Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Nigdy nie widział Tarika, ale wielokrotnie go sobie wyobrażał. Czy to naprawdę on był osobą, do której szedł?
Po przejściu przez piętro warsztatów, o tej porze zamkniętych, dotarł do korytarzy znacznie ciemniejszych. Tylko pojedyncze pochodnie rozmieszczone w sporych odstępach rzucały mroczne światło na ceglane ściany. Ido ze wszystkich sił wytężył wzrok.
Był w tych okolicach, pamiętał to mimo upływu lat. Zawsze miał doskonałą pamięć, a miniony czas jej nie naruszył. Nie było to takie znów rzadkie wśród gnomów, równie odpornych na rany wymierzone przez nieprzyjaciół, jak i na efekty starzenia się organizmu.
Swobodnie poruszał się po korytarzach, prowadzony przez wspomnienia.
Potem coś usłyszał.
Zatrzymał się. Nadstawił uszu.
Z oddali krzyk, kobiecy!
Dobył miecza i zaczął biec. Ciemność była już teraz prawie całkowita, z wyjątkiem wpadającego przez okna w głębi korytarzy poblasku sierpa księżyca. Zbyt mało światła, zwłaszcza jak na jego kiepskie oko.
To chyba wina właśnie tego oka, że nie był już taki, jak niegdyś. Zobaczył ich dopiero w ostatniej chwili. Dwie ciemne plamy. Jedna z nich wydawała się trzymać w ramionach coś jaśniejszego.
— Stać!
Pierwszy cień minął go, nawet nie zwolniwszy, a drugi zawahał się przez chwilę. Potem nagły błysk.
Ido ruszył mieczem i ledwo udało mu się odparować sztylet, który upadł na ziemię, dźwięcząc o kamienie.
Jeszcze nie skończył ruchu, a już poczuł ból w ramieniu. Nie zatrzymało go to.
Wyskoczył naprzód ku czarnej postaci. Ta wywinęła się gwałtownie, ale nie na tyle, aby całkiem uniknąć ciosu Ida. Miecz musnął jej biodro.
Cień poruszał się płynnie. Obrócił się na pięcie, przeszedł za plecy gnoma, schwycił go za szyję ramieniem, zaś drugie, uzbrojone, już biegło do jego gardła. Ido wykorzystał swój wzrost. Schylił się, zrobił mostek i udało mu się wyrwać. Odwrócił się jeszcze, uderzając z boku mieczem, ale sylwetka już umknęła. Kolejny sztylet zasyczał w powietrzu, ale Ido jakimś cudem zdołał go uniknąć. Kiedy się podniósł, czarna postać została już pochłonięta przez ciemność. Znikła. Nie słyszał nawet jej kroków.
Oparł się o ścianę bez tchu.
Do diabła, takie rzeczy to już nie dla mnie.
Dotknął ramienia i nagłe ukłucie bólu zatrzymało mu oddech. Mały nóż do rzucania. Drasnął go zaledwie, ale pozostał wbity pomiędzy ciałem a tkaniną rękawa. Zacisnął zęby i wyciągnął go.
Zabójcy! Przeklęci Zabójcy Gildii!
Zignorował ból, zignorował zdyszany oddech i znów rzucił się biegiem, starając się znaleźć orientację w ciemności, odtworzyć to, co mówiła mu dziewczyna z oberży.
Było to łatwiejsze niż myślał. Z jednego z korytarzy wylewało się ciepłe i gęste światło — paleniska lub zapalonych w domu pochodni — padające na coś błyszczącego na posadzce.
Ido zwolnił ze strasznym uczuciem w żołądku. Jednoznaczny zapach w nozdrzach. Krew. Strużka krwi na ziemi.
Powoli podszedł do światła. Dom z otwartymi drzwiami, nędzny dom wśród ruin, a na progu mężczyzna, rozpaczliwie próbujący wyczołgać się na zewnątrz. Popatrzył na gnoma oczami fioletowymi ponad wszelką wątpliwość.
— Pomocy — spróbował powiedzieć, ale głos miał bardzo słaby.
Potem osunął się na ziemię.
Ido przybył zbyt późno.
Ruszył na poszukiwanie pomocy. Niełatwo było namierzyć kapłana, a jedyny, jakiego udało mu się znaleźć, był w raczej kiepskiej formie.
Wszedł do domu najwyraźniej wstrząśnięty. Zresztą Ido nie mógł się z nim nie zgodzić. Wszędzie krew, nieliczne znajdujące się w domu meble roztrzaskane i dwa ciała: Tarika przy wejściu i drugie, należące do kobiety, w środku, w największym pokoju. W przypadku kobiety od razu stało się jasne, że już nic się nie da zrobić.
