Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]
- Автор: Миллер-младший Уолтер Майкл
- Год: 1998
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7150-383-2
- Переводчик: Adam Szymanowski
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Kantyk dla Leibowitza [A Canticle for Leibowitz - pl]». Краткое содержание книги:
Wkrótce ukaże się też napisana przez Millera po trzydziestu latach kontynuacja tej powieści.
— Jaki zamysł wybrał sobie brat Sari?
Wiekowy nadzorca przez chwilę milczał.
— Rzecz w tym, że nawet ja nie wiem, czy to pojmiesz. Ja w każdym razie nie pojmuję. Zdaje się, że on znalazł metodę odtwarzania brakujących słów i zdań w przypadku niektórych fragmentów tekstów przechowywanych w memorabiliach. Przypuśćmy, że lewa strona na pół spalonej księgi jest czytelna, ale spłonął prawy brzeg każdej karty i na końcu każdej linijki brakuje paru słów. Opracował matematyczną metodę znajdywania brakujących słów. Nie jest całkowicie niezawodna, lecz do pewnego stopnia sprawdza się. Udało mu się odtworzyć cztery pełne stronice, odkąd się do tego zabrał.
Franciszek obrzucił spojrzeniem brata Sarla, który był prawie ślepym osiemdziesięciolatkiem.
— Ile czasu mu to zajęło? — spytał.
— Jakieś czterdzieści lat — oznajmił brat Horner. — Oczywiście spędzał nad tym zaledwie pięć godzin na tydzień, a ta praca wymaga żmudnych obliczeń.
Franciszek pokiwał w zamyśleniu głową.
— Jeśli można odtworzyć jedną stronę na dziesięć lat, może po paru wiekach…
— Nawet szybciej — zarechotał brat Sari, nie odrywając wzroku od swojej pracy. — Im więcej miejsc wypełnisz, tym szybciej idzie reszta. Następną stronicę zrobię za jakieś dwa lata. Potem, jeśli Bóg zechce, być może… — Jego głos ścichł, przechodząc w mamrotanie. Franciszek zauważył, że brat Sari często przy pracy mówi sam do siebie.
— Zrobisz, jak zechcesz — oznajmił brat Horner. — Zawsze możemy wykorzystać cię do pracy przy bylinach, ale jeśli tylko zechcesz, zajmiesz się jakimś własnym zamysłem.
Niespodziewanie w umyśle brata Franciszka zabłysła pewna myśl.
— Czy mógłbym swój czas spożytkować — wyskoczył z pomysłem — na skopiowanie odbitki Leibowitza, którą znalazłem? Brat Horner zrobił minę, jakby nagle się przestraszył.
— No cóż, nie wiem, mój synu. Nasz pan opat jest hmm… odrobinę wyczulony na tę sprawę. I być może tego dokumentu nie ma w memorabiliach. Znajduje się obecnie w dokumentacji bieżącej.
— Ale wiesz, bracie, że odbitki płowieją. A była bardzo narażona na działanie światła. Dominikanie tak długo przetrzymywali ją w Nowym Rzymie…
— No cóż, przypuszczam, że ten zamysł nie zająłby ci zbyt wiele czasu. Jeśli tylko ojciec Arkos nie będzie miał zastrzeżeń, aczkolwiek… — Potrząsnął z powątpiewaniem głową.
— Może powinienem włączyć go do większej całości — zaproponował czym prędzej Franciszek. — Mamy bardzo mato kopii odbitek, a są one już tak stare, że się rozsypują. Jeśli wykonałbym kilka duplikatów… to znaczy z tamtych…
Horner uśmiechnął się krzywo.
— Chcesz powiedzieć, że gdyby włączyło się odbitkę Leibowitza do całego zestawu, mógłbyś uniknąć wykrycia.
Franciszek zarumienił się.
— Ojciec Arkos nie zwróciłby nawet uwagi, co?, jeśliby je przeglądał.
Franciszek najchętniej zapadłby się pod ziemię.
— No dobrze — rzekł Horner, mrugając lekko oczyma. — Możesz wykorzystać wolny czas na kopiowanie kopii odbitek, które są w bardzo złym stanie. Jeśli coś się między nie zapłacze, spróbuję tego nie zauważyć.
Brat Franciszek wiele miesięcy swojego wolnego czasu spędził na przerysowywaniu kilku spośród najstarszych odbitek i memorabiliów, zanim ważył się dotknąć odbitki Leibowitza. Jeśli w ogóle stare rysunki warte są ratowania, trzeba je co wiek albo dwa wieki kopiować na nowo. Nie tylko oryginalne kopie blakły, ale również przerysowane wersje stawały się po jakimś czasie prawie nieczytelne wskutek nietrwałości inkaustów. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego starożytni używali białych linii i liter na czarnym tle, nie zaś odwrotnie. Kiedy z grubsza naszkicował rysunek węglem, odwracając tym samym barwy, surowy szkic wydał mu się bardziej realistyczny niż biały na czarnym, a przecież starożytni byli bez żadnego porównania mądrzejsi niż Franciszek. Jeśli zadawali sobie trud, żeby położyć inkaust tam, gdzie zwykle byłby czysty papier, a pozostawiali pasemka bieli tam, gdzie w zwykłym rysunku powinna ukazać się kreska wykonana inkaustem, musieli mieć jakieś swoje powody. Franciszek skopiował dokumenty tak, by jak najmniej odbiegały od oryginału… nawet jeśli praca pokrywania niebieskim inkaustem miejsc wokół cienkich białych liter była szczególnie nudna i powodowała wielkie marnotrawstwo inkaustu, co wywoływało pomruki brata Homera.
