Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Na posunięcie szachisty zgromadzeni zareagowali długim pomrukiem. Zbliżywszy się, Julia zauważyła, że drugi szachista, który ani na moment nie zmienił pozycji, wpatruje się w przesuniętego gońca. Trwał w ten sposób dłuższą chwilę, aż wreszcie, ruchem tak powolnym, że trudno było przewidzieć jego cel, przestawił czarnego konika.
– Szach – powiedział i znowu zastygł w bezruchu, nie zwracając uwagi na szmer aprobaty wokół.
Julia nagle pojęła, że to on musi być człowiekiem, którego chciał poznać Cesar, a którego polecił im Cifuentes. Zaczęła przyglądać mu się z uwagą. Był troszkę po czterdziestce, bardzo szczupły, średniego wzrostu. Włosy zaczesywał do tyłu bez przedziałka, na czole robiły mu się spore zakola. Miał dość duże uszy, nieco orli nos, ciemne oczy głęboko osadzone w oczodołach, przez co sprawiał wrażenie, jakby patrzył na świat z nieufnością. Jego wygląd zupełnie nie zdradzał inteligencji, bez której, zdaniem Julii, szachista nie mógł się obejść. Przypominał raczej ospałego abnegata, apatycznego wobec otoczenia. Z rozczarowaniem pomyślała, że wygląda na kogoś, kto po rozegraniu dobrej partii szachów niewiele już się spodziewa po sobie samym.
A mimo to – czy raczej właśnie dlatego, z powodu owego nieskończonego znużenia, jakie malowało się na jego nieruchomej twarzy – kiedy przeciwnik przesunął swojego króla o jedno pole do tyłu, a on wyciągnął powoli prawą rękę ku bierkom, w ich kącie sali zapanowała zupełna, niczym niezmącona, cisza. Julia, zapewne patrząc na wszystko okiem przybysza z zewnątrz, ze zdziwieniem domyśliła się, że widzowie nie lubią tego gracza, nie darzą go ani krztyną sympatii. Wyczytała w ich twarzach, że niechętnie, bo niechętnie, ale uznają jego wyższość na szachownicy, ponieważ jako kibice nie mogli nie docenić powolnej i nieubłaganej precyzji, z jaką przesuwał figury i pionki po czarno-białych polach. W głębi duszy jednak – co do tego dziewczyna nie wiedzieć czemu nabrała absolutnej pewności – wszyscy żywili nadzieję, że będą kiedyś świadkami, jak temu człowiekowi powinie się noga, jak popełni błąd, który pogrąży go w oczach przeciwnika.
– Szach – powtórzył zawodnik. Zrobił właśnie ruch pozornie bardzo prosty, ot, przesunął pionek o jedno pole naprzód, ale jego rywal przestał bębnić palcami i potarł nimi skroń, jakby chciał uśmierzyć rozdygotany puls. Następnie przeniósł króla o jedno pole wstecz i po przekątnej. Julii wydawało się, że dysponował co najmniej trzema polami do ucieczki, ale z niezrozumiałych dla niej powodów wybrał akurat to. Szmer podziwu w pobliżu dowodził słuszności ruchu, ale jego przeciwnik nawet nie drgnął.
– Tam groziłby mat – odezwał się głosem, w którym nie było śladu triumfu, odrobiny współczucia, tylko suchy komunikat. Wypowiedział te słowa, zanim ruszył którąkolwiek bierkę, jakby nie uważał za konieczne wspierania ich demonstracją w praktyce. I dopiero wówczas, prawie z niechęcią, nie zwracając uwagi na zaskoczone spojrzenie rywala i sporej części widzów, wzdłuż dzielącej szachownicę na pół przekątnej z białych kwadratów przeciągnął swojego gońca, niby przybysza z daleka, i postawił go w pobliżu przeciwnego króla, choć jeszcze nie w pozycji bezpośredniego ataku. Słysząc gwar komentarzy wokół stolika, Julia rzuciła okiem na sytuację na planszy. Nie znała się za bardzo na szachach, ale o ile się orientowała, szach-mat oznaczał bezpośrednie zagrożenie króla. Tymczasem biały król wydawał się na razie bezpieczny. Popatrzyła na Cesara, licząc na jakieś wyjaśnienia, potem na Cifuentesa. Dyrektor uśmiechnął się dobrodusznie, kręcąc z podziwem głową.
– Rzeczywiście, to byłby mat w trzech posunięciach… – poinformował Julię. – Cokolwiek zrobi biały król, nie ma już ucieczki.
– To ja nic nie rozumiem – odparła. – Co się stało?
