Sekret Alchemika Sędziwoja
- Автор: Pilipiuk Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Sekret Alchemika Sędziwoja». Краткое содержание книги:
No i ruszyliśmy. Zapadł już ponury jesienny zmrok.
– Sądzi pan, Szefie, że nam to odda? – zapytałem.
– Raczej nie. Ale nie mam innego pomysłu – westchnął. – A ty co proponujesz?
– Ściągniemy Michaiła. Jeśli potrafił wejść do archiwum KGB w Tobolsku, to taka willa to będzie dla niego pryszcz…
– Jeśli reszta twoich pomysłów jest równie genialna, to może lepiej nie wypowiadaj ich głośno – westchnął.
Zatrzymałem samochód przed willą. Podeszliśmy do furtki gdy nieoczekiwanie drzwi głośno trzasnęły i ktoś solidnie kopnięty w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, zwalił się po schodkach do ogrodu. – Ty czerwony złodzieju! – wrzasnął podnosząc się ze ścieżki. Drzwi ponownie się otworzyły i ktoś spuścił psa. Lżący poderwał się. Cichy syk pozwolił się domyśleć, że użył wobec szarżującej bestii miotacza pieprzu. Pies przez chwilę tarł pysk łapami a potem poderwał się i znowu ruszył w jego stronę. Kopnięty jednym susem przesadził ogrodzenie oddzielające go od ulicy.
– W więzieniu zgnoję, bandyto! – krzyknął w stronę domu.
– Ładnie tak złorzeczyć bliźniemu? – zapytał łagodnie Szef.
Uciekinier dopiero teraz nas zauważył. Odruchowo spróbował strzepnąć błoto i liście poprzyklejane do marynarki. Na oko sądząc miał około siedemnastu lat. Był w nieuchwytny sposób podobny do Michaiła. Pociągła arystokratyczna twarz, jasne oczy i gesty wskazujące na doskonałe opanowanie trudnej sztuki poruszania się w sposób dystyngowany.
– Przepraszam – wybąkał. – Ale trochę mnie wyprowadził z równowagi.
Jedno oko napuchło mu, widocznie oprócz kopniaka dostał wcześniej jeszcze kila ciosów.
– Nie wiecie panowie, gdzie tu jest najbliższy szpital? Chciałbym zrobić obdukcję lekarską…
– Nie mam pojęcia – wzruszył Szef ramionami. – Ale jeśli pan sobie życzy, mamy w samochodzie apteczkę…
– Bardziej przydało by się trochę herbaty z termosu, to zrobiłbym ciepły okład…
– Termosu niestety nie mamy – Szef wyraził ubolewanie.
– Ciepły okład? – zdziwiłem się. – Lepszy zimny.
– Nie, ciepły. Wprawdzie nie łagodzi bólu, ale za to rozszerza naczynia włosowate i krew odpływa z uszkodzonej tkanki, dzięki czemu nie ma potem problemów z siniakami – uśmiechnął się. – Panowie też do tej czerwonej pijawki?
– Niestety – wzruszyłem ramionami. – Obowiązki wzywają…
– Idziecie go aresztować? – zaciekawił się.
– Nie, niestety nie.
– Szkoda – mruknął. – Zażądał, bydlak, dziesięciokrotnej ceny rynkowej. Skąd ja mu wytrzasnę sto pięćdziesiąt tysięcy złotych…? Panowie pozwolą, że pożegnam…
Zniknął w perspektywie ulicy.
– Zastanawiające – mruknął Szef. – Czym naraził się gospodarzowi do tego stopnia, że wyleciał z takim hukiem na ulicę?
– Nie wiem, ale nie wygladal na akwizytora – powiedziałem.
– Co ci przyszło do głowy? – zagadnął Szef.
Wskazałem wiszącą na płocie tabliczkę. "Domokrążcy będą bici i szczuci psem – głosiła. – Zostaliście ostrzeżeni".
Szef wzruszył ramionami i nacisnął guzik dzwonka przy furtce.
– Może powinniśmy przyjść jutro – zauważyłem. – Może być teraz wściekły.
– Jutro może być za późno. Nasze drogie przeciwniczki pewnie już kombinują, jak by się tu dobrać do księgi. Mogą nas przelicytować, gdy będziemy
spali…
– Przelicytować – mruknął Szef. – Ten chłopaczek miał za coś zapłacić dziesięć razy więcej niż wartość rynkowa. Ciekawe, co to mogło być?
– Coś warte około piętnaście tysięcy złotych – policzyłem natychmiast.
