Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:

Ta książka jest dla mnie niesamowita. Wokół słyszymy wciąż: narkomani, nie, narkotyki, nie, to niezdrowe, nie, to szkodliwe, nie, trucizna, nie, narkotyki, nie, złe towarzystwo, nie, nie i nie… A (może nie mnie, ale wielu) to wcale nie odstrasza, wręcz zaciekawia. Ta książka mówi o psychice młodej narkomanki, o skutkach nałogu, o tym, że nie mogła spełnić swych marzeń, o miłości w narkotykach, o tym, kim się staje człowiek, gdy zaczyna brać narkotyki.
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 78
Перейти на страницу:

Detlef wysunął się ze mnie i mocno mnie objął. To wszystko było takie nieziemskie. Myślałam sobie, czym zasłużyłam na takiego chłopaka? Takiego, co myśli tylko o mnie, a nic o sobie. Takiego, co jak się ze mną pierwszy raz kocha, wcale nie chce się sam zaspokoić, bo przy tym pierwszym razie myśli tylko o mnie. Pomyślałam o Kathim, o tym, jak w kinie po prostu wsadził mi rękę między nogi. Cieszyłam się, że poczekałam na Detlefa. Że tak naprawdę byłam tylko jego. Kochałam tego chłopaka tak niesamowicie, że nagle zaczęłam się bać. Bać się śmierci. Cały czas myślałam tylko o jednym: Nie chcę, żeby Detlef umarł.

Kiedy mnie tak pieścił, powiedziałam: – Słuchaj, Detlef, przestańmy ćpać.

A on: – Dobrze, nie chcę, żebyś kiedykolwiek została ćpunką.

Pocałował mnie. Potem powoli odwróciliśmy się od siebie i zasnęliśmy przyciśnięci do siebie pupami.

Obudziłam się czując na sobie ręce Detlefa. Było jeszcze dosyć wcześnie. Ale przez zasłony wpadało już szare światło. Zaczęliśmy się pieścić, a potem już tak naprawdę się kochaliśmy. Wszystko, co czułam, było jeszcze w głowie, a nie tam niżej. Ale już wiedziałam, że kochać się z Detlefem, to coś niesamowicie pięknego.

W poniedziałek, zaraz po szkole, pojechałam na dworzec Zoo. Detlef akurat był. Dałam mu swoje drugie śniadanie i jabłko. Był głodny. Miałam niesamowitą chcicę, bo już przecież trzeci dzień nic nie brałam. Zapytałam go: – Masz dla mnie działkę?

Odpowiedział: – O, nie, ode mnie już nic nie dostaniesz. Nie chcę tak. Za bardzo cię lubię. Nie chcę, żebyś została ćpunką.

Prawie się wściekłam. Miałam tę cholerną chcicę, więc się wydarłam: – Ty, stary, weź przybastuj. Źrenice masz jak łebki od szpilek. Jesteś kompletnie naćpany. A mnie tu będziesz truł, żebym nic nie brała. Najpierw sam przestań, to wtedy pogadamy. A tak, to nie pierdol. Powiedz od razu, że sam chcesz wszystko wtrynić.

Kompletnie go tym załatwiłam. Nie miał co odpowiedzieć, bo oczywiście już w niedzielę wieczorem znowu sobie władował. W końcu złamał się i powiedział: – Okay, maleństwo, przestaniemy razem. – Następny klient był na działkę dla mnie.

To, że przespaliśmy się ze sobą, wiele dla mnie zmieniło. Nie czułam się już tak dobrze na dworcu. Nagle zaczęłam sobie trochę lepiej zdawać sprawę, co to znaczy „zarabiać”. Dopiero teraz wiedziałam tak naprawdę, czego chcą ci faceci, którzy się do mnie przystawiają. Tego samego, co robiłam z Detlefem. Dymania. Oczywiście przedtem też już wiedziałam, jak to się robi, ale to była kompletna abstrakcja. A teraz, coś najpiękniejszego i najintymniejszego między Detlefem i mną. Czułam wstręt do jego klientów. Nie wyobrażałam sobie siebie w tym, co tu się działo na dworcu: Iść do łóżka z którymś z tych obrzydliwych, śmierdzących kasztanów albo pieprzyć się z jakimś opasłym, zapoconym łysielcem. Przestało mnie bawić, że mnie te typy zaczepiają. Zwyczajnie nie chciało mi się już nawet robić ich w konia. Odwracałam się z obrzydzeniem, a czasem nawet normalnie dawałam takiemu kopa. i zaczęłam teraz nienawidzić pedałów. Normalnie mogłabym takiego zabić. Bez przerwy miałam tę świadomość, że Detlef musi być dla nich czuły.

Mimo to codziennie po szkole szłam na dworzec, bo tam był Detlef. Jak załatwił klienta, szliśmy na górę na kakao. Czasem interes szedł bardzo kiepsko. Bywały takie popaprane dni, że nawet Detlef miał trudności z uzbieraniem na działkę dla nas dwojga.

