Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Kolory, obraz, pracownia, mroczna muzyka saksofonowa – wszystko zaczęło wirować wokół Julii. Był taki moment, kiedy przestała pracować, zamknęła oczy w oszołomieniu, zaczęła oddychać głęboko i miarowo, żeby oddalić nagły lęk, jaki ją zdjął, kiedy zmylona perspektywą poczuła się nagle wewnątrz obrazu, jakby stół i szachiści znaleźli się naraz po jej lewej stronie, ona tymczasem podąża w głąb przedstawionej przez van Huysa komnaty, w stronę otwartego okna, obok pogrążonej w lekturze Beatrycze z Burgundii. I wystarczy, że się pochyli, wyjrzy przez parapet i zobaczy to, co jest na dole pod murami: fosę Wrót Wschodnich, gdzie Roger d'Arras zginął od strzały w plecy.
Spokój powrócił dopiero w chwili, kiedy potarła zapałkę. Jednak z trudem przypaliła trzymanego w ustach papierosa, bo dłoń jej drżała, jakby właśnie dotknęła oblicza Śmierci.
– To po prostu klub szachowy – powiedział Cesar, wchodząc po schodach. – Klub Capablanca.
– Capablanca? – Julia z obawą spojrzała w stronę Otwartych drzwi. W środku widać było mężczyzn pochylonych nad stolikami i otaczające ich zewsząd grupki gapiów.
– Jose Raul Capablanca – objaśnił antykwariusz, stojąc z laską pod pachą i ściągając kapelusz i rękawiczki.
– Zdaniem wielu, najlepszy szachista wszech czasów… Na całym świecie pełno jest klubów i turniejów jego imienia.
Weszli do lokalu podzielonego na trzy duże sale. W każdej stało z pół tuzina stołów, niemal przy wszystkich toczyły się partie. W pomieszczeniu unosił się szczególny gwar, ni to hałas, ni cisza: coś w rodzaju delikatnego, powściągliwego szemrania, nieco podniosłego, przypominającego atmosferę pełnego ludzi kościoła. Kilku graczy i ciekawskich popatrzyło na Julię ze zdziwieniem, może nawet z niechęcią: w środku przebywali sami mężczyźni. Pachniało dymem tytoniowym i starym drewnem.
– Kobiety nie grają w szachy? – spytała Julia.
Cesar, który podał jej ramię jeszcze przed wejściem, zastanowił się chwilę.
– Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia – zakonkludował. – Ale jedno jest pewne, że tutaj nie. Może w domu, przy garach i pieluchach.
– Szowinistyczny samiec.
– To tylko koszmarne powiedzonko, kochanie. Nie bądź zawistna.
W pierwszej sali powitał ich miły, gadatliwy, wiekowy już jegomość z wyraźną łysiną i starannie przyciętymi wąsikami. Cesar przedstawił go Julii jako pana Cifuentesa, dyrektora Stowarzyszenia Hobbystów imienia Jose Raula Capablanki.
– Liczącego pięciuset stałych członków – uzupełnił chełpliwie gospodarz, pokazując trofea, dyplomy i zdjęcia wiszące na ścianach. – Organizujemy też ogólnohiszpański turniej… – Zatrzymał się przed gablotą, w której znajdowały się bardzo stare szachownice z figurami i pionami. – Ładne, prawda…? Oczywiście używamy tu wyłącznie kompletów Stauntona.
Zwrócił się do Cesara, oczekując wyrazów aprobaty, antykwariusz zmusił się więc do jakiejś adekwatnej miny.
– Oczywiście – przytaknął, a Cifuentes odpowiedział życzliwym uśmiechem.
– Drewno, uważa pan? – zagadnął. – Żadnych tworzyw sztucznych.
– Rozumie się samo przez się.
Cifuentes z zadowoleniem obrócił się ku Julii.