Cifuentes zaśmiał się dyskretnie.
– Czarny goniec mógł zadać decydujący cios, chociaż nikt z nas tego nie zauważył, dopóki facet go nie ruszył… Rzecz w tym, że nasz jegomość, mimo że zna doskonałe posunięcie, nic chce go uskutecznić. Przesunął gońca, żeby nam pokazać prawidłowy ruch, ale postawił go na niewłaściwym polu, gdzie jego figura jest całkowicie niegroźna.
– Dalej nie rozumiem – rzekła Julia. – Czy on nie chce wygrać partii?
Dyrektor klubu Capablanca wzruszył ramionami.
– To jest właśnie najdziwniejsze… Przychodzi tu od pięciu lat, jest najlepszym szachistą, jakiego znam, ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wygrał partię.
W tym momencie gracz podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Julii. Cała jego pewność siebie, cały spokój, jakie zademonstrował podczas gry, nagle gdzieś się ulotniły. Tak jakby po zakończeniu rozgrywki i powrocie do rzeczywistości ów człowiek utracił przymioty, które zaskarbiły mu szacunek i zawiść pozostałych. I dopiero teraz Julia zwróciła uwagę, że ma pospolity krawat, brązową marynarkę pomiętą na plecach i wypchaną na łokciach, niebieskawy zarost na podbródku nieporządnie ogolonym o piątej czy szóstej rano, nim jego właściciel wsiadł do metra lub autobusu, żeby pojechać do pracy. Nawet oczy straciły blask, stały się matowe i szare.
– Przedstawiam państwu – powiedział Cifuentes – pana Muńoza. Szachistę.
IV. Trzeci gracz
– Jakie to dziwne – zwrócił mi uwagę Holmes
kilka wieczorów później – ze aby poznać przeszłość,
czasami trzeba najpierw poznać przyszłość.
Raymond M. Smullyan, Zagadki szachowe
Sherlocka Holmesa (przeł. Anna Wójtowicz)
– To prawdziwa partia – orzekł Muńoz. – Trochę dziwna, ale logiczna. Przed chwilą był ruch czarnych.
– Na pewno? – spytała Julia.
– Na pewno.
– Skąd pan wie?
– Wiem.
Znajdowali się w jej pracowni, przed obrazem oświetlonym wszystkimi światłami, jakie były w domu. Cesar siedział na sofie, Julia na stole, a Muńoz, nieco speszony, stał przed van Huysem.
– Wypije pan kieliszeczek?
– Nie.
– Papierosa?
– Też nie. Nie palę.
Sytuacja była nieco kłopotliwa. Skrępowany szachista ciągle stał w pogniecionym gabardynowym płaszczu, zapięty pod szyję, jak gdyby rezerwował sobie prawo do nagłego pożegnania się i wyjścia bez żadnego usprawiedliwienia. Zachowywał się ponuro i nieufnie. Zresztą wcale nie przyszło im łatwo zaciągnąć go aż tutaj. Początkowo, kiedy Cesar i Julia przedstawili mu problem, Muńoz zrobił minę, która nie wymagała komentarzy. Wziął ich za parę pomyleńców. Później przyjął postawę obronną: stał się podejrzliwy. Państwo wybaczą, jeśli ich urazi, ale cała ta historia ze średniowiecznymi morderstwami i partią szachów na obrazie jest cokolwiek dziwaczna. A nawet jeśli oni mówią prawdę, to nie bardzo rozumie, co on ma z tym wszystkim wspólnego. Ostatecznie, powtarzał, jakby tą informacją chciał ich wystarczająco zniechęcić, jest tylko księgowym. Urzędnikiem.
– Ale gra pan w szachy – swoją odpowiedź Cesar okrasił jednym z najbardziej uwodzicielskich uśmiechów. Przeszli właśnie przez ulicę i siedli w barze tuż koło wagi automatycznej, która co i raz zagłuszała ich rozmowę jednostajną muzyczką wabiącą naiwnych.
– Tak, no i cóż? – nie powiedział tego wyzywająco, raczej obojętnie. – Wielu ludzi gra. Nie bardzo wiem, dlaczego akurat ja…
– Podobno pan jest najlepszy.
W oczach szachisty, gdy popatrzył na Cesara, czaiło się coś niejasnego. Julii wydawało się, że tym spojrzeniem mówi: może i jestem, ale to nie ma nic wspólnego ze sprawą. Być najlepszym niczego nie oznacza. Można być najlepszym, podobnie jak można być blondynem albo mieć płaskostopie, co nie jest równoznaczne z koniecznością demonstrowania tego faktu całemu światu.