Skopiował starą odbitkę z planami architektonicznymi, następnie projekt części jakiejś maszyny, której geometria była widoczna, ale zastosowanie trudne do określenia. Przerysował magiczną abstrakcję zatytułowaną STOJAN WNDG MÓD 73-A3-PH 6-P 1800-RPM 5-HP CL-A KLATKA WIEWIÓRKI-WIRNIKA, chociaż było to całkowicie niezrozumiałe i bynajmniej nie nadawało się do uwięzienia wiewiórki. Starożytni byli często bardzo subtelni; może potrzebny był specjalny zestaw zwierciadeł, żeby zobaczyć wiewiórkę. Ale przerysował wszystko sumiennie.
Dopiero kiedy opat, który czasami wpadał do skryptorium, zobaczył go co najmniej trzykrotnie przy pracy nad inną odbitką (dwukrotnie przystanął, żeby rzucić okiem na pracę Franciszka), zebrał się na odwagę i zapuścił między memorabilia w poszukiwaniu odbitki Leibowitza, a było to prawie rok po tym, jak przystąpił w wolnym czasie do pracy nad swoim zamysłem.
Oryginalny dokument poddano już pewnej liczbie rekonstrukcyjnych zabiegów. Jeśli pominąć to, że znajdowało się na nim nazwisko błogosławionego, był ku rozczarowaniu Franciszka podobny do większości tych, które przerysowywał.
Odbitka Leibowitza była kolejną abstrakcją, nie przypominała niczego, a już najmniej dzieło rozumu. Przyglądał się jej tak długo, że nawet kiedy zamknął oczy, widział całą tę zdumiewającą gmatwaninę, ale nie rozumiał ani trochę więcej niż poprzednio. Robiło to po prostu wrażenie siatki kresek łączących układankę jakichś pryszczy, zwojów, talarków, płytek i niepojętych dziwolągów. Linie były przeważnie pionowe albo poziome i krzyżowały się albo ze znaczkiem wskazującym na przeskakiwanie, albo z kropką. Zakręcały pod kątem prostym, żeby ominąć jakiś pryszcz, i nigdy nie urywały się w pustej przestrzeni, ale zawsze kończyły się na zwoju, talarku, płytce lub niepojętym dziwolągu. Było w tym tak mało sensu, że jeśli człowiek długo wpatrywał się w rysunek, popadał jakby w odrętwienie. Franciszek przystąpi) jednak do kopiowania każdego szczegółu, w tym nawet położonej pośrodku brunatnej plamy, która — myślał sobie — jest być może z krwi błogosławionego męczennika, ale która zdaniem brata Jerisa, była zapewne plamą pozostawioną przez gnijącą pestkę jabłka.
Brat Jeris, który znalazł się w skryptorium dla terminatorów równocześnie z bratem Franciszkiem, lubił przekomarzać się z nim na temat tego, co Franciszek robił.
— Co, proszę ciebie — zapytał, zerkając Franciszkowi przez ramię — oznacza „kontrolny układ sterujący zespołu sześć-B”, mój uczony bracie?
— Jest to oczywiście tytuł dokumentu — odpowiedział brat Franciszek i poczuł się odrobinę rozdrażniony.
— Jasne. Ale co to znaczy?
— Jest to nazwa wykresu, który masz przed oczyma, braciszku Prostaczku. Co znaczy „Jeris”?
— Z pewnością bardzo mało — odparł brat Jeris, robiąc drwiąco skromną minę. — Wybacz, proszę, moją tępotę. Trafnie wyjaśniłeś nazwę, wskazując na nazwany przedmiot, a to jest w samej rzeczy znaczenie nazwy. Ale przecież twór-wykres coś przedstawia, prawda? Co zatem ten wykres przedstawia?
— Oczywiście układ sterujący zespołu sześć-B.
Jeris wybuchnął śmiechem.
— To całkowicie jasne! Jakże przekonywające! Skoro twór jest nazwą, to nazwa jest tworem. „To samo można zastąpić przez to samo” albo „Porządek w równości jest odwracalny”, ale czy możemy przejść do następnego aksjomatu? Skoro „Wielkości równe innej wielkości są między sobą wymienialne”, czyż nie jest prawdą, że istnieje wielkość osobna, reprezentowana zarówno przez nazwę, jak i przez wykres? Czy też cały system jest zamknięty? Franciszek zarumienił się.