My, Dzieci Z Dworca Zoo
- Автор: F Christiane, Felscherinow Christiane Vera
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
Zamiast do „Soundu” chodziłam teraz na dworzec. Nie miałam już innych przyjaciół poza naszą małą paczką z dworca Zoo. Oprócz mnie i Detlefa byli jeszcze Bernd i Axel. Obaj mieli po 16 lat, ćpali jak starzy i chodzili z pedałami za pieniądze. Wszyscy trzej mieszkali u Axela.
Axel był w przeciwieństwie do Detlefa i Bernda niesamowicie brzydki. W jego twarzy nic do siebie nie pasowało. Ręce i nogi też miał jakby od pary. Jednym słowem ostatnia rzecz, na jaką mogą lecieć pedały. Ale zawsze coś załapał i miał nawet stałych klientów. Detlef, jak mu się już chciało od tego wszystkiego rzygać, mógł się na swoich klientów wydzierać i obrażać, i tak zawsze przychodzili w łachę Axel, z tym swoim wyglądem, musiał zawsze umieć się opanować i udawać cholernie grzeczniutkiego. Poza tym musiał mieć w sobie coś szczególnego w łóżku, coś, na co pedały niesamowicie lecą. Inaczej zginąłby przy tej konkurencji, jaka była na dworcu.
Ale jak tylko mógł, mścił się na klientach. Musiał tylko trafić na jelenia, a wtedy oszukiwał, podpuszczał, robił w konia. Axel to był bombowy chłopak. Można go było obrażać i poniżać. Nigdy nie dał po sobie nic poznać. Zawsze był miły. Gotów każdemu pomóc, cecha, której nie spotkałam nigdy u innych narkomanów. W ogóle nie było drugiego takiego jak on. Wydawało się, jakby żył już w zupełnie innym świecie. W rok później było już po nim.
Axel miał podobną historię co i ja. Jego rodzice byli rozwiedzeni. Mieszkał z matką do chwili, kiedy przeniosła się do przyjaciela. Była przynajmniej wspaniałomyślna. Zostawiła mu dwu i półpokojowe mieszkanie z paroma meblami i wstawiła nawet telewizor. Odwiedzała go raz w tygodniu i zostawiała trochę pieniędzy na życie. Wiedziała, że Axel ćpa. i pewnie nieraz mu mówiła, żeby z tym skończył. Twierdziła, że i tak zrobiła dla niego więcej niż inni rodzice. A mianowicie podarowała mu mieszkanie z telewizorem.
Zaczęłam nocować w weekendy u Axela. Mamami pozwoliła. Znów coś tam nagadałam o jakiejś przyjaciółce.
Mieszkanie Axela było kompletnie zrujnowane. Typowe mieszkanie narkomana. Smród uderzył mnie już od progu. Dookoła walały się puste puszki po rybach i pety. W tym wszystkim stały kubki i filiżanki, w każdym trochę wody, wszędzie popiół, tytoń, bibułki papierosowe. Kiedy chciałam postawić na jednym stole parę jogurtów, z drugiego końca spadły na ziemię dwie otwarte konserwy rybne. Sos wyciekł na dywan. Nikt się tym nie przejął. Właśnie z dywanu zresztą wydobywał się najgorszy smród. Kiedy Axel władował sobie porcję, zobaczyłam, dlaczego tak śmierdzi. Wyciągnął z żyły strzykawkę z resztkami krwi, napełnił ją wodą i różową zupą strzyknął po prostu na dywan. Zawsze tak czyścił sprzęt. Za każdym razem przybywało parę kropel krwi na wyszarganych perskich wzorach. Razem z rybnym sosem dawało to ten słodkawozgniły odór. Nawet firanki były żółte i śmierdziały.
A w tym całym śmierdzącym syfie stało olśniewająco białe łóżko. Natychmiast się na nim schroniłam. Kiedy wcisnęłam twarz w poduszki, poczułam zapach proszku Ariel i Weisser Riese. Autentycznie pomyślałam sobie, że nigdy jeszcze nie leżałam na takim czystym łóżku.
Axel powiedział: – Przygotowałem dla ciebie. – Przez następne tygodnie za każdym razem, kiedy przychodziłam w sobotę, pościel była świeżo zmieniona. Zawsze tylko raz spałam w tej samej pościeli, podczas kiedy oni chyba nigdy nie zmieniali prześcieradeł.
