Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 104
Перейти на страницу:

Wyjazd z Petersburga minął szczęśliwie. Na pociąg składały się trzy wagony: pierwszym jechała rodzina książęca, drugim służba, trzecim niezbędny sprzęt i bagaż, toteż stale musiałem przechodzić z wagonu do wagonu.

Ledwo ruszyliśmy z dworca, jego wysokość Gieorgij Aleksandrowicz zasiadł popijać koniak z jego wysokością Pawłem Gieorgijewiczem i kamerjunkrem Endlungiem. Kiedy pozwolił sobie wypić jedenaście kieliszków, zmęczył się i udał na odpoczynek - aż do samej Moskwy. Przed snem, już u siebie w „kajucie”, jak nazwał swój przedział, pokrótce opowiedział mi o rejsie do Szwecji, który miał miejsce przed dwudziestu dwu laty i wywarł na jego wysokości ogromne wrażenie. Problem w tym, że choć Gieorgij Aleksandrowicz ma rangę generała-admirała, to w morze wychodził tylko jeden jedyny raz i zachował o tej podróży wyłącznie nieprzyjemne wspomnienia. Dlatego często wzmiankuje francuskiego ministra Colberta, który na statkach nie pływał wcale, mimo to uczynił ze swego kraju wielkie mocarstwo morskie. Historię o rejsie do Szwecji słyszałem już wielokrotnie i zdążyłem nauczyć się jej na pamięć. Najbardziej dramatycznym epizodem opisu był sztorm u brzegów Gotlandii. Po słowach: „I wtedy kapitan jak nie krzyknie: «Wszyscy do pomp!»” - jego wysokość zwykł wybałuszać oczy i z rozmachem uderzać pięścią w stół. I tym razem wszystko odbyło się jak zazwyczaj, ale bez jakiegokolwiek uszczerbku dla obrusa czy nakryć, ponieważ już zawczasu przedsięwziąłem stosowne środki, przytrzymując karafkę i kieliszki.

Kiedy jego wysokość się zmęczył i zaczął mówić niezbyt spójnie, dałem znak lokajowi, aby pana rozebrał i ułożył spać, a sam udałem się w odwiedziny do Pawła Gieorgijewicza i lejtnanta Endlunga. Ponieważ to ludzie młodzi, w pełni sił i zdrowia, znacznie mniej zmęczyli się piciem koniaku. Można by nawet powiedzieć, że zupełnie się nie zmęczyli, gdyż trzeba było stale na nich baczyć, zwłaszcza ze względu na obyczaje pana kamerjunkra.

Ach, ten Endlung! Może nie należałoby tego mówić, ale Katarzyna Joannowna popełniła wielki błąd, kiedy uznała tego pana za opiekuna odpowiedniego dla swego starszego syna. Lejtnant to cwana bestia: wzrok jasny i czysty, różowiutka fizjonomia, idealny przedziałek na złocistej głowie, dziecięcy rumieniec na policzkach - prawdziwy cherubin. Pełen szacunku dla dam dojrzałych, dyga nóżką, umie słuchać z twarzą wyrażającą najwyższe zainteresowanie i o Joanie Kronsztadzkim, i o nosaciźnie u lowchena. Nic dziwnego, że Katarzyna Joannowna wysoko oceniła Endlunga. Taki przyjemny i, co najważniejsze, poważny młodzieniec - nie to, co urwisy elewi z Korpusu Morskiego albo nieroby z Oddziału Gwardii. Też miała komu powierzyć opiekę nad Pawłem Gieorgijewiczem w pierwszym dłuższym rejsie! Przyjrzałem się już temu ptaszkowi.

