Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
Oan wspiął się na szczyt wzgórza i zatrzymał się przed wlotem do jaskini, nie różniącym się niczym od sąsiednich. — To tutaj — powiedział. — Ale pierwszy do środka nie wejdę.
— Idź w środku grupy — postanowiłem.
Na strażników natknęliśmy się już po paru krokach. To były rosłe pająki, nieulękłe i zdeterminowane, ale nawet ci wybrani z wybranych zmykali po chwili z taką szybkością, iż nie mogliśmy żadnego z nich dopędzić. Rzecz była nie tylko w tym, że Aranowie nie mogli się oprzeć naporowi naszych pól ochronnych. Ważniejsze było to, że nie znali ich natury. Nic więc dziwnego, że odepchnięci niewidzialną siłą, co sił w nogach rzucili się do ucieczki, wrzeszcząc jak niedawno tłum na rynku:
— Okrutni Bogowie! Okrutni Bogowie zstąpili z nieba!
Wewnętrzny rzut straży nie uwierzył widać w paniczne informacje pierwszej grupy, gdyż w jaskini, przez którą wiodła dalsza droga, rzuciła się na nas cała armia. Tu już musieliśmy skoncentrować nasze pola i po zakończonej potyczce na ziemi zostały ciała kilku szczególnie zaciekłych fanatyków.
Jaskinia miała cztery wejścia. Przez jedno wkroczyliśmy my, w dwa boczne umknęli pokonani strażnicy, a czwarte, na wprost nas, pozostało wolne. Wskazałem na nie jedną ze swoich licznych rąk:
— Tędy, Oanie?
— Tędy. Nikogo już nie napotkamy po drodze do komnat Ojca. Ten tunel jest dla wszystkich tabu.
Zakazana droga była długa. Biegła niskim korytarzem przechodzącym w łańcuch obszernych jaskiń i kończyła się w ogromnej grocie, tak wysokiej, że nawet promień silnego reflektora nie sięgał stropu. Całą grotę zajmowało jezioro gęstego płynu pokrytego twardą skorupą. Powierzchnia jeziora nieustannie falowała, a spod pękającej w różnych niejscach skorupy tryskały słupy płomieni rozpraszających się po chwili w zielonkawej, martwo fosforyzującej mgle. Czasami ku niewidzialnemu stropowi strzelały błyskawice, aby za moment powrócić w dół. Tak to przynajmniej wyglądało, chociaż te odbite błyskawice były po prostu przeciwbieżnymi wyładowaniami o odwrotnym znaku.
— Ojciec Akumulator zabija każdego, kto się doń zbliży — wyszeptał ze strachem Oan.
— Swoisty mechanizm wytwarzający energię elektryczną albo, jak mawiali starożytni, elektrownia stwierdził Romero.
— Elektrownia, tak — zauważył Gracjusz — ale nie mechaniczna. To jest żywy organizm. Przypomina mi naszą broń biologiczną, tyle że nie jest to gigantyczna kolonia bakterii jak u nas, lecz bez wątpienia istota rozumna.
Na wszelki wypadek poleciłem wzmocnić pola ochronne, chociaż nie sądziłem, aby to było potrzebne. Odniosłem nagle wrażenie, że jesteśmy przez kogoś życzliwie obserwowani. Oan utrzymywał, że Ojciec Akumulator śledzi każdy nasz ruch, słyszy każde słowo, odbiera każdą myśl. Być może miał rację.
— Ojciec was nie zabija! — wykrzyknął zdumiony Aran, gdy Irena pobrała do analizy próbkę substancji jeziora.
— Niech by tylko spróbował! — mruknąłem. Postaraj się nawiązać z nim kontakt — zwróciłem się do Ireny, a Oana zapytałem: — Ile lat liczy sobie to stworzenie?
Pająkokształtny na temat wieku jeziora nie potrafił powiedzieć niczego konkretnego. Wiedział jedynie, że było już, kiedy na planecie pojawili się Aranowie. Ojciec stworzył życie, kiedy samotność zbytnio mu już dokuczyła. Stworzył najpierw Matkę, a potem już oboje dali życie roślinom i Aranom. Drapieżny ocean też jest tworem Ojca.
— Ocean jest zapewne odpadem produkcyjnym tej żywej elektrowni — zauważył Romero. — Elektrowni zaopatrującej w energetyczny pokarm wszystkich mieszkańców tej planety.
— Musimy zatem zdecydować — zakonkludowałem — czy zniszczymy Ojca jako twór torturujący Aranów, czy też zachowamy go przy życiu. W pierwszym wypadku musimy zbudować na Aranii automatyczną elektrownię, żeby jej mieszkańcy nie pomarli z głodu, w drugim zaś trzeba się zastanowić nad sposobami okresowego rozładowywania przesyconego energią Ojca bez udziału nieokiełznanej Matki.
