Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Mercedes-Benz». Краткое содержание книги:

Urocza, przezabawna powiastka gdańskiego prozaika zaczyna się w okolicznościach iście dramatycznych: bohater (noszący wiele znamion, które pozwalają utożsamiać go z autorem), wsiadając w początku lat dziewięćdziesiątych do małego fiata z instruktorką kursu prawa jazdy, nieomal umiera z upokorzenia i wstydu.
Pragnąc opóźnić moment ostatecznej kompromitacji, ucieka się do wypróbowanego sposobu: zaczyna snuć opowieść o samochodach swoich dziadków: citroenie zmiażdżonym przez pociąg relacji Wilno-Baranowicze, mercedesie zarekwirowanym w 1939 przez Sowietów w okolicach Lwowa…
W trakcie opowieści, jak na wytrawnego narratora przystało, uświadamia sobie, że powiela fortel i zarazem literacki chwyt Hrabala, który w opowiadaniu Wieczorna lekcja jazdy w analogiczny sposób próbował obłaskawić i zmylić czujność instruktora usiłującego wprowadzić go w arkana jazdy na motocyklu. Narracja staje się piętrowa i wielowymiarowa: wątki hrabalowskie przeplatają się ze współczesnymi i z nostalgiczną, pełną ciepła i humoru wyprawą w głąb rodzinnych korzeni, w odeszły w przeszłość świat międzywojnia, wypraw na pikniki w sosnowe lasy, zawodów balonowych, spotkań w Automobilklubie i – przede wszystkim – cudownych chromowanych karoserii.
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 29
Перейти на страницу:
odnie przed wybuchem wojny, ale jest tylko na mnie, a oni muszą iść do getta, zabrali nam mieszkanie, pan nawet nie wie, jakie musiałem dać łapówki w naszej gminie, żeby zapewnić im choć pokój z kuchnią, no ale jakoś przeczekają, pana to przynajmniej z fabryki nie wyrzucą, proszę, niech pan to weźmie ode mnie na pamiątkę – i pan Chaskiel Bronstein wręczył dziadkowi kilka pudełek fotograficznego papieru i kilkanaście rolek filmu Gevaerta, a kiedy mimo wszystko chciał zapłacić, fotograf żachnął się i stwierdził, że od najlepszego klienta w mieście, który nawet wówczas, kiedy endecy nasmarowali na jego szybie napis – nie idź do żyda – ostentacyjnie zatrzymywał swojego Mercedesa przed jego zakładem i wchodził do środka, kupując znacznie więcej, niż potrzebuje, że od takiego klienta nie będzie teraz brał pieniędzy; dziadek, już na odchodnym, kiedy serdecznie się pożegnali, powiedział jeszcze tylko – wie pan, ja już nie chodzę do fabryki, niech sobie Niemcy radzą sami – i wyszedł na podwórko, ale roweru nie było, ktoś najzwyczajniej go ukradł i dziadek szedł ulicą Krakowską w dół, mijając patrole niemieckiej żandarmerii, i zastanawiał się, co będzie dalej, skoro Francuzi nie rozpoczęli ofensywy, Anglicy nie zrzucili na Berlin ani jednej bomby, a Niemcy i Sowieci urządzają wspólne defilady i przypomniał sobie wtedy, jak w Wolnym Mieście Gdańsku założył przed laty małą firmę importującą chemikalia, jak go nękano kontrolami, jak otrzymywał listy – Polaczku, nic tu po tobie – i jak, wreszcie, podpalono nocą jego skład konsygnacyjny, za co mu przyszło jeszcze płacić karę, kiedy się okazało, że złożył skargę w Komisariacie Ligi Narodów, więc w tym nastroju wrócił do domu w Mościcach, a tam czekało już na niego wezwanie na policję – nie idź – załamywała ręce babka Maria – może już lepiej wróć do Lwowa i tam przeczekaj jakoś – nic mi nie mogą zrobić – dziadek wzruszał ramionami na pewno chodzi o to, że jeszcze im nie oddałem Mercedesa, czytałem ogłoszenie, powiem, że byłem u rodziny na wschodzie, no i pokażę to – dziadek wyciągnął rekwizycyjny kwit Czerwonej Armii – przecież ze sobą