Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Kiedy jedli, dalej słyszeli szepty. Były wszędzie, bliżej niż wcześniej. Wiatr przynosił słowa, a słońce, jak gdyby było w zmowie, kryło się za horyzontem, aby ustąpić miejsca nocy.
— Nie, nie możemy tu zostać, musimy iść dalej — uciął krótko Lonerin po zakończeniu ich skromnego posiłku. Ze złością schował zapasy do sakwy, a Dubhe nie potrafiła mu się przeciwstawić. Pomyliła się, postój był błędem, teraz ona też się bała. W ciemności te dziwne głosy mroziły krew w żyłach: niektóre przypominały monotonny lament, płacz; inne były cienkie, natrętne, przerażające.
Nigdy nie poruszali się nocą, więc szli blisko siebie.
Lonerin zadbał o światło. Odłożył igłę i rozpalił świetlistą kulę, która wisiała teraz tuż nad powierzchnią jego dłoni. Światło rzucało na las ponure cienie.
— Tam!
Dubhe wskazała w dal, a Lonerin odwrócił się gwałtownie. Ledwo zdążył dostrzec, jak coś nieokreślonego przebiegało za drzewem.
— Zwierzę — powiedziała zdyszana. — To tylko przeklęte zwierzę, nic innego.
Wyciągnęła sztylet. Jednak Bestia nadal milczała.
— Musimy oddalić się stąd jak najszybciej — powtórzył Lonerin.
Jego twarz w świetle kuli wydawała się jeszcze bledsza. Dubhe kiwnęła głową.
Ruszyli żwawo, ich stopy głośno posuwały się po dywanie z suchych liści i paproci, które trzaskały pod ich krokami.
I znów głosy, płacze i śmiechy, coraz głośniejsze.
W pewnej chwili Lonerin dostrzegł jakiś cień rozwiewający się pomiędzy roślinami, coś w rodzaju kłębów dymu, owijających się wokół dwóch pni.
— To nie było zwierzę — powiedział złamanym głosem.
Przyspieszył kroku, a Dubhe szybko podążała za nim, nie stawiając sobie pytań. Serce waliło jej w piersiach jak młotem.
Potem pojawił się kolejny, drugi rozwiewający się cień i jeszcze jeden — aż obydwoje zobaczyli wyraźnie, co to było: twarze kobiet uwiecznione w grymasach przypominających tragiczne maski. Wychodziły im naprzeciw i owijały się wokół ich ciał, patrząc na nich szklistymi oczami zmarłych. Składały się z powietrza, podobne do duchów.
Jedna z nich zbliżyła się do Dubhe i przeszła przez nią, wywołując wrażenie absolutnego lodu. Dubhe wrzasnęła, wymachując sztyletem na oślep przed sobą.
Prawie trafiła Lonerina, więc chwycił ją za nadgarstek i pociągnął za sobą. Zaczęli biec do utraty tchu do jedynego odcinka lasu oświetlanego przez kulę. Twarze kobiet podążały za nimi, goniły ich, owijały się wokół ich nóg.
Lonerin potknął się, potoczył się na ziemię i obydwoje upadli. Świetlista kula zgasła i wszystko stało się nieprzeniknioną ciemnością.
Szepty zamieniły się w ostre krzyki, a jęki stały się ogłuszające i piskliwe. Bestia ryknęła w Dubhe, a ona w jednej chwili ujrzała ciała porozdzierane w lesie — rzeź, do której dokonania została zmuszona za pierwszym razem, kiedy objawiła się klątwa, i była jednocześnie przerażona i podniecona. Jej zagubiony umysł chwiał się, jej ciało domagało się krwi. Coś w tym miejscu, w tej sytuacji, miało zapach śmierci, a Bestia rozpoznawała ten smak.
Usłyszała, jak Lonerin coś krzyczy, po czym zobaczyła czerwoną, oślepiającą błyskawicę. Szmery zgasły, a istoty znikły. Potem na wszystko opadła cisza.
Po omacku odszukała rękę towarzysza, udało jej się dotknąć jego ramienia.
— To duchy, ale w Świecie Wynurzonym nie ma takich. — Lonerin był zdyszany. — Odpędziłem je czarami ognia. Niestety, nie na długo.
Dubhe poczuła w środku, jak Bestia się uspokaja. Było to tylko uderzenie łapą, ale straszliwe.
— Co mamy zrobić?
— Boją się ognia. Musimy rozpalić ognisko.
— Jeżeli ludzie z Gildii nas gonią, ułatwimy im zadanie — zaoponowała.
Jej twarz owionął ciepły oddech Lonerina.
