Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]
- Автор: Миллер-младший Уолтер Майкл
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7150-383-2
- Переводчик: Adam Szymanowski
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce ukaże się też napisana przez Millera po trzydziestu latach kontynuacja tej powieści.
— Nie mogę pozbyć się uczucia, że gdzieś już go widziałem.
— Nie tutaj, bracie. Nie w moich czasach.
W adwencie Franciszek zachorował i minęło kilka miesięcy, zanim znowu odwiedził stolarnię.
— Twarz jest prawie skończona, Franciszku — oznajmił rzeźbiarz. — Jak ci się teraz podoba?
— Ja go znam! — wykrzyknął Franciszek, wpatrując się w wesołe, a jednocześnie jakby smutne, przymrużone oczy, w cień krzywego uśmiechu w kąciku ust… w jakiś sposób prawie aż nazbyt swojski.
— Znasz? Więc kto to? — zdumiał się Fingo.
— To… no, nie jestem pewien. Chyba go znam. Ale… Fingo roześmiał się.
— Po prostu rozpoznajesz swoje własne rysunki — podsunął wyjaśnienie.
Franciszek nie był tego zbytnio pewny. Nadal jednak nie potrafił umiejscowić twarzy.
Hmm… hnn… — zdawał się mówić krzywy uśmiech.
Opat uznał jednak ten uśmiech za irytujący. Pozwolił na dokończenie dzieła, ale oznajmił, że nigdy nie dopuści do tego, by służyło do celu, do jakiego zostało zaplanowane, to znaczy jako wizerunek, który umieszczono by w kościele, gdyby doszło kiedyś do kanonizacji błogosławionego. Wiele lat później, kiedy cały posąg był już skończony, Arkos najpierw rozkazał ustawić go w korytarzu domu gościnnego, a później przenieść do własnego gabinetu, kiedy okazało się, że gorszył gości z Nowego Rzymu.
Powoli i z wielkim mozołem brat Franciszek przeobrażał skórę jagnięcą w pełne blasku piękno. Pogłoska o jego trudzie wydostała się poza skryptorium i mnisi często gromadzili się wokół jego stołu, by przyglądać się pracy i wydawać pomruki wyrażające podziw.
— Natchnienie — szepnął któryś z nich. — To wyraźny dowód. Jednak mógł być błogosławionym ten, którego spotkał…
— Nie pojmuję, dlaczego nie zajmiesz się czymś pożytecznym — burknął brat Jeris, którego zasób szyderstw wyczerpał się po wielu latach wysłuchiwania cierpliwych odpowiedzi brata Franciszka. Ten sceptyk własny wolny czas zużywał na wykonywanie i ozdabianie zrobionych z woskowanego papieru abażurów na lampy w kościele i w ten sposób ściągał na siebie uwagę opata, który rychło powierzył jego pieczy sprawę bylin. Już wkrótce księgi rachunkowe pokazały, że awans brata Jerisa był całkowicie uzasadniony.
Brat Horner, stary mistrz kopista, zachorował. Po paru tygodniach stało się rzeczą oczywistą, że umiłowany przez wszystkich mnich spoczywa na łożu śmierci. Nabożeństwo pogrzebowe odśpiewano na początku adwentu. Szczątki świątobliwego kopisty powierzono ziemi, z której powstały. W okresie kiedy wspólnota wyrażała swoją żałobę, wznosząc modły, Arkos mianował brata Jerisa przełożonym kopistów.
W dzień po swojej nominacji brat Jeris oznajmił bratu Franciszkowi, że uznał za rzecz dlań właściwą, by odłożył na bok swoje dziecinady i przystąpił do pracy godnej człowieka dorosłego. Mnich posłusznie zawinął cenne dzieło w pergamin, zabezpieczył je ciężkimi deseczkami, odłożył na półkę i przystąpił w wolnym czasie do wykonywania abażurów z woskowanego papieru. Z jego ust nie dobyło się ani słowo protestu, zadowoli) się świadomością, że pewnego dnia dusza umiłowanego brata Jerisa oddali się tą samą drogą, co dusza brata Homera, by rozpocząć owo życie, wobec którego nasz świat jest tylko krótkim popasem; a być może rozpocznie je w dosyć wczesnym wieku, jeśli sądzić po tym, do jakiego stopnia spalał się swoimi wybuchami wściekłości i harówką; a potem, jeśli Bóg pozwoli, może Franciszkowi wolno będzie dokończyć swój ukochany dokument.