W pierwszym porcie, w Warnie, Endlung wystroił się jak paw - w biały garnitur, purpurową kamizelkę, krawat w gwiazdki, najszerszą panamę - i skierował kroki do domu publicznego, a jego wysokość, wtedy jeszcze zupełnego młodzika, zaciągnął ze sobą. Próbowałem się wmieszać, na co lejtnant rzekł do mnie: „Obiecałem Katarzynie Joannownie, że nie spuszczę oka z jego wysokości i tam gdzie ja, tam i on”. A ja do niego: „Nie, panie lejtnancie, jego wysokość rzekła: tam gdzie on, tam i pan”. Endlung zaś: „To, Afanasiju Stiepanyczu, kazuistyka. Najważniejsze - będziemy nierozłączni, jak Ajaksowie”. I młodziutkiego miczmana ciągnął tak po wszystkich wertepach aż do samego Gibraltaru. Za to w drodze z Gibraltaru do Kronsztadu obaj - i lejtnant, i miczman - zachowywali się spokojnie i nawet na brzeg nie schodzili, tylko biegali po cztery razy na dzień do lekarza zastrzyki przyjmować. Oto jaki znalazł się opiekun! Przez tego Endlunga jego wysokość mocno się zmienił, nie można go poznać. Nawet samemu Gieorgijowi Aleksandrowiczowi czyniłem aluzje, ale on tylko ręką machnął: to nic, mojemu Paulowi taka szkoła wyjdzie na korzyść, a Endlung, wprawdzie hultaj, ale za to dobry kompan i szczera dusza, poważnego zła nie wyrządzi. Moim zdaniem to jak wpuszczać kozę do ogrodu, jeśli wolno mi skorzystać z ludowego porzekadła. Widzę tego Endlunga na wskroś. Jaka to szczera dusza? Dzięki przyjaźni z Pawłem Gieorgijewiczem otrzymał monogram na pagonach, a teraz jeszcze i tytuł kamerjunkra. To przecież niesłychane - taki szacowny dworski tytuł dla jakiegoś lejtnancika!

Gdy już młodzieńcy zostali sami, zaczęli grać w bezika - na spełnianie życzeń. Zajrzałem do przedziału. Paweł Gieorgijewicz skinął na mnie.

- Siadaj, Afanasij. Zagraj z nami po „amerykańsku”. Przegrasz - zmuszę cię, abyś, u diabła, zgolił do końca swoje cenne bakenbardy.

Podziękowałem za zaproszenie i wymówiłem się pod pretekstem nawału zajęć, chociaż żadnych specjalnych spraw akurat nie miałem. Tego tylko jeszcze brakowało - grać z jego wysokością w „amerykankę”! A Paweł Gieorgijewicz sam doskonale wiedział, że ze mnie żaden dla niego partner i po prostu żartował. Kilka miesięcy temu pojawił się u niego ten niesmaczny kpiarski zwyczaj. A wszystko to przez Endlunga - to jego wpływ. Co prawda, sam Endlung od jakiegoś czasu przestał mnie zaczepiać, ale Paweł Gieorgijewicz wciąż przy tym trwa. Cóż, to nic, jego wysokości wolno, nie mam pretensji.

Teraz też, z najpoważniejszą twarzą, powiedział:

- Wiesz, Afanasij, te fenomenalne zarośla na twym obliczu wywołują zazdrość niektórych wpływowych osób. Na przykład przedwczoraj na balu, kiedy stałeś przy drzwiach, taki ważny, z pozłacaną buławą i z bakenbardami rozczesanymi na dwie strony, wszystkie damy patrzyły tylko na ciebie. A na kuzyna Mikusia nikt nie spojrzał, chociaż on i cesarz. Koniecznie trzeba cię ogolić albo chociaż ostrzyc.

W rzeczywistości te moje „fenomenalne zarośla” niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniają: wąsy z bakenbardami - możliwe, że bujne, ale nie przesadnie. I zawsze, w każdych okolicznościach, zadbane, w stosownym porządku. Takie nosili i ojciec, i dziad, tak że nie zamierzałem ani strzyc się, ani golić.

- Starczy, Paul - wystąpił w mojej obronie Endlung. - Nie męcz Afanasija Stiepanowicza. Lepiej graj, twój ruch.

Widać z tego, że jednak muszę wyjaśnić swoje stosunki z lejtnantem. To przecież cała, oddzielna historia.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)