Jeszcze może załopotać
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Год: 2019
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788366178175
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Jeszcze może załopotać». Краткое содержание книги:
Najwyraźniej zabrakło mu słów.
Psiarka nabrała tchu.
— Jeszcze może załopotać, panie.
Spojrzeli na nią obaj jakby dopiero teraz dotarło do nich, że jakaś dziewczyna owinięta w fioletową pelerynę gońca stoi obok. I jeśli były jakieś chwile w życiu władcy, gdy Kregan-ber-Arlens wykazał się absolutną przenikliwością, był to jeden z tych właśnie momentów, bo zamiast kazać zamknąć tę najwyraźniej szaloną dziewkę w lochu, spojrzał na nią z nagłą uwagą i powiedział:
— Mów.
* * *
„Pierwsza Armia Konna zaszarżowała o świcie, trzeciego dnia bitwy o Meekhan, ruszając na przeciwnika, który spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie czterdziestu tysięcy konnych atakujących z gardzieli Doliny Saweradzkiej.
A gdy pułki konne zaczynały się rozpędzać do szarży, na Łabędzim Wzgórzu załopotała Wielka Chorągiew, dająca znać piechocie, że ta ma się usunąć im z drogi. Zszyto ją pospiesznie z wielu materiałów. Dolną, krwawoczerwoną połowę stanowiły płaszcze gwardzistów, górną, granatową wycięto ze ścian cesarskiego namiotu, żółte obrusy kryjące stoły w tym namiocie utworzyły zarys złotej korony a peleryny gońców naszyto na środku w kształcie płatków pierwiosnka.
I nikt się nie śmiał ani nie kpił, bo podobno sam cesarz trzymał w ręku igłę i zszywał do kupy te różne rzeczy, byleby tylko o świcie jego ludzie dostali właściwy sygnał.
I dostali taki, jak trzeba.”
Mężczyzna uśmiechnął się lekko. Jeśli ktoś szukałby najwspanialszego dowodu meekhańskiego pragmatyzmu, to nie znalazłby lepszego niż chorągiew pozszywana z byle czego, by wygrać bitwę.
I zaraz zmarszczył brwi, wracając na wiśniowe wzgórze. Ostatni raz dzisiaj.
„Chociaż dla nas, dla Sześćdziesiątego Siódmego nie miało to żadnego znaczenia. Całonocne ataki przetrwało nas ledwie pięciuset, a łopoczącej chorągwi, stworzonej z przypadkowych kawałków materiału, i tak nie widzieliśmy. Usłyszeliśmy za to huk, dźwięk nie do opisania (w każdym razie ja nie jestem w go stanie opisać), gdy kopyta czterdziestu tysięcy koni zaczęły walić o ziemię. A potem usłyszeliśmy, jak ciężkie chorągwie uderzyły na pozycje koczowników z takim impetem, że postawione na szczycie kopca machiny nie zdołały wystrzelić nawet jeden raz. Słyszeliśmy żelazo walące o żelazo, wrzaski ludzi, krzyki konających i rżenie koni. Krzyki te przetoczyły się obok naszego wzgórza, wybuchły ze zdwojoną siłą u jego podstawy i zaczęły się oddalać, w miarę jak kolejne pułki jazdy wylewały się z doliny i szły do ataku na pierzchającą armię Se-kohlandczyków.
A my staliśmy tam w mniej więcej pięciuset. Pięć setek z prawie dwóch i pół tysiąca i nie było wśród nas nikogo, kto nie odniósłby ran. Rankiem mieliśmy tylko jednego kapitana i dwóch poruczników, pułkownik Samgeris-ols-Tersa zginął wkrótce po północy, rozsiekany na strzępy przez barbarzyńców, którzy nie rozumieli, dlaczego nie chcemy się poddać, albo chociaż dać się zwyczajnie pozabijać.
ANNKS był odpowiedzią.
Wiśniowe wzgórza noszą teraz imię pułkownika ols-Tersa, a weterani, którzy je obronili, noszą ANNKS na mankietach koszul. I są tacy, którzy błyskają tymi czerwonymi literami z prawdziwą dumą, lecz są i tacy jak ja, którzy oddaliby prawo do ich noszenia w zamian za spokojne sny”.
Sięgnął po następną kartkę, czując, że Maiwa chyba miała rację. Opisanie tych wydarzeń, zamknięcie ich w klatkach słów tkwiących na papierze zadziałało… kojąco. Dawno nie miał tyle spokoju w sercu.
