Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Dla ciebie pani sierżant, Likely! Trzymaj!
Trev zdołał pochwycić szybujący przez pokój znaczek.
— Dzięki, sierżancie!
— Wynocha!
Wyszedł i nie zdziwił się, że kiedy tylko opuścił budynek, zbliżył się do niego mglisty kształt. W szarym powietrzu wyczuł lekki fetor. No cóż, przynajmniej to nie Andy. W tej chwili nie potrzebował Andy’ego.
— Tak, Carter? — zapytał mgły.
— Skąd wiedziałeś, że to ja?
Trev westchnął.
— Zgadłem.
Ruszył szybkim krokiem.
— Andy chce wiedzieć, co im powiedziałeś.
— Nie martw się, wszystko załatwione.
— Załatwione? Jak?
Carter zawsze był trochę za gruby. Musiał podbiegać, żeby dotrzymać mu kroku.
— Nie mam zamiaru ci tłumaczyć. — Och, radosna chwilo…
— Ale mogę mu powtórzyć, że jesteśmy czyści?
— Wszystko załatwione! Zrobione i posprzątane! Zdmuchnąłem sprawę! Naprawiona! Zamknięta! Nie zdarzyła się!
— Jesteś pewien? — spytał Carter. — Wyglądał na solidnie rozbitego.
— No jak cię mam przekonać? — Trev rozłożył ręce i wykręcił piruet. — Jestem Trev Likely!
— No to sprawa jasna. Wiesz co? Założę się, że Andy weźmie cię z powrotem do Grupy. Świetnie będzie, nie?
— A wiesz, jak Nutt myślał, że Grupa się nazywa?
— Nie. Jak?
Trev mu powiedział.
— No nie, to… — zaczął Carter, ale Trev mu przerwał.
— To zabawne, Carter. Zabawne, ale też trochę smutne i beznadziejne. Naprawdę. — Zatrzymał się tak nagle, że Carter wpadł na niego. — Dam ci radę: Pierdoła Carter daleko cię nie doprowadzi. Pierdzimistrz też. Możesz mi wierzyć.
— Ale wszyscy mnie wołają Pierdoła Carter! — jęknął Pierdzimistrz.
— Przywal następnemu, który spróbuje. Idź do lekarza. Ogranicz węglowodany. Unikaj zamkniętych pomieszczeń. Używaj płynu po goleniu — mówił Trev, znowu ruszając naprzód.
— Gdzie idziesz, Trev?
— Wychodzę ze Ścisku! — zawołał Trev przez ramię.
Carter rozejrzał się niepewnie.
— Jakiego Ścisku?
— Nie słyszałeś? Wszystko jest Ściskiem!
Trev podejrzewał, że się jarzy, kiedy tak biegł truchtem przez mgłę. Teraz wszystko będzie inaczej. Jak tylko przyjdzie Smeems, pogada z nim o lepszej pracy albo co.
Jakaś postać wyrosła w szarości przed nim. Było to godne podziwu osiągnięcie, ponieważ nie była zbyt wyrośnięta — o całą głowę niższa od niego.
— Fanowny pan Likely? — odezwała się.
— A kto pyta? — spytał Trev. I dodał: — Co pyta?
Postać westchnęła.
— Jak rozumiem, jeft pan przyjacielem tego dżentelmena, którego przyjęlifmy dzifiaj do fpitala.
— Co cię to obchodzi?
— Ofem, obchodzi — zapewniła postać. — Czy mogę fpytać, co pan wie o tym dżentelmenie?
— Nie muszę z tobą rozmawiać — oświadczył Trev. — Wszystko jest załatwione, jasne?
— Gdyby tak było… Mufę to z panem omówić. Nazywam fię Igor.
— A wiesz, miałem takie przeczucie. Ty jesteś tym, który zrobił Nuttowi kanapkę?
— Tak. Tuńczyk, fpaghetti i dżem z wiórkami czekolady. Moja fpecjalnofć. Nic pan nie wie o jego pochodzeniu?
— Nic zupełnie.
— Naprawdę?
— Słuchaj pan, w kadziach mieszamy łój, nie przeszłość, jasne? Nie robi się tego i tyle. Wiem, że ma za sobą ciężkie czasy, ale więcej nic nie powiem.
— Tak fobie myflałem — mruknął Igor. — Uważam, że pochodzi z Überwaldu. A z Überwaldu przybywają różne niefamowite i niebezpieczne ftwory.
— Może to głupie pytanie, ale czy ty przypadkiem sam nie pochodzisz z Überwaldu?
— Fkoro pan pyta, to iftotnie.
