmiechając się z oczywistości tego pytania.
Montalbano wyładował złość na Livii, która nie spodziewała się gwałtowności ataku.
– Co jest, kurwa mać?! Jesteś z chłopcem w dzień, i w nocy, bawisz się z nim, uczysz go grać w warcaby i nie pytasz nawet, jak się nazywa?! Wystarczyło go spytać, nie? A ten kutas Mimi też nie lepszy! Wielki detektyw! Przynosi wiaderko, łopatkę, foremki, ciasteczka i zamiast rozmawiać z dzieckiem, rozmawia tylko z tobą!
Livia nie zareagowała i Montalbano zawstydził się wybuchu.
– Przepraszam, Livio, ale jestem zdenerwowany.
– Widzę.
– A spytaj, czy widział kiedyś tego swojego wujka osobiście, może ostatnio.
Rozmawiali, potem Livia wytłumaczyła, że ostatnio go nie widział, ale kiedy Francois miał trzy lata, matka zabrała go do Tunezji i tam spotkał wujka i innych mężczyzn. Ale nie pamiętał go wyraźnie, relacjonował to tylko dlatego, że mówiła mu o tym matka.
A więc – podsumował Montalbano – dwa lata temu odbyło się coś w rodzaju spotkania na szczycie, podczas którego zdecydowano w jakiś sposób o losie biednego Lapecory.
– Słuchaj, zabierz Francois do kina, zdążycie na ostatni seans, potem wrócicie tutaj. Muszę popracować.
– Halo, Buscaino? Mówi Montalbano. Właśnie dowiedziałem się, jak brzmi pełne nazwisko tej Tunezyjki, która mieszka w Villasecie, pamiętasz?
– Oczywiście, Karimy.
– Nazywa się Karima Mussa. Czy mógłbyś coś sprawdzić u was, w Urzędzie Imigracyjnym?
– Żartuje pan, komisarzu?
– Nie, nie żartuję, dlaczego?
– Jak to?! Ze swoim doświadczeniem zadaje mi pan takie pytanie?
– Mów jaśniej.
– Widzi pan, komisarzu, nawet jeśli poda pan imię ojca i matki, dziadków ze strony obojga rodziców, miejsce i datę urodzenia, to i tak nic z tego nie będzie.
– Gęsta mgła?
– A jak by mogło być inaczej? W Rzymie mogą sobie ustalać takie prawa, jakie chcą, ale tutaj Tunezyjczycy, Marokańczycy, Libijczycy, mieszkańcy Zielonego Przylądka, Syngalezowie, Nigeryjczycy, Rwandyjczycy, Albańczycy, Serbowie, Chorwaci wchodzą i wychodzą, jak im się tylko podoba. To Koloseum, żadne drzwi się nie zamykają. Fakt, że w ogóle się dowiedzieliśmy, jaki jest adres tej Karimy, należy do cudów, nie do zwyczajnych wydarzeń.
– Ale i tak spróbuj.
– Montalbano? Co to za historia, że ugania się pan za jakimś złodziejem kanapek? To jakiś maniak?
– Ależ nie, panie kwestorze, chodzi o chłopca, który z głodu zaczął kraść kanapki innym dzieciom. To wszystko.
– Jak to wszystko? Wiem doskonale, że pan co jakiś czas… jak by to powiedzieć… idzie na skróty, ale tym razem, mówiąc szczerze, wydaje mi się, że…
– Panie kwestorze, zapewniam, że sprawa już się nie powtórzy. Ta obława była absolutnie konieczna.
– I złapał go pan?
– Tak.
– I co pan z nim zrobił?
– Zabrałem do siebie do domu, zajmuje się nim Livia.
– Montalbano, zwariował pan? Proszę go natychmiast przekazać rodzicom!
– Nie ma ich, chyba jest sierotą.
– Co znaczy „chyba”? Proszę sprawdzić, na Boga!
– Staram się, ale Francois…
– Boże, a kto to?
– Tak właśnie nazywa się chłopiec.
– Nie jest Włochem?
– Nie, Tunezyjczykiem.
– Niech pan posłucha, Montalbano, zostawmy to na razie, jestem skołowany. Ale jutro proszę przyjechać do mnie do Montelusy i wyjaśnić to wszystko.