Pan Samochodzik ponownie nacisnął guzik dzwonka. Drzwi otworzyły się i z domu wyszedł potężny, ponury facet. Na rękawie miał naszywkę z napisem "Ochrona".
– Czego? – warknął na nasz widok.
– Jesteśmy pracownikami Ministerstwa Kultury i Sztuki. Chcemy rozmawiać z panem Aulichem.
– Wynocha – oświadczył wachman i odwróciwszy się odszedł.
Popatrzyliśmy na siebie zaskoczeni.
– No cóż – powiedział Szef. – Przecież nie będziemy się włamywać…
Zaczęło kropić. Ruszyliśmy wolno do samochodu. Wiedziałem już co zrobię nocą.
Rozdział XI
O czwartej rano było jeszcze zupełnie ciemno. "W komandosach" uczyli nas, że to pora nocy, gdy ludzie śpią najmocniej. Niebo zasnuły deszczowe chmury. Deszcz już nie padał, ale wszędzie stały kałuże. Cichutko przemknąłem się aleją Kasztanową. Unikałem jak mogłem kręgów światła rzucanych przez latarnie. Wreszcie dotarłem do ogrodzenia domu Aulicha. Przylgnąłem do metalowych prętów i rozejrzałem się wokoło. Światła latarni lekko przygasły. Żarówki pożółkły. Silny skok napięcia w sieci, a może?… A może ktoś z piłą ultradźwiękową. Ruszyłem wzdłuż ogrodzenia i nieoczekiwanie natknąłem się na wyrwę. Ktoś wyciął kilkanaście prętów. Końcówki sterczące z podmurówki dymiły dziwnie. Splunąłem ostrożnie na pierwszy z nich.
Zaskwierczało. Były silnie rozgrzane.
– Ki diabeł? – zdziwiłem się.
Przeskoczyłem do ogrodu i ukryłem się w cieniu krzaków. Latarnie powoli wracały do normalnej jasności. Ruszyłem ostrożnie naprzód, rozglądając się za psem. Wolałem nie natknąć się na tę bestię. Nieoczekiwanie znowu pociemniało. Spostrzegłem gruby kabel biegnący przez zroszoną trawę. Poszedłem jego śladem. Nagle gdzieś koło ogrodzenia usłyszałem łoskot i stłumione przekleństwo. Padłem natychmiast płasko i wtoczyłem się pod krzaki. Ktoś podniósł się z ziemi, latarnie wracające do pełnej jasności oświetliły na moment niewysoką sylwetkę. Postać, nisko pochylona, przemknęła pod ścianą domu.
– Robi się tłoczno – mruknąłem sam do siebie.
Latarnie znowu pociemniały. Czyżby jakiś idiota przebijał się po kolei przez wszystkie ściany, zamiast ciąć zamki w drzwiach? Cichutko podążyłem w ślad za tajemniczym nocnym gościem. Człowiek przemknął się do spalonej części domu i bez większego wysiłku podciągnął się do jednego z wypalonych okien. Po chwili zniknął wewnątrz. Ruszyłem naokoło i po chwili znalazłem drzwi, które zapewne jeszcze przed godziną zabite były deskami. Teraz kawałki drewna leżały wokoło, dziwnie pociemniałe przy krawędziach. Przekroczyłem próg. W powietrzu unosił się obcy, ale dość przyjemny zapach. Kojarzył mi się z dzieciństwem. Chyba czułem go kiedyś. W cegielni na wsi, niedaleko pola dziadków?
Przypomniałem sobie piece ułożone z surowych cegieł nakrytych tylko warstwą glinianego miału. Przez odpowiednio sporządzone kanały biegł ogień wypalając je. "Dochodziły" tak około dwu tygodni, później przychodzili robotnicy, by je wyjąć i załadować na ciężarówkę. Spenetrowałem parter i nie znajdując nic podejrzanego wdrapałem się po osmalonych, betonowych schodkach na piętro. Tu, w jednym z pokojów przylegających do niespalonej części domu, znalazłem to, czego szukałem – nieregularną dziurę wybitą w ścianie. Zapach cegielni stał się bardzo mocny. Zbliżyłem ostrożnie dłoń do brzegów otworu i natychmiast ją cofnąłem. Cegły rozpalone były niemal do czerwoności. Przelazłem przez dziurę i znalazłem się w korytarzu. Przez chwilę zastanawiałem się dokąd pójść, gdy nieoczekiwanie spostrzegłem gruby kabel znikający za zakrętem. Skradając się ruszyłem tym tropem. Przewód niebawem zniknął w szczelinie pod drzwiami jednego z pokojów. Usłyszałem ciche buczenie i szpara rozbłysła oślepiającym światłem.