Chłopcy kupowali mi jedzenie i picie, zawsze to, na co miałam akurat ochotę. Po prostu chcieli mi sprawić radość. Przede wszystkim kupowali dla mnie najlepszy towar. Wątroba ciągle dawała mi się we znaki. Jak władowałam sobie coś niezbyt czystego, czułam się fatalnie. Strasznie się martwili, kiedy było ze mną coś niedobrze. Dlatego kupowali mi najczystszą heroinę, nawet jeśli była droga. Ci trzej byli gotowi na każde moje wezwanie. W pewnym sensie mieli tylko mnie. A ja miałam przede wszystkim Detlefa, potem Bernda i Axela, a poza tym nikogo.
Dawało mi to uczucie prawdziwego szczęścia. Rzadko zdarzało mi się coś takiego przeżyć. Czułam się bezpieczna. Czułam się naprawdę u siebie. Po południu na dworcu Zoo, a pod koniec tygodnia w tej cuchnącej narkomańskiej norze.
Detlef był najsilniejszy, ja najsłabsza w grupie. Czułam się słabsza od nich, fizycznie i charakterologicznie, przede wszystkim dlatego, że byłam dziewczyną. Ale po raz pierwszy sprawiało mi przyjemność bycie słabą. Sprawiało mi przyjemność, że Detlef, Axel czy Bernd zawsze są w pobliżu, kiedy kogoś potrzebuję.
Miałam chłopaka, który robił coś, czego nie zrobiłby żaden inny narkoman: który dzielił się ze mną każdą paczuszką heroiny. Który zarabiał dla mnie pieniądze wykonując najbardziej syfiastą pracę, jaka istnieje. Musiał obsłużyć co dzień jednego czy dwóch klientów więcej, żebym miała swój przydział. Wszystko było u nas na odwrót. Chłopak szedł na ulicę dla swojej dziewczyny. Możliwe, że byliśmy jedyną parą na świecie, w której tak się działo.
W tym czasie, późną jesienią 1976 roku, nigdy by mi nawet nie przyszło do głowy, żeby samej zarabiać. To znaczy, pewnie zdarzało mi się o tym pomyśleć Kiedy na przykład miałam wyrzuty sumienia, że Detlef musi iść dla mnie z jakimś obrzydliwym zgredem. Ale zdawałam sobie sprawę, że gdybym chociaż słowem wspomniała, że też chcę zarabiać, to chyba po raz pierwszy dostałabym wtedy od Detlefa w twarz.
Nadal tak naprawdę nie bardzo wiedziałam, na czym to zarabianie właściwie polega. W każdym razie nie zastanawiałam się za mocno i nie chciałam sobie za dokładnie wyobrażać. Detlef nigdy o tym nie mówił. Z rozmów między nimi trzema dowiedziałam się, że obciągają takiemu pedziowi małego albo co najwyżej robią minetę.
Miałam takie wrażenie, że to nie ma żadnego związku ze mną i z Detlefem. W każdym razie nie czułam żadnego wstrętu z powodu tego, co musiał robić. Jeśli on dobiera się do klienta, to jeszcze nie jest tak źle. To jest właśnie jego świńska robota, bez której nie mielibyśmy towaru. Nie chciałam tylko, żeby te zgredy dobierały się do Detlefa. Bo on jest tylko mój.
Początkowo niektórzy ich klienci wydawali mi się nawet całkiem w porządku. Chłopcy mówili czasem, że ten czy tamten jest zupełnie w porządku, tego trzeba by sobie przygruchać na dłużej i mnie się to udzieliło. Niektórzy byli naprawdę mili dla mnie, kiedy spotykali mnie na dworcu z Detlefem. Autentycznie mnie lubili. Nie da się ukryć, że niektórych pedziów normalnie do mnie ciągnęło. Czasem któryś z chłopaków dawał mi dwadzieścia marek i mówił, że to od tego a tego klienta, bo mu się bardzo spodobałam. Detlef nie zdradził mi, że niektórzy z tych facetów bez przerwy go zagadują, żeby im to może jednak choć raz zrobił ze mną.
Obserwowałam też inne dziewczyny z dworca, wszystko jeszcze prawie dzieci, jak ja. i widziałam, jak im beznadziejnie. Zwłaszcza tym ćpającym, które z tego powodu musiały się puszczać. Widziałam, jakie czują obrzydzenie, kiedy zaczepiał je klient, chociaż musiały się miło uśmiechać. Nienawidziłam tych facetów. Jakie z nich musiały być pacany albo wyrafinowane świnie, że tacy napaleni i tchórzliwi snują się po hali dworca kątem oka myszkując za świeżą dupą. Co za radość mogli mieć z tego, jak szli potem z taką kompletnie obcą dziewczyną, która się mmi brzydzi, po której widać przecież, jak się męczy.