Trev się wahał. Widywał czasami Igory. Jedyne, co ludzie o nich wiedzieli, to że potrafią zaszyć kogoś lepiej niż straż, wyczyniają dziwne rzeczy po piwnicach i tylko w czasie burz częściej wychodzą na zewnątrz.
— Myflę, że pański przyjaciel może być niebezpieczny — oznajmił Igor.
Trev spróbował wyobrazić sobie Nutta niebezpiecznego. Nie było to łatwe, dopóki sobie nie przypomniał tego rzutu, który przewrócił słup gola o pół ulicy dalej. I pożałował, że o tym pomyślał.
— Czemu miałbym ci wierzyć? Skąd wiem, czy sam nie jesteś niebezpieczny?
— Ależ jeftem — zapewnił Igor. — Może pan być pewien. Ale Überwald miefci w fobie rzeczy, których wolałbym nie fpotykać.
— Nie chcę cię słuchać — poinformował Trev. — Zresztą i tak trudno cię zrozumieć.
— Czy zaobferwował pan u niego fybkie zmiany naftroju? — nie ustępował Igor. — Czy wpada we fciekłofć? Czy wie pan cof o jego przyzwyczajeniach żywieniowych?
— Tak, lubi szarlotkę — odparł Trev. — Ale o co ci chodzi?
— Widzę, że jeftefcie fietnymi przyjaciółmi — uznał Igor. — Zająłem panu czaf. Przeprafam. — Zawisłe w powietrzu „przeprafam” zagęściło kropelki mgły. — Udzielę panu rady. Gdyby mnie pan potrzebował, wyftarczy wrzafnąć. Żałuję, że ten wrzafk przyjdzie panu całkiem łatwo.
Igor odwrócił się i natychmiast zniknął we mgle.
I jeszcze Igory dziwnie się przemieszczają, przypomniał sobie Trev. W dodatku nigdy się ich nie widuje na meczach.
Zwrócił uwagę na tę przebiegającą myśl. Co właściwie próbował sobie powiedzieć? Że ktoś, kto nie ogląda piłki, nie jest prawdziwym człowiekiem? Nie umiał sensownie sobie na to odpowiedzieć. Był zdumiony, że w ogóle zadał takie pytanie. Wszystko się zmieniało.
Glenda dotarła do nocnej kuchni, po drodze odbierając od Juliet przysięgę milczenia. Łaskawie dała Mildred i pani Hedges wolne na resztę nocy, co bardzo je ucieszyło, jak zawsze, a za tę drobną uprzejmość w razie potrzeby będzie mogła oczekiwać rewanżu.
Zdjęła płaszcz i podwinęła rękawy. W nocnej kuchni czuła się jak w domu, przy sterze, u władzy. Za czarnymi żelaznymi piecami mogłaby rzucić wyzwanie całemu światu.
— No dobra — rzuciła do wystraszonej Juliet. — Nie było nas tam dzisiaj. Dzisiaj się nie zdarzyło. Pomagałaś mi czyścić piekarniki. Dopilnuję, żebyś dostała coś za nadgodziny, więc twój tato nic nie będzie podejrzewał. Zgoda? Rozumiesz?
— Tak, Glendo.
— A skoro już tu jesteśmy, zaczniemy z zapiekankami na jutrzejszy wieczór. Miło będzie dać sobie trochę wyprzedzenia, co?
Juliet milczała.
— Powiedz „Tak, Glendo” — podpowiedziała Glenda.
— Tak, Glendo.
— No to idź i posiekaj trochę wieprzowiny. Takie zajęcia odciągają myśli od czego nie trzeba, zawsze to powtarzam.
— Tak, Glendo, zawsze to powtarzasz — przyznała Juliet.
Intonacja zwróciła uwagę Glendy i nieco ją zaniepokoiła.
— Naprawdę zawsze to powtarzam? Kiedy?
— Codziennie, kiedy przyjdziesz i włożysz fartuch, Glendo.
— Mama tak mówiła — stwierdziła Glenda i spróbowała wytrząsnąć z głowy tę myśl. — Miała rację, oczywiście! Ciężka praca nigdy nikomu nie zaszkodziła.
I usiłowała cofnąć zdradziecką myśclass="underline" oprócz niej. Zapiekanki, przypomniała sobie. Na zapiekankach można polegać. Zapiekanki nie przysparzają zmartwień.
— Tak se myślę, że Trev mnie lubi — mruknęła Juliet. — Nie gapi się na mnie bez sensu, jak inni chłopcy. Patrzy jak szczeniak.
— Lepiej uważaj na to spojrzenie, dziewczyno.
— Chyba się w nim zabujałam, Glendo.