współpracują i może nawet wymienią ten samochód, żeby statystyka się zgadzała. No i niech pani sobie wyobrazi – spojrzałem na pannę Ciwle – że dziadek, idąc na policję, wziął ze sobą ten kwit, ale przesłuchujący go gestapowiec nawet nie bardzo się tym przejął, chodziło bowiem o to, że dziadek nie zgłosił się do pracy, czym zbojkotował zarządzenie Arbeitsamtu, a musi pani wiedzieć – wyjaśniłem – że w tej fabryce produkowano nie tylko nawozy dla rolnictwa, lecz także wybuchowe materiały, no i ten gestapowiec otworzył teczkę z dossier podejrzanego, skąd wyjął kopie ekspertyz i patentów dziadka i rzucił je na biurko, mówiąc – wiemy o tobie wszystko i mamy ostatnią propozycję: od dziś nie jesteś już Polaczkiem, ale jako Austriak z pochodzenia Niemcem, a jutro stawiasz się do pracy. – No i tego samego dnia – kończyłem opowieść – dziadek siedział już w tarnowskim więzieniu, skąd zawieziono go do Wiśnicza, gdzie było już kilkuset takich jak on niepożądanych, a stamtąd pojechali wszyscy do Oświęcimia i otrzymali niskie, trzycyfrowe numery z literą „P” na trójkącie pasiaka. – No a gdyby posłuchał pańskiej babki – panna Ciwle była poruszona – gdyby jednak przedostał się do Lwowa? – Pewnie wówczas trafiłby do Donbasu – skręcałem fiatkiem z Mostu Błędnika w Trzeciego Maja – jak Stefan i Adam Baczewscy, którzy zginęli tam w czterdziestym roku. – Kochany Panie Bohumilu, bardzo mi było przykro z powodu panny Ciwle, bo zamiast snuć dalej wesołe dykteryjki, zamiast rozśmieszać ją, która była w nieporównanie gorszej niż ja sytuacji, a mówiąc wprost, żyła bez żadnej nadziei na przyszłość, zamiast więc ofiarować jej przygarść anegdot, które miałem jeszcze w zanadrzu, wysnułem martyrologiczną opowieść, sam właściwie nie wiedząc, jak to się stało, że słoneczne pikniki nad Dunajcem, narty w Truskawcu czy pogoń za balonowym lisem skończyły się w mojej wersji rekwizycją i trzycyfrowym numerem dziadka Karola, skończyły się straszną śmiercią rodziny pana Chaskiela Bronsteina w masowym dole śmierci pod Buczyną i nie mniej okrutną śmiercią panów Baczewskich w sztolniach Donbasu, tak, czułem się winny, patrząc na jej posmutniałą twarz, i nagle, w tym samym momencie, gdy skręcaliśmy już w bitą drogę pomiędzy działkowymi ogródkami Kolonii Ochota, uświadomiłem sobie, że nie wszystko, co miało w mojej rodzinie związek z firmą Mercedes Deimłer-Benz skończyło się żałobnym marszem i goryczą przegranej, że przecież po latach, już tutaj, w Gdańsku, życie dopisało do tamtej historii jeszcze jedną puentę, której treść mogła pannę Ciwle bezwzględnie rozbawić; zredukowałem zatem bieg i powiedziałem do niej, kochany panie Bohumilu – a wie pani, że jednak życie zatoczyło niesamowitą pętlę, bo mój ojciec, który przez całe życie w komunistycznej Polsce był biedakiem, któregoś razu wrócił trochę później z pracy, a właściwie nie wrócił, tylko przyjechał ale kochany panie Bohumilu, nie rozwinąłem tego wątku konsolacji, nie postawiłem wówczas nad tą pochmurną partyturą słonecznej, jasnej kody, bo panna Ciwle wpatrzona w mrok dostrzegła, że wokół jej drewnianej szopy tańczą płomienie i rzeczywiście wyglądało to przerażająco, ogień zdawał się sięgać wyżej otaczających domek krzewów – Jezus Maria, no niech pan daje gazu, Jarek, Jarek!! – krzyczała, powtarzając imię brata, no więc dodałem gazu, koła zabuksowały w piachu na zakręcie, fiatek zarzucił tyłem i na ostatniej krótkiej prostej rozpędziłem go tak, że hamowanie skończyliśmy z dziobem w drewnianej furtce, panna Ciwle jednym susem przesadziła