Wydawało się, że Tarik ma jeszcze jakieś szanse, ale kapłan zachował ponury wyraz twarzy.
— Postaraj się zrobić więcej niż w twojej mocy — powiedział Ido przez zęby.
Pomagał kapłanowi jak mógł, ale kiedy tylko rozebrali Tarika, zdał sobie sprawę, że naprawdę potrzeba było cudu. Poczuł, jak przepełnia go ślepa wściekłość.
Podczas gdy kapłan działał z pomocą ziół i różnych formuł, Ido obracał w dłoniach sztylet Gildii. Pokonali go lepszym czasem.
Po kilku godzinach rozpaczliwych wysiłków kapłan się podniósł.
— Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, a nawet więcej, tak jak mnie prosiłeś, ale obawiam się, że nie dotrwa do świtu. To i tak cud, że jeszcze żyje. Przykro mi.
Ido położył mu dłoń na ramieniu.
— Nie masz sobie nic do zarzucenia.
Mężczyzna odszedł, obiecując powrócić nazajutrz rano, aby zająć się Tarikiem, jeżeli jeszcze będzie żywy, albo pochować jego ciało, jeżeli umrze. Dom pozostał przygnębiająco pusty.
Ido stał nieruchomo na środku pokoju. Musiał zachować jasność umysłu. Dlaczego ludzie z Gildii próbowali zabić Tarika? Czyż nie mieli zabrać go i wykorzystać do wskrzeszenia Astera? Może to ktoś inny starał się przeciwstawić sekcie i nie znalazł innego sposobu niż zabicie Tarika? Nie, ci, których spotkał na korytarzu, bez cienia wątpliwości byli Zabójcami Gildii.
Tarik poruszył się w gorączce i coś wymamrotał. Ido zbliżył się, ale nie mógł go zrozumieć. Mężczyzna otworzył oczy. Miał zamglone, dalekie spojrzenie, ale przez chwilę na niego popatrzył. Ten sam fiolet, co u Nihal. To było tak, jak gdyby znowu ją zobaczył.
— San… — wymruczał, teraz zwracając się bezpośrednio do Ida. — Mój syn, San… — Spróbował powiedzieć coś jeszcze, ale wysiłek był nadmierny, spojrzenie znów stało się nieobecne, po czym jego oczy zamknęły się.
Ido poczuł, jak przebiega go dreszcz. Nie pomyślał o tym w ferworze chwili. A nawet zupełnie o tym zapomniał!
Zaczął przetrząsać nerwowo pokoje małego domku, ale już wiedział, że odpowiedź na jego pytanie mogła być tylko jedna. Wówczas przypomniał sobie jasną plamę, którą widział w ramionach jednego z dwóch Zabójców.
Dziewczyna w oberży mówiła mu o synu, a tu nie było dziecka. Gildia go zabrała. Wzięli Sana. Z jakiegoś powodu woleli jego niż ojca.
Ido powinien odejść i niezwłocznie ruszyć tropem chłopczyka, ale czuł, że nie może opuścić Tarika. Ciało jego żony leżało w drugim pokoju, a on rzęził na łóżku. Nie mógł go zostawić i pozwolić mu umrzeć w samotności. Poczeka do świtu.
Usiadł przy łóżku i obserwował powolną agonię Tarika. W śmierci młodego mężczyzny zawsze było dla niego coś nieznośnego. W Krainie Ognia widział wielu ginących, ale nigdy się do tego nie przyzwyczaił. Mógł sobie powtarzać, że nikt z nich tak naprawdę nie umierał, bo ich towarzysze dalej walczyli, i że umarli za słuszną sprawę. Nic jednak nie dawało mu ukojenia. W końcu mógł tylko stać i przyglądać się ich daremnej walce, co najwyżej ściskając jakąś dłoń i szepcząc, że wszystko będzie dobrze, że nie ma się czego bać.
Tarik był taki jak oni. Oddychał z trudem, a teraz w gorączce razem z imieniem syna wołał też żonę. Talya. Talya i San…
Był bardzo podobny do Sennara, może nawet bardziej niż do matki. Miał szpakowate włosy, ale jego twarz była jeszcze chłopięca, jak mówiła kelnerka z oberży. Te same zdradzające mocny charakter rysy, jak u ojca, a uszy takie, jak opisała Nihal. Dziwne. Ani ludzkie, ani pół-elfickie.
Chciałby powiedzieć mu tyle rzeczy. Może wyznać mu, że jego ojciec mu przebaczył, jak napisał w tamtym ostatnim liście, prawie dwadzieścia lat wcześniej, albo obiecać mu, że odzyska jego syna, ryzykując życie, i to nie tylko po to, aby ocalić Świat Wynurzony.