Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie twierdzę, że Trev to zły chłopak — powiedziała. — Nie jest dżentelmenem i czasem trzeba dać mu po łapach, żeby nauczyć manier. No i życie bierze o wiele za lekko. Ale mógłby do czegoś dojść, gdyby miał powód, żeby się do tego zabrać.
Juliet chyba nie słuchała, ale nigdy nie wiadomo.
— Chodzi wyłącznie o piłkę. Jesteście po przeciwnych stronach. Nic z tego nie będzie — dokończyła Glenda.
— A jakbym tak wzięła i kibicowała Ćmokom?
Jeszcze wczoraj brzmiałoby to jak bluźnierstwo; dzisiaj stało się tylko poważnym problemem.
— Na początek… twój ojciec już nigdy by się do ciebie nie odezwał. Ani bracia.
— Teraz też się nie odzywają. Nie za bardzo. Pytają tylko, kiedy będzie jedzenie. A wiesz, że dzisiaj pierwszy raz widziałam z bliska piłkę? I powiem ci uczciwie, nic specjalnego. Aha, jutro robią pokaz mody u Shwatty. Może pójdziemy?
— Nigdy o czymś takim nie słyszałam — prychnęła Glenda.
— To taki dom mody krasnoludów.
— Pasuje. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek coś tak nazwał. Byłby zakładnikiem pierwszej literówki w azecie.
— Mogłybyśmy iść. Fajnie będzie. — Juliet pomachała pomiętym egzemplarzem „BąBelków”. — Nowe mikrokolczugi będą naprawdę mocne i miękkie, i piszą tu, że wcale nie obcierają, plus rogate hełmy wracają po zbyt długim okresie eli… mi… nacji z obowią… żującego stylu. O co tu chodzi? I jeszcze, że jutro po południu jest prezen… tacja.
— Tak, Jula, ale nie należymy do takich kobiet, które chodzą na pokazy mody.
— Ty nie. Czemu ja nie?
— No, dlatego… Wiesz, nie wiedziałabym nawet, w co się ubrać. — Glenda zaczynała wpadać w desperację.
— Właśnie dlatego powinnaś iść na pokaz mody — odparła z satysfakcją Juliet.
Glenda już otworzyła usta, żeby rzucić jakąś odpowiedź, i pomyślała: Tu nie chodzi o chłopców i nie chodzi o piłkę; to bezpieczne.
— No dobrze. Może rzeczywiście będzie przyjemnie. Wiesz co? Dziś wieczorem wykonałyśmy już kobiece obowiązki. Zabiorę cię teraz do domu, załatwię, co trzeba, i wrócę. Twój tato pewnie się martwi.
— Siedzi w pubie — oceniła precyzyjnie Juliet.
— No to martwiłby się, gdyby nie siedział — odparła Glenda.
Potrzebowała czasu dla siebie; musiała wyciągnąć nogi. Dzień był nie tylko długi, ale długi i głęboki. Chciała chwili spokoju, żeby wszystko mogło się poukładać.
— I weźmiemy lektykę. Co ty na to?
— Są okropnie drogie!
— Raz się jest młodym, tak zawsze mówię.
— Nigdy jeszcze nie słyszałam, żebyś tak mówiła.
Przed uniwersytetem czekało kilka trollowych lektyk. Były kosztowne, po pięć pensów za jazdę, ale siedzenia w koszu na ramionach nosiciela były o wiele wygodniejsze od desek w omnibusach. Oczywiście, to aliganckie; w oknach falowały firanki, wydymały się wargi… To właśnie było dziwne na ulicy: jeśli człowiek się tam urodził, innym się nie podobało, kiedy przestawał pasować. Babcia określała to jako „mącenie sobie w głowie wymysłami ponad swój stan”. To była demonstracja wyższości.
Glenda otworzyła drzwi przed Juliet, bo dziewczyna zawsze grzebała się z zamkiem, i patrzyła, jak się zamykają.
Dopiero wtedy otworzyła własne drzwi frontowe, połatane i łuszczące się tak samo jak tamte. Nie zdążyła jeszcze zdjąć płaszcza, kiedy ktoś zaczął tłuc pięściami w spękane drewno. Otworzyła gwałtownie i zobaczyła pana Stollopa, ojca Juliet; rękę wciąż miał wzniesioną, a wokół opadał niewielki obłoczek płatków farby.
— Usłyszałem, że przyszłaś — powiedział. — O co tu chodzi?
Uniósł drugą potężną dłoń, w której ściskał sztywną kremową kopertę. Nieczęsto widywało się takie na Siostrach Doiły.