— Zniszczenie jest równoznaczne z morderstwem — powiedział pospiesznie Galakt.
— Co zaś do groźnej Matki — wtrącił Romero to jej funkcja sprowadza się jedynie do likwidowania nadmiaru elektryczności. Oanie, czy ktoś widział Matkę Błyskawic?
— Jej nie można zobaczyć, gdyż istnieje tylko w zrodzonych przez siebie burzach.
— Inaczej mówiąc jest po prostu naturalnym wyładowaniem nadmiaru energii — stwierdziłem. — W porządku, Oanie. Nikt już więcej na tej planecie nie usłyszy o groźnej Matce, bo jej funkcje przejmie odbudowany szafot.
Opuściliśmy grotę. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Ojciec Akumulator uśmiechnął się do nas na pożegnanie. Brzmi to dziwnie w odniesieniu do rozpłomienionego błyskawicami jeziora, ale… Poza tym kontaktu nie było: Ojciec Akumulator nie reagował na sygnały, którymi zarzucała go Irena.
Po wyjściu na powierzchnię wezwałem mechaników z „Koziorożca”, którzy w ciągu niespełna dwóch godzin przekonstruowali szafot w ten sposób, aby nadmiar energii wyładowywał się automatycznie na iskrownikach. Wystraszeni Aranowie poukrywali się w jaskiniach i nie przeszkadzali im w pracy.
— Admirale, znalazłem sposób na to, aby pająkokształtni nie zniszczyli naszego iskrownika! — pochwalił się Ellon. — Odchyliłem jego ostrza w ten sposób, aby przy każdym wyładowaniu tryskał w niebo płomienisty słup, który musi przerazić każdego Arana.
— I położyłeś w ten sposób podwaliny nowej religii, Ellonie — zakonkludowałem ze smutkiem. — Minie teraz niejeden wiek, zanim jakiś genialny pająk zrozumie, że iskrownik nie jest istotą nadprzyrodzoną, lecz prymitywnym urządzeniem technicznym. A przecież ich przodkowie budowali gwiazdoloty! Ale trudno, to jest mniejsze zło niż ofiarny stos. Zresztą nie przestaje mnie dziwić przenikliwość fanatycznych przyspieszaczy, którzy tak celnie odgadli przyczyny „gniewu Ojca” i skuteczność, z jaką im zapobiegali… Żeby jednak nie zapragnęli powrócić do starych metod, na wszelki wypadek zainstalujemy wokół „szafotu” barierę ze słabego pola ochronnego, żeby nikt nie mógł się nawet zbliżyć do niego.
Przed zachodem Trzech Mglistych Słońc głuchy grzmot obwieścił, że likwidacji nadmiaru energii nie muszą towarzyszyć okrutne egzekucje lub niszczycielskie burze. Ponad szczyty wzgórz wzniósł się słup krwawych płomieni.
Dziwnie nieśmiałym krokiem zbliżył się do mnie Oan:
— Opuszczacie nas, Eli? — zapytał. — Uratowaliście mnie i staliście się dobroczyńcami całego naszego narodu. Będzie mi bez was źle, admirale.
Popatrzyłem na niego bez słowa. Tkwiła w nim jakaś zagadka. Zagadka tkwiła w całym narodzie Aranów. Nie potrafiłem zapomnieć, że przodkowie tych ciemnych, fanatycznych, zabobonnych istot stworzyli potężną cywilizację kosmiczną, która oto zniknęła bez śladu. Tego nie można było złożyć na karb degradacji spowodowanej niesprzyjającymi warunkami, bo degradacji w potocznym tego słowa znaczeniu nie było, czego najlepszym dowodem stał się dla mnie sam Oan. Był taki sam jak wszyscy Aranowie i pod wieloma względami nas przewyższał! Czyż nie znaleźliśmy go na pokładzie statku posuwającego się pod prąd czasu? Czyż nie czytał z zadziwiającą swobodą każdej naszej myśli? Czyż istniała dla niego bariera językowa, nie do pokonania dla nas bez skomplikowanych urządzeń technicznych? Posiadał jeszcze wiele innych cech stawiających go ponad nami!
— Oanie — powiedziałem wreszcie. — Potrafisz pilotować gwiazdoloty. Wiesz o naturze zakrzywionego czasu więcej niż my. A twoi bracia Aranowie są ciemnymi fanatykami. Skąd czerpiesz swoją wiedzę? Dlaczego różnisz się od innych?