Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]
- Автор: Миллер-младший Уолтер Майкл
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7150-383-2
- Переводчик: Adam Szymanowski
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce ukaże się też napisana przez Millera po trzydziestu latach kontynuacja tej powieści.
— Tak, ale…
— Postulator pragnie natychmiast cię ujrzeć. Proszę cię, byś opanował nieco swoją imaginację i okazywał pewność w tym, co powiadasz. Błagam, staraj się nie myśleć!
— Myślę, że mi się uda.
— Precz z moich oczu.
Franciszek czuł lęk, kiedy po raz pierwszy stukał do drzwi Aguerry, ale szybko zobaczył, że lęk nie miał żadnych podstaw. Protonotariusz był łagodnym i taktownym mężczyzną w starszym wieku, robiącym wrażenie, jakby wyjątkowo interesował się nieważnym życiem mnicha.
Po kilku minutach wstępnych uprzejmości podjął śliski temat:
— A teraz porozmawiajmy o twoim spotkaniu z osobą, która mogła być błogosławionym założycielem…
— Och, przecież ja nigdy nie powiedziałem, że był to nasz błogosławiony Leibo…
— Oczywiście, mój synu. Oczywiście nie uczyniłeś tego. Otóż mam tutaj sprawozdanie z tego wydarzenia. Sporządzone zostało naturalnie wyłącznie na podstawie pogłosek i chciałbym, byś je przeczytał, a następnie albo je potwierdził, albo poprawił. — Przerwał, żeby wydobyć zwój ze swojego kuferka. Podał go bratu Franciszkowi. — Ta wersja oparta jest na opowieściach podróżnych — dodał. — Tylko ty możesz opisać, co się zdarzyło, i to z pierwszej ręki, tak więc pragnę, byś przejrzał to z jak największą skrupulatnością.
— Z pewnością, messer. Ale to, co się stało, było naprawdę zupełnie zwyczajne…
— Czytaj, czytaj, proszę. Potem porozmawiamy, dobrze?
Grubość zwoju wskazywała, że w świetle pogłosek wszystko nie było zgoła „naprawdę zupełnie zwyczajne”. Brat Franciszek czytał ze wzrastającym lękiem. Lęk bardzo szybko przybrał wymiar przerażenia.
— Jesteś blady jak ściana, synu — rzekł postulator. — Czy coś budzi twoje zaniepokojenie?
— Messer, to… ani trochę nie było tak.
— Doprawdy? Ale przynajmniej pośrednio jesteś wszak autorem. Jakżeby inaczej? Byłeś jedynym świadkiem.
Brat Franciszek zamknął oczy i potarł czoło. Powiedział czystą prawdę swoim kolegom nowicjuszom. Koledzy nowicjusze szeptali między sobą. Opowiedzieli całą historię podróżnym. Podróżni opowiedzieli ją innym podróżnym. I wreszcie pojawiło się to coś! Trudno się dziwić, że opat Arkos zakazał dyskusji. Gdybyż nigdy nie wspomniał o pielgrzymie!
— Powiedział do mnie ledwie parę słów. Widziałem go tylko raz. Gonił za mną z kijem, pytał o drogę do opactwa i zrobił znaki na skale w miejscu, gdzie znalazłem kryptę. Potem już nigdy go nie widziałem.
— Żadnej aureoli?
— Nie, messer.
— Żadnych chórów anielskich?
— Nie!
— A co z krzewami róż, które wyrastały w miejscach, gdzie stanęła jego stopa?
— Nie! Nie! Niczego w tym rodzaju nie było, messer — zachłysnął się mnich.
— Nie napisał swojego imienia na skale?
— Bóg mi świadkiem, messer, że zrobił tylko te dwa znaki. Nie miałem pojęcia, co oznaczają.
— No dobrze — westchnął postulator. — Historie, które snują podróżni, są zawsze przesadzone. Ale zastanawiam się, jak się to wszystko zaczęło. Może więc byłoby dobrze, byś powiedział mi teraz, co zdarzyło się naprawdę.
Brat Franciszek przedstawił swoje zwięzłe sprawozdanie. Aguerra posmutniał. Po chwili zamyślenia wziął gruby zwój, poklepał go na pożegnanie i cisnął do kosza na śmieci.
— W ten sposób przepadł cud numer siedem. Franciszek pospieszył z usprawiedliwieniami. Advocatus gestem ręki odsunął je na bok.