Przy okazji stopniowo zaczęłam poznawać przez Detlefa innych zarabiających chłopaków, od których początkowo trzymał mnie z daleka. Byli o wiele bardziej od nas zniszczeni i mieli większe trudności z podłapaniem klientów niż chłopaki z naszej paczki. To były właśnie stare ćpuny, których kiedyś tak bardzo podziwiałam.

Detlef powiedział, że to wszystko jego przyjaciele. Powiedział jeszcze, żebym się miała przed nimi na baczności, bo to są stare ćpuny i w dodatku niesamowicie rolują. Zawsze mają chcicę i żadnej forsy. Nie wolno im było nigdy zdradzić albo pokazać, że się ma forsę albo towar. Inaczej człowiek ryzykował, że od razu dostanie w czachę. Rolowali nie tylko klientów, ale i jeden drugiego.

Powoli zaczęło mi świtać, jak naprawdę wygląda to środowisko ćpunów, które mnie tak pociągało. Teraz byłam już prawie w środku.

Przyjaciele Detlefa mówili mi czasem: – Dziewczyno, skończ z tym. Jesteś za młoda. Jeszcze dasz radę. Musisz tylko zostawić Detlefa. Jemu i tak nic nie pomoże. Nie rób jaj, zostaw Detlefa.

Pukałam się tylko w czoło. Zostawić Detlefa, jeszcze czego. Jak on chce umrzeć, to ja też. Ale tego nie mówiłam. Mówiłam za to: – Nie świruj. Żadne z nas nie jest uzależnione. Jak tylko nam się zechce, to możemy przestać.

Te dni w listopadzie 1976 przebiegały dosyć podobnie. Od drugiej do ósmej byłam na dworcu. Potem szliśmy do „Szklarni”, takiej dyskoteki na Kurfürstendamm. Wieczorami w „Szklarni” zbierały się wtedy ćpuny i Detlef tam chodził. Było jeszcze gorzej niż u ćpunów w „Soundzie”. Zostawałam często do ostatniego autobusu dwadzieścia po dwunastej. Właściwie to żyłam tylko dla tych sobót, kiedy kochałam się z Detlefem. Z każdą sobotą było mi z nim przyjemniej, jeśli za bardzo się nie naćpaliśmy.

Przyszedł grudzień. Robiło się coraz zimniej, i zaczęłam marznąć. Dawniej nigdy nie marzłam. Teraz ciągle było mi zimno. Zauważyłam, że jestem uzależniona. Zrozumiałam to w którąś niedzielę na początku grudnia. Obudziłam się w mieszkaniu Axela obok Detlefa. Było mi cholerycznie zimno. Popatrzyłam na jakieś pudełko. Nagle przeraźliwie zlękłam się napisu na tym pudełku. Chodzi o kolory, błyszczały tak jaskrawo, że bolały oczy. Bałam się przede wszystkim czerwonego. Czerwonego bałam się zawsze na tripie. Jak władowałam heroinę, to czerwień była łagodna. Jak wszystkie kolory na heroinie, tak i czerwień była piękna za taką leciutką mgiełką.

A tu nagle agresywna czerwień na tym cholernym pudełku. W ustach miałam pełno śliny. Połknęłam ją, ale zaraz było to samo. Skądś się ciągle brała nowa. Potem ślina jakoś znikła i usta zrobiły mi się wyschnięte i lepiące. Próbowałam się czegoś napić. Nie dało rady. Trzęsłam się z zimna, aż nagle zrobiło mi się tak gorąco, że zlałam się potem. Obudziłam Detlefa i powiedziałam: – Słuchaj, ze mną coś niedobrze.

Detlef popatrzył mi w twarz i powiedział: – Masz źrenice jak spodki. – Zrobił długą pauzę, a potem powiedział szeptem: – No, dziewczyno, teraz i ty się doigrałaś.

Znowu zaczęło mną telepać i zapytałam: – Co ty gadasz, o co chodzi?

Detlef powiedział: – Głód.

Pomyślałam sobie: Aha, więc to jest właśnie głód. Jesteś na prawdziwym głodzie, ty stara ćpunko. To wcale nie takie najgorsze. Co oni tak zawsze o tym opowiadali. No bo rzeczywiście nie miałam porządnych bólów. Trzęsłam się tylko cała i dostawałam trochę szajby od tych kolorów, no i ta ślina.

Detlef nic już nie mówił. Wyciągnął z kieszeni dżinsów małą paczuszkę i kwas askorbinowy, wziął łyżkę, podgrzał mieszankę nad świecą i podał mi gotową strzykawkę. Przez to, że się trzęsłam, nie mogłam dobrze trafić w żyłę. Ale dosyć szybko sobie poradziłam. Znowu nie było żadnych problemów i zasnęłam obok Detlefa, który też zaraz sobie władował. Kiedy wstaliśmy w południe, zapytałam Detlefa, ile ma jeszcze hery.

Powiedział: – Nie bój nic, dostaniesz swoją działkę przed wyjściem.

A ja: – Wiesz, muszę coś mieć na jutro rano.

Detlef: – Tyle to już nie mam. i poważnie, nie chce mi się leźć dzisiaj na dworzec. Jest niedziela, i tak by nic z tego nie było.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)