– Musi pani wpaść w sobotnie popołudnie. – Rozejrzał się z dumą jak kwoka za swymi kurczętami. – Dziś jest normalny dzień, ot, amatorzy wpadają po pracy na partyjkę przed powrotem do domu, emeryci spędzają tu cały wieczór… Bardzo miły widok, jak państwo się przekonali, bardzo…
– Budujący – palnęła Julia ni z gruszki, ni z pietruszki. Ale Cifuentesowi to określenie przypadło do gustu.
– Otóż to, budujący. Jak państwo widzą, jest tu sporo młodych… Ten tam trochę tu nie pasuje. W wieku dziewiętnastu lat napisał stustronicowe opracowanie na temat czterech kierunków debiutu Nimzowitscha.
– Coś podobnego, Nimzowitscha? Nie do wiary… To – Julia z rozpaczą szukała słowa – porażające.
– No, może porażające to za wielkie słowo – przyznał uczciwie Cifuentes. – Ale na pewno istotne.
Dziewczyna spojrzała na Cesara w poszukiwaniu ratunku, ale antykwariusz tylko puścił do niej oko i uprzejmie przysłuchiwał się rozmowie. Pochylał głowę w stronę Cifuentesa, dłonie dzierżące laskę i kapelusz trzymał za plecami i miał ubaw na całego.
– Ja też – dodał szachista, celując kciukiem w pierwszy guzik kamizelki – dołożyłem przed laty drobny kamyczek do tego gmachu…
– Nie może być – odezwał się Cesar.
Julia zerknęła na niego zaniepokojona.
– Słuch pana nie myli. – Dyrektor uśmiechał się z nienaturalną skromnością. – Podwariant obrony Caro-Kann, w systemie dwóch skoczków. Wiedzą państwo: skoczek
na linię trzecią, goniec na linię damy… Tak zwany wariant Cifuentesa. – Spojrzał na Cesara z nadzieją. – Może słyszeli państwo?
– Niech pan w to nie wątpi – odparł antykwariusz z zimną krwią.
Cifuentes uśmiechnął się z radością.
– Proszę mi wierzyć, że nie przesadzę, jeśli powiem, że w tym klubie, czy może raczej towarzystwie rekreacyjnym, jak wolę go nazywać, spotykają się najświetniejsi szachiści Madrytu, a może i całej Hiszpanii… – Coś mu się przypomniało. – Jasne, udało mi się namierzyć człowieka, którego państwo szukają – rozejrzał się i twarz mu pojaśniała. – Tak, jest tu. Zaprowadzę państwa.
Poszli za nim przez salę w stronę stolików stojących w głębi.
– Nie było łatwo – tłumaczył Cifuentes po drodze – bo cały dzień powracałem do tematu… Ostatecznie – z przepraszającą miną zwrócił się lekko w stronę Cesara – prosił pan, bym mu polecił najlepszego.
Zatrzymali się w niewielkiej odległości od stolika, przy którym dwóch mężczyzn rozgrywało partię w otoczeniu grupki gapiów. Jeden z graczy leciutko bębnił palcami w blat koło szachownicy, nad którą pochylał się z poważnym wyrazem twarzy, jaki Julia widziała u postaci namalowanych przez van Huysa. Naprzeciw niego na drewnianym krześle siedział nieruchomo drugi gracz. Bębnienie najwidoczniej absolutnie mu nie przeszkadzało. Dłonie trzymał w kieszeniach spodni, podbródek opuścił na węzeł krawata. Nie sposób było orzec, czy jego wbite w szachownicę oczy rzeczywiście patrzą na znajdujący się na niej układ, czy może gdzieś w przestrzeń, ku myślom dalekim od rozgrywki.
Widzowie zachowywali pełne uszanowania milczenie, jakby toczyła się przed nimi walka na śmierć i życie. Na planszy zostało już niewiele bierek, pomieszanych tak, że nowo przybyli nie potrafili odgadnąć, kto grał białymi, a kto czarnymi. Po paru minutach gracz, który bębnił palcami, tą sumą dłonią przesunął białego gońca na pole między własnym królem a czarną wieżą. Wykonawszy ruch, zerknął przelotnie na przeciwnika, po czym ponownie zadumał się nad szachownicą, wrócił też do bębnienia palcami.