jej połamane sztachety i już była przy szopie, gotowa skoczyć w ogień, wyciągać Jarka, ratować dom, ale na szczęście nie było to potrzebne; kiedy cofnąłem fiatka i ustawiłem tak, żeby w razie czego mogła podjechać straż pożarna, kiedy biegłem już w ich kierunku, usłyszałem jej głośny śmiech – Fizyk, czemu ty zawsze robisz jaja, myślałam, że już po wszystkim, no a ty, Bucior, czy zawsze musisz kłaść w ogień tyle chrustu, serce skoczyło mi do gardła, panowie się poznają – właśnie podchodziłem do ogniska, przy którym siedział na swoim wózku także Jarek, zajadając kiełbaskę skwapliwie podtrzymywaną przez Buciora – to jest mój kursant, a to sąsiedzi z działek – nie uprawiamy tu marchewki – Fizyk podał mi dłoń – ale mieszkamy tak jak ona – czasem z kradzioną kurą wpadamy na ognisko zaśmiał się Bucior – żeby nakarmić Jarka – to ja przyniosę boczek i karkówkę – pana Ciwle ruszyła do drzwi szopy – a ty, Fizyk, przytargaj rusztowanie, jest tam, gdzie zawsze; – trwało to ledwie chwilę, kochany panie Bohumilu, Fizyk przyniósł z szauerka ruszt, Bucior zbił ogień i dołożył kilka grubszych pniaków, a ja w tym czasie przytrzymywałem pieczoną kiełbaskę, którą Jarek odgryzał małymi kęsami, mlaskając i pomrukując z zadowolenia, i po każdej takiej porcji wycierałem chusteczką jego zatłuszczone usta i podbródek, ale ostatniej porcji nie chciał zjeść, pokazywał wzrokiem, żebym to ja ją połknął, bo jestem pewnie głodny, więc przyjąłem ten darowany kęs i poklepałem Jarka po ramieniu, a wtedy przechylił głowę, dotknął nią mojej dłoni i przeciągle wystękał – uuu-uuu-uuu -co miało znaczyć „dziękuję”, tymczasem na ruszcie zainstalowanym przez Fizyka panna Ciwle ułożyła płaty karkówki przekładane boczkiem i cebulą, posypane ziołami, nawilżone oliwą. Bucior podawał flaszki heweliusza, a Fizyk ze srebrnego pudełeczka, które przypominało miniaturową cukiernicę, sypnął na spodek białego proszku, wyjął z kieszeni szklaną rurkę i z jej pomocą wciągnął ten puder do nosa, po czym podał spodek i rurkę Buciorowi, który z najwyższym ukontentowaniem, acz bez pośpiechu, uczynił to samo i nie będę ukrywał, kochany panie Bohumilu, że wiedziałem, co zaraz nastąpi i pewnie dałbym się skusić, gdyby nie panna Ciwle, która szepnęła mi do ucha – tego niech pan nie bierze, mam coś lepszego, potem… – więc odmówiłem grzecznie Buciorowi, kiedy zaproponował niucha, szklana rureczka i spodek zostały odłożone, jedliśmy pieczone płaty mięsa, popijając schłodzonym w cynkowanej wanience heweliuszem, a Fizyk opowiadał o swoim najszczęśliwszym, kalifornijskim lecie, kiedy stanął na szczycie, kiedy miał masę forsy, kiedy kochały go kobiety, kiedy robiono z nim wywiady, a wszystko zaczęło się tu, w Polsce, bo Fizyk, muszę wyjaśnić, kochany panie Bohumilu, był rzeczywiście fizykiem, pracował na naszym uniwersytecie jako młodszy asystent, ale zarabiał tak nędznie i chciał wyjechać do Ameryki tak bardzo, że zaczął tu, na działkach, produkować cementowe pustaki i bloczki, a ponieważ były to ostatnie lata generalskich rządów, towar szedł po prostu jak woda, po krótkim czasie Fizyk zatrudniał w tej manufakturze pół swojej katedry, no i miał na ten upragniony bilet do Chicago i na początek swojej amerykańskiej drogi sporo grosza, ale tam, za Oceanem, sprawy nie potoczyły się tak gładko, o pracy w swoim zawodzie nawet nie miał co marzyć, forsa stopniała prędko, imał się różnych zajęć, skończyła się wiza, słowem bryndza, no i kiedy był już na samym dnie, kiedy nocował w najohydniejszych norach, przyszedł ów magiczny