Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Wszystko w porządku, doktorze — mówił Kontroler. — To nikt…
— Teraz już nikt — zgodził się posępnie Conway. Powrócił do oględzin pistoletu i poczuł żal, że opróżnił magazynek. Gdyby został choć jeden pocisk, choć jeden, wiedziałby, jak go użyć.
— Przyszło to panu z trudem, wiemy o tym — mówił major O’Mara. Jego głos nie był już ostry, a stalowoszare oczy patrzyły łagodnie, jakby ze współczuciem i chyba z dumą. — Lekarz zazwyczaj nie musi podejmować takich decyzji, dopóki nie będzie starszy, bardziej zrównoważony, dojrzalszy, jeśli w ogóle taki w końcu się staje. Pan jest albo był dzieciakiem przepełnionym idealizmem, w jego nieco kołtuńskiej i obłudnej wersji. Dzieciakiem, który nawet nie wiedział, kim naprawdę jest Kontroler. — O’Mara uśmiechnął się. Jego wielkie, twarde dłonie spoczęły dziwnie po ojcowsku na ramionach Conwaya. — To, co pan zrobił — mówił dalej — mogło zniszczyć zarówno pańską karierę, jak i równowagę psychiczną. Ale nie ma sprawy, nie musi pan się o nic obwiniać. Wszystko jest w porządku.
Conway myślał tępo, że szkoda, iż nie otworzył wówczas przysłony hełmu i nie skończył z tym wszystkim, zanim technicy dotarli do sterowni sztucznego ciążenia i odnieśli jego i Williamsona do O’Mary. Major musi być niespełna rozumu. On, Conway, pogwałcił naczelną zasadę etyczną swego zawodu i zabił istotę obdarzoną intelektem. Absolutnie wszystko było nie w porządku.
— Niech mnie pan posłucha — rzekł poważnie O’Mara. — Chłopcom z łączności udało się odtworzyć obraz sterowni rozbitego statku bezpośrednio przed zderzeniem. Pilotem nie był pański AACL, rozumie pan? Była to istota klasy AMSO, należąca do jednej z roślejszych ras w kosmosie, której przedstawiciele często trzymają w charakterze zwierząt domowych nieinteligentne osobniki klasy AACL. Poza tym na liście chorych Szpitala nie ma istot tej klasy, więc zwierzak, którego pan zabił, był po prostu odpowiednikiem oszalałego ze strachu psa w skafandrze ochronnym. — O’Mara potrząsnął ramionami Conwaya, aż temu się głowa zakołysała. — Czy teraz czuje się pan lepiej?
Conway poczuł, jak wraca weń życie. Skinął głową w milczeniu.
— Może pan iść — powiedział, uśmiechając się, O’Mara — i nadrobić braki snu. Co zaś do rozmowy reorientacyjnej, niestety, nie mam w tej chwili czasu. Niech mi pan o niej kiedyś przypomni, jeśli pańskim zdaniem będzie jeszcze potrzebna…
XI
W ciągu czternastu godzin, które Conway przespał, napływ rannych zmalał do poziomu, z którym można było sobie poradzić. Poza tym nadeszła wiadomość, że wojna się skończyła. Technikom i konserwatorom z Korpusu Kontroli udało się usunąć elementy zniszczone przez rozbity statek i załatać pancerz Szpitala. Gdy w wydrążonym tunelu przywrócono normalne ciśnienie, prace remontowe postępowały Szybko naprzód. Kiedy Conway obudził się i ruszył na poszukiwanie doktora Mannona, stwierdził, że pacjentów przenosi się już do sekcji, które jeszcze kilka godzin wcześniej były ciemną, pozbawioną atmosfery plątaniną żelastwa.
Swojego zwierzchnika odnalazł nieopodal głównego oddziału nagłych wypadków dla klasy FGLI. Mannon pochylał się nad ciężko poparzonym DBLF-em, którego gąsienicowate ciało wręcz ginęło na ogromnym stole przeznaczonym dla Tralthańczyków. Dwa inne gąsienicowce, pod znieczuleniem, leżały na równie olbrzymim łóżku stojącym pod ścianą, a kolejny, lekko się zwijając, na wózku koło drzwi.
— Gdzie pan był, do cholery? — odezwał się Mannon głosem zbyt zmęczonym, by zabrzmiał w nim gniew. Zanim Conway zdołał odpowiedzieć, dodał: — Ach, niech pan już nie mówi. Każdy podbiera personel innym, a stażyści nie mają nic do powiedzenia…
Conway poczuł, że twarz mu czerwienieje. Nagle zawstydził się tego czternastogodzinnego snu, ale miał zbyt mało odwagi, by wyprowadzić Mannona z błędu.
— Mogę w czymś pomóc, doktorze? — zapytał zamiast tego.
— Może pan — odrzekł Mannon, wskazując na pacjentów. — Ale to będzie paskudna robota. Rany kłute i cięte, głębokie. Odłamki metalu w dalszym ciągu w ciele, uszkodzenie narządów jamy brzusznej i ostry krwotok wewnętrzny. Bez hipnotaśmy nie da pan sobie rady. Niech pan po nią idzie i szybko wraca, jasne?