– Nie mogę, muszę jechać poza Vigatę. Proszę uwierzyć, to bardzo ważne, wcale nie chcę się wymigać.
– A więc czekam na pana po południu. Upominam, proszę przyjechać. Potrzebuję linii obrony, ponieważ poseł Pennacchio…
– Ten oskarżony o przynależność do organizacji mafijnej?
– Ten sam. Przygotowuje interpelację do ministra, chce pańskiej głowy.
Pewnie: to właśnie Montalbano wszczął przeciw niemu dochodzenie.
– Nicolo? Mówi Montalbano. Muszę cię prosić o przysługę.
– A cóż się stało? Mów.
– Długo jeszcze będziesz w studiu?
– Robię wiadomości o północy i wracam do domu.
– Jest dziesiąta. Jeśli w ciągu pół godziny przyjadę do ciebie i przywiozę zdjęcie, to zdążycie je pokazać w ostatnim wydaniu?
– Pewnie, czekam.
Poczuł to od razu, podskórnie, że sprawa kutra „Opatrzność” śmierdzi. Robił wszystko, by trzymać się od niej z daleka. Ale teraz ona złapała go za włosy i unurzała w tym smrodzie jak niepoprawnego kota, którego chce się oduczyć siusiania na podłogę. Wystarczyłoby, żeby Livia i Francois wrócili trochę później, żeby chłopiec nie zobaczył zdjęcia wujka, a kolacja przebiegłaby w spokoju i wszystko poszłoby jak po maśle. I przeklął swoją cholerną krew gliniarza. Ktoś inny na jego miejscu powiedział by: „Ach, tak? Chłopiec rozpoznał swojego wujka? Co za ciekawy przypadek!” – i wziąłby do ust pierwszy kęs kolacji. Tymczasem on nie mógł, musiał za wszelką cenę chwycić byka za rogi. Instynkt łowcy, tak nazwał to Hammett, który znał się na takich rzeczach.
– Gdzie zdjęcie? – spytał Zito, kiedy tylko go zobaczył.
Montalbano pokazał mu fotografie Karimy z chłopcem.
– Mam pokazać całość czy jakiś szczegół?
– Tak jak jest.
Nicolo Zito wyszedł, wrócił po chwili bez zdjęcia, usiadł wygodnie.
– Opowiedz mi wszystko. A zacznij od tej sprawy ze złodziejem kanapek, którą Pippo Ragonese uważa za głupstwo, ale ja nie.
– Nicolo, nie mam czasu, uwierz.
– Nie, nie wierzę. Jedno pytanie: chłopiec kradnący kanapki to ten ze zdjęcia, które przyniosłeś?
Nicolo był niebezpiecznie inteligentny. Lepiej mieć go po swojej stronie.
– Tak, to on.
– A kim jest matka?
– To kobieta na pewno zamieszana w morderstwo tego człowieka znalezionego w windzie. I tu powstrzymaj się z pytaniami. Obiecuję, że kiedy tylko sam coś z tego zrozumiem, opowiem ci pierwszemu.
– Czy możesz mi chociaż wspomnieć, co mam powiedzieć o zdjęciu?
– No tak. Musisz mówić tonem kogoś, kto opowiada bolesną i wzruszającą historię.
– Wziąłeś się do reżyserii?
– Musisz powiedzieć, że przyszła zapłakana stara Tunezyjka, błagając, żebyś pokazał w telewizji to zdjęcie. Od trzech dni nie ma żadnych wiadomości ani o kobiecie, ani o dziecku. Nazywają się Karmia i Francois. Ktokolwiek ich widział, itede, dyskrecja zapewniona, itepe, prosimy dzwonić pod numer komisariatu, itede.
– Pocałuj się w depe – odparł Nicolo Zito.
W domu Livia od razu poszła spać, zabierając ze sobą chłopca, a Montalbano nie spał, czekał na północne wydanie wiadomości. Nicolo spełnił swój obowiązek. Pokazywał fotografię najdłużej, jak tylko mógł. Kiedy skończył się dziennik, komisarz zadzwonił, żeby podziękować.