Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]
- Автор: Миллер-младший Уолтер Майкл
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7150-383-2
- Переводчик: Adam Szymanowski
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce ukaże się też napisana przez Millera po trzydziestu latach kontynuacja tej powieści.
Brat Franciszek potrząsnął głową. Być może mniej niż inni zdawał sobie sprawę z tego, jak zareagowano na najwyższym szczeblu na jego odkrycie. Zobaczył, że posłaniec nosi biały habit dominikanów i poczuł się nieswojo, rozmyślając o naturze sądu, w jakim ów zakonnik zabierał głos. Na wybrzeżu Pacyfiku nie było inkwizycji przeciwko katarom, ale nie mógł sobie wyobrazić, dlaczego ten właśnie sąd mógł zainteresować się relikwiami Błogosławionego. Ecce inquisitor curiae — mówiła notatka. Prawdopodobnie opat miał na myśli prowadzącego śledztwo. Dominikanin robił wrażenie człowieka o raczej pogodnym charakterze i nie miał przy sobie żadnego dostrzegalnego narzędzia tortur.
— Spodziewamy się, że sprawa kanonizacji waszego założyciela wkrótce zostanie na nowo otwarta — wyjaśnił posłaniec. — Opat Arkos jest bardzo mądrym i ostrożnym człowiekiem. — Zachichotał. — Odsyłając wykopaliska innemu zakonowi do zbadania i plombując schron, zanim został do końca zbadany… No, chyba rozumiesz, co mam na myśli?
— Nie, ojcze. Przypuszczałem, że uznał całą rzecz za zbyt banalną, żeby tracić na nią czas.
Predykant roześmiał się.
— Banalną? Nie sądzę. Ale jeśli wasz zakon wydobywa skądś dowody, relikwie, cuda i co tam jeszcze, trybunał musi zastanowić się nad źródłem. Każda wspólnota zakonna chętnie przyjęłaby kanonizację swojego założyciela. Tak więc opat bardzo mądrze powiedział wam: „Ręce precz od schronu”. Jestem pewny, że wszyscy poczuliście się zawiedzeni, ale dla sprawy waszego założyciela lepiej będzie, jeśli schron zostanie zbadany w obecności innych świadków.
— Czy otworzysz go znowu? — spytał z zapałem Franciszek.
— Nie, nie ja. Ale kiedy trybunał będzie już gotowy, przyśle obserwatorów. Wówczas wszystko, co zostanie znalezione w schronie i co mogłoby wpłynąć na sprawę, zostanie zabezpieczone, na wypadek gdyby opozycja próbowała podważyć autentyczność wykopalisk. Oczywiście jedynym powodem podejrzeń, że zawartość schronu może wpłynąć na sprawę jest… cóż, są rzeczy, które znalazłeś.
— Czy mogę spytać, ojcze, w czym rzecz?
— Sedno sprawy tkwi w tym, że w czasach beatyfikacji wystąpiły kłopoty z młodością błogosławionego Leibowitza, zanim został mnichem i kapłanem. Adwokat strony przeciwnej próbował sączyć zwątpienie, jeśli chodzi o ten wczesny okres, sprzed Potopu. Stara się dowieść, że Leibowitz nigdy nie przeprowadził należytych poszukiwań, że jego żona mogła żyć w czasie, kiedy był wyświęcany. Oczywiście nie byłoby to po raz pierwszy, czasem udziela się dyspensy, ale to nie ma nic do rzeczy. Advocatus diaboli[21] po prostu próbował rzucić cień na charakter waszego założyciela. Sugerował, że błogosławiony Leibowitz przyjął święcenia i złożył śluby, zanim upewnił się, czy nie ma już zobowiązań wobec rodziny. To się nie udało, ale mogą próbować znowu. A jeśli te ludzkie szczątki, które znalazłeś, rzeczywiście są… — Wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
Franciszek skinął głową.
— To pozwoliłoby ustalić datę jej śmierci.
— …Na sam początek wojny, która zniszczyła prawie wszystko. I moim zdaniem… no tak, to pismo na skrzynce albo jest pismem błogosławionego, albo zostało bardzo umiejętnie podrobione.
Franciszek zarumienił się.
— Nie sugeruję, że byłeś w jakikolwiek sposób zamieszany w plany podrobienia pisma — dodał czym prędzej dominikanin, kiedy dostrzegł rumieniec.
Chodziło jednak o to, że nowicjusz przypomniał tylko sobie własny pogląd na temat bazgrołów.
— Powiedz mi, jak to się stało? To znaczy, skąd wiedziałeś, gdzie szukać? Potrzebny mi będzie kompletny opis wydarzenia.