— Wolisz, żeby wróciły?
Ustalili warty. Mieli czuwać przy małym ognisku, przynajmniej tej nocy. Dubhe zaoferowała się jako pierwsza.
— Dotrzymam ci towarzystwa — powiedział Lonerin ze zmęczonym uśmiechem. — Zresztą wątpię, żeby udało mi się zasnąć.
Usadowili się zatem wokół ognia, jeszcze wstrząśnięci niedawnym strachem.
— No cóż, przynajmniej będziemy mieli co opowiadać po powrocie — zażartował, ale Dubhe nie uśmiechnęła się. — Wszystko będzie dobrze — dodał, aby ją uspokoić.
— Jak ty to robisz? — spytała, podnosząc głowę.
— Co?
— Jak ty to robisz, że tak idziesz naprzód? Mam na myśli… z taką pewnością. Jesteśmy w nieznanym miejscu, zaludnionym nie wiadomo jakim rodzajem duchów, sami i…
— Bo wiem, gdzie chcę dojść.
Głos Lonerina był stanowczy, a jego zielone oczy przejrzyste. Dubhe była pod wrażeniem.
— Mam misję, od której zależy los wielu osób, poświęciłem temu całe moje życie. Nie przyjmuję do wiadomości myśli, że coś mogłoby źle pójść, że mógłbym ponieść porażkę, między innymi dlatego, że to niczemu nie służy.
Dubhe patrzyła na niego przez kilka chwil. Był pierwszą tak zdeterminowaną osobą, z wyraźnie wyznaczonym celem, jaką znała. W swoim świecie do tej pory widziała tylko ludzi unoszonych przez prąd. Dokładnie tak jak ona sama.
— Ty też powinnaś myśleć o życiu, które rozpoczniesz, kiedy znajdziesz Sennara, kiedy już nie będzie klątwy i będziesz wolna. Bo tak się stanie. Jeżeli tego chcesz, tak będzie.
Ależ nic z tego, czego pragnęłam, nigdy się nie zdarzyło! Gornar umarł, rodzice mnie porzucili. Nawet Mistrz zostawił mnie samą!
Miała ochotę to wykrzyczeć. Jednak nie zrobiła tego. Mogła przynajmniej przez chwilę łudzić się, że słowa Lonerina są prawdziwe. Złudzenie to było słodkie, utulało ją, nie chciała go przerywać.
Uśmiechnęła się słabo, a Lonerin odwzajemnił ten uśmiech z dziwną wdzięcznością w oczach.
— Śpij, ja się tym zajmę — powiedział z niedbałym gestem.
— Pierwsza zmiana jest najgorsza, a poza tym jestem przyzwyczajona do długiego czuwania — zaprotestowała Dubhe.
— No dobrze, przyznaję, jestem przerażony, wiesz? Nie mógłbym zasnąć. Ale ty wydajesz mi się kompletnie wykończona, a poza tym to coś przeszło przez twoje ciało. Śpij, tak będzie lepiej.
Dubhe dała się przekonać. To prawda, ryk Bestii wyczerpał ją, ale nie chciała mówić tego Lonerinowi. W jego oczach znowu pojawiłaby się ta bolesna litość, a przecież pewność w jego spojrzeniu była teraz taka piękna.
Zdjęła sztylet z paska i podała mu.
— Nie potrzebuję go. Do duchów wystarczy magia.
— Na wszelki wypadek — uśmiechnęła się.
Szli przez gęstwinę, torując sobie drogę sztyletami, pozostawiając za sobą obcięte liście i połamane gałęzie. Światło padało z pochodni niesionej przez Filię, idącego obok Rekli. To ona postanowiła, że będą poruszać się również nocą, pozwalając sobie na zaledwie kilka godzin snu.
— Już nie mamy smoka, a oni mają nad nami przewagę przynajmniej trzech dni. Musimy ją nadrobić.
— Ta ziemia tryska zagrożeniami, jestem tego pewien, umrą i bez naszej interwencji — zauważył Kerav.
— Nie! — krzyknęła ze złością Rekla. — To ja muszę ją zabić, to ja muszę wlać krew tej łajdaczki do basenów Thenaara! I tak będzie.
Sprawiała wrażenie wilka niezmordowanie podążającego tropem swojej ofiary.
Tego dnia weszli na małe wzgórze, aby mieć lepszy widok na okolicę.
Kiedy dotarli na szczyt, księżyc stał wysoko. Widzieli go po raz pierwszy od początku podróży i Filia zatrzymał się, aby mu się przyjrzeć, z pewnym zdumieniem.