— Przestań o tym myśleć. Mamy całkiem wystarczającą liczbę dowodów. Zgromadziliśmy liczne samoistne uzdrowienia — liczne przypadki natychmiastowego powrotu do zdrowia dzięki orędownictwu błogosławionego. Są w istocie swej proste i dobrze udokumentowane. Na takich właśnie przypadkach buduje się procesy kanonizacyjne. Oczywiście nie ma w nich całej tej poezji, jaka zawiera się w tej opowieści, ale prawie się cieszę, że okazała się zupełnie bezpodstawna… cieszę się ze względu na ciebie. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że advocatus diaboli byłby cię zamęczył?
— Nigdy nie powiedziałem niczego w rodzaju…
— Rozumiem, rozumiem! Wszystko zaczęło się od schronu. Przy okazji powiem ci, że otworzyliśmy go dzisiaj na nowo.
Twarz Franciszka rozjaśniła się.
— Czy… czy znalazłeś coś jeszcze, co wiązałoby się ze świętym Leibowitzem?
— Proszę cię, z błogosławionym Leibowitzem! — poprawił go monsinior. — Nie, na razie nie. Otworzyliśmy wewnętrzne pomieszczenie. Demon czasu pozostawił je nietknięte. W środku piętnaście szkieletów i mnóstwo fascynujących wytworów rąk ludzkich. Widocznie kobieta — bo to była kobieta — której szczątki znalazłeś, została wpuszczona do zewnętrznego pomieszczenia, ale pomieszczenie wewnętrzne było już zatłoczone. Być może zapewniłoby jej w pewnym stopniu ochronę, gdyby nie runęła ściana. Ci biedacy w środku zostali uwięzieni przez głazy, które zablokowały wyjście. Bóg jeden wie, dlaczego drzwi nie zaprojektowano tak, by otwierały się do środka.
— Czy kobietą w przedsionku była Emily Leibowitz?
Aguerra uśmiechnął się.
— Czyż możemy tego dowieść? Jeszcze nie wiem. Wydaje mi się, że to była ona, tak wydaje mi się… ale być może pozwalam, by nadzieja wzięła górę nad rozumem. Zobaczymy, co jeszcze zdołamy odkryć, zobaczymy. Druga strona też dysponuje swoim świadkiem. Nie mam prawa wyciągać pochopnych wniosków.
Pomimo rozczarowania, jakie przyniosło sprawozdanie Franciszka ze spotkania z pielgrzymem, Aguerra zachowywał się nadal przyjaźnie. Spędził dziesięć dni przy wykopaliskach, zanim wyruszył w drogę powrotną do Nowego Rzymu, i zostawił dwóch swoich asystentów, by nadzorowali dalsze prace. W dniu wyjazdu odwiedził w skryptorium brata Franciszka.
— Powiedzieli mi, że pracujesz nad dokumentem mającym upamiętnić relikwie, które znalazłeś — rzekł postulator. — Sądząc z opisu, jaki mi podano, wydaje mi się, że bardzo chciałbym go zobaczyć.
Mnich zapewnił, że to naprawdę drobnostka, ale ruszył po dokument z takim zapałem, że dłonie mu drżały, kiedy odpakowywał jagnięcą skórę. Z radością zauważył, że brat Jeris też wszystko widzi i marszczy nerwowo brwi.
Monsinior przyglądał się dziełu przez dłuższą chwilę.
— Piękne! — wykrzyknął wreszcie. — Cóż za olśniewające barwy! Jest wspaniałe, wspaniałe! Pracuj nad nim, bracie, pracuj koniecznie.
Brat Franciszek spojrzał na brata Jerisa i uśmiechnął się pytająco.
Przełożony kopistów odwrócił się czym prędzej w drugą stronę. Kark mu poczerwieniał. Następnego dnia Franciszek rozpakował swoje gęsie pióra, barwniki i płatki złota i podjął pracę przy iluminowanym wykresie.
9
Kilka miesięcy po wyjeździe monsiniora Aguerry przybył z Nowego Rzymu do opactwa drugi orszak osłów wraz z kontyngentem duchownych i zbrojnych, którzy mieli stanowić ochron? przed rozbójnikami, zmutowanymi maniakami i rzekomymi smokami. Tym razem na czele ekspedycji stał monsinior z małymi różkami i szpiczastymi zębami, który oznajmił, że obarczono go obowiązkiem przeciwstawienia się kanonizacji błogosławionego Leibowitza i że przybył, żeby zbadać — a być może także ustalić, kto jest za wszystko odpowiedzialny, jak napomknął — pewne niewiarygodne i histeryczne pogłoski, które przeniknęły z opactwa i, niestety, dotarły nawet do bram Nowego Rzymu. Dał jasno do zrozumienia, że nie będzie tolerował żadnych romantycznych niedorzeczności, jak to czynili, być może, goście, którzy odwiedzili opactwo poprzednio.