— Wszystko zaczęło się od wilków. Dominikanin zaczął notować.
Kilka dni po wyjeździe posłańca opat Arkos wezwał brata Franciszka.
— Czy nadal czujesz, że masz powołanie do naszego zakonu? — spytał życzliwie.
— Jeśli, panie mój, wybaczysz mi moją ohydną próżność…
— Och, zostawmy na moment twoją ohydną próżność. Tak czy nie?
— Tak, magister meus.
Opat rozpromienił się.
— Otóż teraz, mój synu, my też doszliśmy do tego przekonania. Jeśli jesteś gotowy poświęcić się na resztę życia, myślę, że dojrzał czas, byś złożył uroczyste śluby. — Przerwał na moment, przyglądając się nowicjuszowi, i robił wrażenie zdziwionego, że nie dostrzegł na jego twarzy żadnej zmiany wyrazu. — O co chodzi? Czy nie ucieszyłeś się, żeś to usłyszał? Czy nie jesteś…? Hejże! O co chodzi?
Twarz Franciszka była przez cały czas maską wyrażającą uprzejme skupienie, ale ta maska stopniowo zaczęła tracić kolor. Nagle kolana ugięły się pod młodzieńcem.
Franciszek zemdlał.
Dwa tygodnie później, po ustanowieniu zapewne rekordu świata w głodowaniu na pustyni, opuścił szeregi nowicjatu i złożywszy śluby wiecznego ubóstwa, czystości, posłuszeństwa, wraz z pewnymi szczególnymi przyrzeczeniami właściwymi tej wspólnocie, otrzymał błogosławieństwo oraz tobołek i na zawsze został mnichem albertyńskiego zakonu Leibowitza, przykutym łańcuchami, które sam wykuł, do stóp krzyża i reguły zakonnej. Trzykroć zadano mu zgodnie z rytuałem pytanie:
— Jeśli Bóg powoła cię, byś został Jego tropicielem ksiąg, czy gotów będziesz umrzeć raczej, niźli zdradzić swoich braci? I trzykroć Franciszek odpowiedział:
— Zawsze!
— Wstań więc, bracie tropicielu ksiąg i bracie memorysto, i przyjmij pocałunek braterstwa. Ecce quam bonum, et quam jucundum,…[22]
Brat Franciszek został zwolniony z kuchni i przeniesiony do bardziej umysłowych zajęć. Zaczął terminować u kopisty, starego mnicha imieniem Horner, i jeśli wszystko się dla niego ułoży pomyślnie, miał spore szansę spędzić życie w skryptorium, gdzie będzie mógł resztę swoich dni poświęcić takim trudom, jak ręczne kopiowanie tekstów algebraicznych i iluminowanie ich stronic liśćmi oliwnymi, a także malować roześmiane cherubiny na marginesach tablic logarytmicznych.
Brat Horner był łagodnym starcem i brat Franciszek polubi) go od samego początku.
— Większości z nas lepiej idzie praca nad wyznaczoną kopią — oznajmił Horner — jeśli ma także własny zamysł. Kopistów przeważnie pochłania jakaś szczególna praca przy memorabiliach i lubią spędzać trochę czasu przy tym zajęciu. Na przykład brat Sari, o tamten… guzdrał się ze swoją robotą i popełniał błędy. Tak więc pozwoliliśmy mu spędzać godzinę dziennie nad zadaniem, które sam sobie wybrał. Kiedy praca staje się już tak nudna, że zaczyna popełniać błędy w kopiowaniu, może ją na chwilę odłożyć i zająć się urzeczywistnianiem swojego zamysłu. Wszystkim pozwalam na to samo. Jeśli skończysz wyznaczoną ci pracę, zanim zapadnie zmierzch, a nie będziesz miał własnego zamysłu, dodatkowy czas spędzisz przy naszych bylinach.
— Przy bylinach?
— Tak, i wcale nie mam na myśli roślin. Istnieje trwały popyt całego duchowieństwa na rozmaite książki, mszały, Pismo Święte, brewiarze, Summę, encyklopedie i temu podobne. Całkiem sporo ich sprzedajemy. Tak więc jeśli nie masz jakiegoś umiłowanego zajęcia, będziemy zasadzać cię do bylin, kiedy tylko wcześniej skończysz swoją pracę. Masz mnóstwo czasu, żeby podjąć decyzję.
21
„Adwokat diabła” — w procesach beatyfikacyjnych żartobliwe określenie promotora wiary, podważającego argumenty strony ubiegającej się o beatyfikację kandydata (przyp. red.).
22
Oto, jak dobrym i jak przyjemnym…