„Miałem też napisać, dla mojej córki i wnucząt, jak cesarz ocalił mi życie (nie licząc tego, że w końcu wygrał bitwę, ha, ha). Ja umierałem na tym wzgórzu, gdy cesarski orszak na nie wjechał. Nie wiem po co, skoro trwała bitwa, ale jasne było, że teraz już nikt nie wypuści imperatora na pierwszą linię. Ale wjechał na nasze wzgórze, siedząc na białym ogierze, a gdy drzewa zmusiły go do zejścia z siodła, szedł sam na górę, brudząc zbroję i płaszcz krwią. Naszą i ich. I byłem pierwszym żywym jeszcze żołnierzem, jakiego cesarz napotkał. Znalazł mnie siedzącego pod drzewem, z tarczą osłaniającą moje połamane nogi. Krwawiłem z rany na głowie i niewiele widziałem, więc gdy wyczułem ruch, najpierw udałem martwego, a gdy podszedł bliżej, wrzasnąłem i próbowałem dźgnąć go mieczem. Tak jak robiłem to przez całą noc z każdym nadchodzącym z dołu.
Tak właśnie było. Ja, Mawilo Vanesares, żołnierz Sześćdziesiątego Siódmego pułku, próbowałem zadźgać cesarza Meekhanu, gdy pierwszy raz spotkaliśmy się twarzą w twarz. Wrzeszczałem przy tym: Nie na kolanach! Nie na kolanach, sukinsynu!
Mój miecz ześlizgnął się po cesarskim napierśniku, a towarzyszący mu gwardziści rzucili się na mnie, gotowi rozsiekać. Ale Kregan-ber-Arlens powstrzymał ich jednym słowem, ratując moje życie.
I to właśnie mówię, każdemu, kto mnie zapyta – cesarz ocalił mi życie, więc mu służę. Nie jest to jednak prawdą. Nie służę mu, bo nie pozwolił mnie zabić. Służę mu za to, co zrobił później.
Bo odesłał swoich gwardzistów, każąc im szukać innych żywych żołnierzy między drzewami, a potem stał przez chwilę pośrodku sadu, na ziemi, gdzie trup leżał na trupie, po czym podszedł do najbliższego z naszych poległych, ukląkł, zakrył mu twarz płaszczem i, przysięgam na życie moich dzieci i wnuków, zapłakał. I tylko ja to widziałem, więc były to szczere łzy, a nie takie na pokaz. Zresztą do tej pory nie wiem, czy on wie, że widziałem, jak płakał nad nami, nad każdym zabitym żołnierzem z Piątego Regimentu i nad tym, czego dokonaliśmy.
Właśnie dlatego zostałem Brązowym Klucznikiem i strzegę spokoju, i bezpieczeństwa imperatora.
Bo Kregan-ber-Arlens płakał, klęcząc na wzgórzu ols-Tersa wśród tysięcy zabitych żołnierzy.
I takie są moje wspomnienia z tej bitwy.
Mawilo Vanesares – Brązowy Klucznik”.
Ostatnia kartka powędrowała na stos, a mężczyzna uśmiechnął się lekko i rozprostował ramiona. I po raz pierwszy od lat, w rocznicę Bitwy o Meekhan poczuł senność, taką zwykłą, zwiastującą dobrą noc senność. I mimo, iż zbliżał się świt, postanowił, że wróci jeszcze do łóżka i prześpi się trochę.
Jutro mają, zgodnie z cesarskim rozkazem, zacząć przenosić kwaterę władcy z pałacu Kaliahe do Menaner.
Chyba nadchodziły ciekawe czasy.
* * *
Cesarz kazał ją odszukać wiele godzin po bitwie. Miasto oszalało, w świątyniach dzwony nie milkły nawet na chwilę, pijany tłum wypełniał ulice, a Psiarnia miała pełne ręce roboty, próbując nie dopuścić, by świętowanie przemieniło się w zamieszki, bo większość armii była poza stolicą. Kawaleria Laskolnyka ścigała rozbitego Ojca Wojny, piechota po zdobyciu obozowiska koczowników zajęta była pilnowaniem jeńców oraz liczeniem łupów.
Psiarka uważała, że groźba zamieszek jest żadna. Nauczyła się już czuć nastroje ulicy, a te zwiastowały tylko pijaństwo i zabawę. Jej służba w charakterze gońca dobiegła końca i zastanawiała się, co teraz będzie. Takie ogarze szczenięta jak ona albo szkoliły się nadal, albo wracały na ulicę.
Mimo wszystko była bardzo zaskoczona, gdy kazano jej stawić się w kwaterze cesarza.
— Jak się nazywasz? — zaczął bez specjalnych wstępów.
Dygnęła.
— Wołają na mnie Psiarka, Wasza Wysokość.
— Dlaczego?
— Bo lubię psy.
— Rozumiem. A jak masz na imię?
Zarumieniła się.
— Eusewenia. Eusewenia-kon-Pores.
— To prawdziwe nazwisko?
— A o imię nie zapytasz, panie? — palnęła, nim ugryzła się w język.