— To się nazywa list — wyjaśniła Glenda.
Błagalnym gestem wyciągnął go przed siebie i dopiero wtedy zobaczyła wielką literę V na przerażającej rządowej pieczęci, niezawodnie wzbudzającej strach i przygnębienie u tych, którzy podatki mieli dopiero zapłacić.
— Jego lordowska mość do mnie pisze! — oświadczył załamany pan Stollop. — Dlaczego tak sobie wziął i do mnie napisał? Niczego żem nie zrobił!
— A myślał pan, żeby go otworzyć? — spytała Glenda. — Zwykle tak właśnie sprawdzamy, co jest w listach.
Rzucił jej kolejne błagalne spojrzenie. Przy Siostrach Dolly czytanie i pisanie było delikatną pracą domową, którą lepiej zostawiać kobietom. Prawdziwa praca wymagała szerokich pleców, mocnych ramion i stwardniałych dłoni. Pan Stollop doskonale spełniał te warunki. Był kapitanem Dolasów i w jednym meczu odgryzł po uchu trzem ludziom.
Glenda westchnęła, wyjęła mu list z dłoni, która — jak zauważyła — lekko drżała, po czym otworzyła kopertę paznokciem.
— Stoi tutaj: Pan Stollop — oznajmiła, a mężczyzna skrzywił się boleśnie. — Tak, to o pana chodzi — dodała.
— Pisze tam coś o podatkach albo czymś? — zapytał.
— Nic takiego nie widzę. Pisze, że będzie „niezwykle wdzięczny za pańskie towarzystwo podczas bankietu, jaki zamierzam wydać na Niewidocznym Uniwersytecie o ósmej wieczorem we środę, podczas którego chciałbym omówić przyszłość wspaniałej gry w kopanie piłki. Z przyjemnością powitam pana jako kapitana drużyny Sióstr Dolly”.
— Dlaczego się do mnie przyczepił? — zapytał Stollop.
— Jak napisał, dlatego że jest pan kapitanem.
— No tak, ale dlaczego ja?
— Może zaprosił wszystkich kapitanów. Mógłby pan posłać chłopaka w białym szaliku i sprawdzić, prawda?
— Niby tak, ale przypuśćmy, że tylko ja? — dopytywał się Stollop, który wyraźnie postanowił zbadać tę grozę do samej głębi.
Glenda wpadła na znakomity pomysł.
— Wtedy, panie Stollop, okaże się, że tylko kapitan Sióstr Dolly jest dostatecznie ważny, by z samym władcą dyskutować o przyszłości piłki.
Stollop nie wypiął piersi, gdyż miał ją wypiętą permanentnie, ale pewnym wysiłkiem mięśni udało mu się osiągnąć efekt wypięcia całkowitego.
— Ha! I dobrze sobie wybrał! — huknął z dumą.
Glenda westchnęła w duchu. Pan Stollop był silny, ale jego mięśnie przechodziły w tłuszcz. Wiedziała, że ostatnio dość szybko traci oddech, a wobec czegoś, czego nie można przygnieść, uderzyć albo kopnąć, czuł się całkiem zagubiony. Opuszczone po bokach dłonie zaciskały się i rozprostowywały, próbując wykonywać za niego procesy myślowe.
— O co w tym chodzi?
— Nie wiem, panie Stollop.
Przestąpił z nogi na nogę.
— Eee… A może o tego chłopaka od Ćmoków, co dzisiaj trochę oberwał? Jak myślisz?
To może być ktokolwiek, myślała Glenda, kiedy obejmowała ją lodowata zgroza. Nic takiego, co tydzień się to zdarza. To nie musi być żaden z nich. Ale będzie, oczywiście, wiem o tym, tylko że wcale nie wiem, w żaden sposób nie mogę wiedzieć, a jeśli będę to powtarzać dostatecznie długo, może się nigdy nie zdarzyć.
Oberwał, przypomniała sobie wśród paniki. Czyli prawdopodobnie że stał w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym szaliku, co jest równoważne samookaleczeniu. Dał się zabić.
— Moje chłopaki wróciły i mówiły, że gadają o tym na ulicy. Tak właśnie słyszeli. Wziął i dał się zabić.
— Niczego nie widzieli?
— Zgadza się, niczego.
— Ale za to bardzo dużo słuchali?
Ironia przefrunęła mimo uszu Stollopa, nie próbując nawet skręcać.
— I to był chłopak Ćmoków?
— Tak — potwierdził. — Słyszeli, że umarł, ale wiesz, jak te ćmokowe dranie oszukują.