moment, o jakim marzą wszyscy imigranci, niespodziewany dar od losu, hollywoodzki zwrot akcji: w Minneapolis siąpił deszcz ze śniegiem, Fizyk, w znoszonych adidasach, snuł się ulicą i myślał już tylko o samobójstwie, lecz przed tym ostatecznym rozwiązaniem chciał się gdzieś ogrzać i wstąpił do galerii sztuki, a tam demontowano akurat jakąś wystawę, jakieś drewniane instalacje, jakieś drewniane bale ponacinane mechaniczną piłą, Fizyk przyglądał się robotnikom taszczącym te toporne konstrukcje i wtedy facet w krawaciku podszedł do niego i powiedział – dzisiaj zamknięte, za trzy dni będziemy mieli nową ekspozycję, proszę nam nie utrudniać pracy – więc Fizyk odpowiedział – odczep się chłopie, jestem artystą z Europy, niczego nie utrudniam i patrzę tylko na możliwości waszej sali – jakie znów możliwości – zapytał tamten – mobilne możliwości, durniu, ty pewnie nie słyszałeś nigdy o tym rodzaju sztuki, no ale Ameryka, która nam dała Pollocka, Beuysa i Warhola, Ameryka, na której byliśmy wszyscy wychowani, teraz już goni w piętkę, pożera własny ogon, serce prawdziwej sztuki znów bije w Europie – mówiąc to. Fizyk zapalił ostentacyjnie papierosa i nie zwracając uwagi na tamtego, przechadzał się po wielkiej sali, zerkał na sufit, liczył kroki, przez zaciśnięte palce spoglądał w światła halogenowych reflektorów i myślał, że zaraz go wyrzucą z ogrzewanego wnętrza, na którego podłodze jego adidasy pozostawiały wciąż mokre plamy; uprzedzając ten przykry moment, ruszył więc do toalety i to było to, kochany panie Bohumilu, bo kiedy przechodził obok uchylonych drzwi pokoju biurowego, usłyszał, jak ten w krawaciku drze się do słuchawki – ty chyba zwariowałeś, Lee! ty jesteś pomylony! za trzy dni wystawa, a ty znowu chlejesz, nic nam nie dostarczyłeś, w ogóle się nie odzywasz, mamy już tego dosyć! – i widocznie tamten artysta musiał coś szpetnego odpowiedzieć, bo ten w krawaciku rzucił tylko – kurwa, to ja cię pierdolę, Lee! – i to był koniec rozmowy, więc Fizyk spokojnie wszedł do toalety i umył sobie twarz i dłonie w ciepłej wodzie, a potem zdjął te cholerne, mokre jak gąbka adidasy i brudne skarpetki i jak akrobata podnosił najpierw jedną, a potem drugą nogę, i wkładał te zmarznięte na ulicach Minneapolis stopy do umywalki, i puszczał mocny strumień ciepłej wody, i w trakcie tej czynności do toalety wszedł ten w krawaciku, ich spojrzenia skrzyżowały się w lustrze i zanim tamten zdążył coś powiedzieć, Fizyk ryknął na całe gardło – kurwa, nie znoszę, jak ktoś podgląda moje rytuały – na co facet w krawaciku powiedział szeptem – przepraszam – no i wycofał się natychmiast, a Fizyk wyrzucił swoje śmierdzące skarpetki do kosza, owinął stopy papierowymi ręcznikami i włożył już nieco osuszone adidasy, lecz zamiast wyjść z galerii, wrócił do pustej teraz sali, stał na środku, podchodził do kątów, mrucząc półgłosem – to nie jest sprzyjające, to mnie stresuje, ta statyczność, kurwa, jest nie do wytrzymania – a tamten w krawaciku przyglądał się Fizykowi zza futryny, no a kiedy Fizyk wrócił wreszcie na sam środek sali, położył się na wznak i z rękami założonymi pod głową spoglądał w sufit, ten w krawaciku podszedł do niego i spytał – możemy porozmawiać? – Więc to był, kochany panie Bohumilu, prawdziwy moment przełomowy, geniusz Fizyka zabłysnął już następnego dnia, kiedy w tych samych adidasach, lecz w nowym płaszczu wkroczył do galerii i cisnął jej szefowi obszerne
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 29
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)