Jednak opatrzność wcześniej wzięła sprawę w swoje ręce, nie powołując zgoła duszy brata Jerisa do Stwórcy. Podczas lata, które nastąpiło po mianowaniu go przełożonym kopistów, z Nowego Rzymu przybył do opactwa, wraz ze świtą duchownych na osiotkach, sam protonotariusz apostolski. Przedstawił się jako monsinior Malfreddo Aguerra, postulator sprawy błogosławionego Leibowitza w procesie kanonizacyjnym. Wraz z nim zjawiła się gromadka dominikanów. Ma być świadkiem przy otwieraniu schronu i badaniu hermetycznego pomieszczenia. A także, by przestudiować wszelkie dowody, które opactwo może przedstawić, a które mogą mieć znaczenie dla sprawy, włącznie — ku konsternacji opata — ze sprawozdaniem z domniemanej wizji błogosławionego, jakiej doznał — tak w każdym razie utrzymują podróżni — niejaki brat Franciszek Gerard z Utah, AOL.
Adwokat świętego został gorąco powitany przez mnichów, zakwaterowano go w apartamentach zarezerwowanych dla odwiedzających opactwo prałatów, przydzielono mu do obsługi sześciu pełnych zapału nowicjuszy, których uprzedzono, że mają być gotowi na każde jego skinienie; lecz okazało się później, iż monsinior Aguerra jest człowiekiem mało wymagającym — ku rozczarowaniu niedoszłych sług. Otworzono najlepsze wina. Aguerra wypił uprzejmie łyczek, ale wolał mleko. Brat łowczy schwycił w sidła pulchną przepiórkę i kogutki chaparral na stół gościa, ale dowiedziawszy się o obyczajach pokarmowych tego drobiu żyjącego w gęstych zaroślach („Kukurydza, bracie? — Nie, węże, Messer”), monsinior Aguerra wolał spożyć wraz z mnichami owsiankę w refektarzu. Gdyby tylko zechciał zaczerpnąć informacji o trudnych do identyfikacji kawałkach mięsa w zupie, wolałby z pewnością doprawdy soczystego kogutka chaparral. Malfreddo Aguerra nalegał na to, żeby życie w opactwie biegło jak zawsze. Ale mimo to advocatus był podczas każdej wieczornej rekreacji zabawiany przez skrzypków i oddział błaznów, aż doszedł do przekonania, że „życie jak zawsze” w opactwie musi być niezwykle przyjemne, jak na monastyczną wspólnotę.
Trzeciego dnia wizyty Aguerry opat wezwał Franciszka. Stosunki między mnichem a jego zwierzchnikiem trudno byłoby uznać wprawdzie za bliskie, ale stały się na zewnątrz przyjazne od czasu, kiedy opat pozwolił nowicjuszowi złożyć śluby, więc brat Franciszek nawet nie drżał, stukając do gabinetu opata i pytając:
— Czy wzywałeś mnie, wielebny ojcze?
— Tak — oznajmił Arkos i dodał gładko: — Powiedz no mi, czy myślałeś kiedykolwiek o śmierci?
— Często, panie mój i opacie.
— Czy modliłeś się do świętego Józefa o dobrą śmierć?
— Eee… często, wielebny ojcze.
— Przypuszczam zatem, że nie zależy ci na tym, by nagle na ciebie spadła? By ktoś użył twoich kiszek jako strun do skrzypiec, By rzucono cię psom na pożarcie? By twoje kości pogrzebano w nie poświęconej ziemi? Co?
— Nnnie, magister meus.
— Tak też pomyślałem. Masz więc zachować wielką ostrożność w tym, co powiesz monsiniorowi Aguerrze.
— Ja…?
— Ty. — Arkos potarł policzek i zrobił minę, jakby pogrążył się w pełnych trosk spekulacjach. — Widzę to aż za dobrze. Sprawa Leibowitza odłożona na półkę. Biedny brat powalony przez spadającą cegłę. Leży i jęczy, błagając o rozgrzeszenie. Zważ tylko, że odbywa się to w przytomności nas wszystkich. My zaś stoimy i patrzymy w dół z litością… to znaczy ci, którzy są księżmi… patrzymy, jak wydaje ostatnie chrapliwe tchnienie, nawet nie udzielając chłopakowi ostatniego błogosławieństwa, Do piekła. Bez błogosławieństwa. Bez rozgrzeszenia. Na naszych oczach. Szkoda byłoby, co?
— Panie mój? — zaskomlał Franciszek.
— Och, nie miej do mnie żalu. Zbyt jestem zaprzątnięty tym, by powstrzymywać twoich braci, którzy najchętniej skopaliby ci? na śmierć.
— Kiedy?
— Miejmy nadzieję, że nigdy. Ponieważ zachowasz ostrożność, prawda…? w tym wszystkim, co powiesz monsiniorowi, W przeciwnym razie być może pozwolę, żeby skopali cię na śmierć.