Kilka minut później Conway leżał w gabinecie O’Mary, zapisując sobie taśmę o fizjologii klasy DBLF. Tym razem nie unikał dotknięcia rąk majora.
— Jak się czuje Kontroler Williamson? — zapytał, zdejmując hełm.
— Wyżyje — odparł sucho O’Mara. — Sam Diagnostyk składał mu gnaty. Nie ma prawa umrzeć…
Conway wrócił do Mannona jak mógł najprędzej. Doświadczał już charakterystycznego rozdwojenia jaźni i wysiłkiem woli opanowywał potrzebę pełzania na brzuchu, wiedział więc, że zapis się przyjął. Podobni do gąsienic mieszkańcy Kelgii bardzo przypominali Ziemian zarówno pod względem metabolizmu, jak i usposobienia, toteż zamęt w jego głowie był mniejszy niż w przypadku taśmy rasy Telfi. Niemniej osiągnął zbliżenie z istotami, które leczył, zbliżenie, które w istocie sprawiało mu ból.
Pojęcie broni, pocisku i celu jest bardzo proste — trzeba tylko wycelować, nacisnąć spust, a cel jest już martwy lub obezwładniony. Pocisk nie myśli w ogóle, celujący nie myśli tyle, ile trzeba, cel zaś… cierpi.
Conway widział ostatnio zbyt wiele obezwładnionych celów i kawałków metalu, które wryły się w nie głęboko, zostawiając w poszarpanym ciele czerwone kratery, potrzaskanych kości i rozerwanych naczyń krwionośnych. Potem jeszcze zostawał długi, bolesny proces rekonwalescencji. Ktokolwiek sieje takie zniszczenie wśród myślących i czujących istot, zasługuje na coś boleśniejszego niż psychiatria korekcyjna O’Mary.
Kilka dni wcześniej Conway wstydziłby się takich myśli, a i teraz czuł się trochę zażenowany. Zastanawiał się, czy niedawne wydarzenia zapoczątkowały upadek moralny, czy po prostu zaczynał być dorosły.
Pięć godzin później było już po wszystkim. Mannon polecił pielęgniarce obserwować czwórkę pacjentów, ale najpierw kazał jej przynieść coś do zjedzenia. Dziewczyna wróciła po paru minutach z wielką paczką kanapek, a także z wieścią, że ich stołówkę zamieniono w sypialnie męską dla tralthańskich lekarzy. Wkrótce potem Mannon zasnął w połowie drugiej kanapki. Conway załadował go na transporter i zawiózł do pokoju. Po drodze trafił na tralthańskiego Diagnostyka, który kazał mu pójść na oddział urazowy klasy DBDG.
Tym razem Conway zajmował się pacjentami własnej rasy, a jego dojrzewanie czy może upadek moralny pogłębiały się. Zaczynał myśleć, że Korpus Kontroli jest cholernie łagodny wobec niektórych osobników.
Trzy tygodnie później Szpital Kosmiczny pracował już normalnie. Wszyscy pacjenci, poza najciężej rannymi, zostali przetransportowani do szpitali planetarnych. Uszkodzenia spowodowane uderzeniem statku naprawiono. Tralthańczycy opuścili stołówkę i Conway nie musiał już porywać jedzenia w locie ze stolików do narzędzi. O ile jednak w przypadku całego Szpitala sprawy wróciły do normy, o tyle z Conwayem wszystko miało się inaczej.
Całkowicie zwolniono go z obowiązków na oddziale i przeniesiono do grupy złożonej zarówno z ludzi, jak i z nieziemców, których większość zajmowała wyższe stanowiska niż on. Wszyscy zostali poddani przeszkoleniu w zakresie ratownictwa kosmicznego. Niektóre problemy związane z wyciąganiem rozbitków ze zniszczonych statków, a szczególnie tych, na których działały jeszcze źródła energii, były dla Conwaya kompletnym zaskoczeniem. Przeszkolenie zakończyło się ciekawym, aczkolwiek nieco karkołomnym egzaminem praktycznym, który udało mu się zdać, po czym nastąpił bardziej umysłowy kurs filozofii porównawczej nieziemców. Jednocześnie trwało szkolenie z zakresu skażeń: co zrobić, gdy nastąpi przeciek na oddziale metanodysznych, a temperatura może podnieść się powyżej minus stu czterdziestu stopni; co zrobić w wypadku istoty chlorodysznej wystawionej na działanie tlenu lub istoty wyposażonej w skrzela na działanie powietrza i odwrotnie. Conway aż wzdrygał się na myśl o tym, że niektórzy z jego towarzyszy mogliby przećwiczyć na nim sztuczne oddychanie — część z nich bowiem ważyła po pół tony! — ale szczęśliwie na końcu tego szkolenia egzaminu praktycznego nie było.