Niebezpieczny Krok
- Автор: Бэлоу Мэри
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Niebezpieczny Krok». Краткое содержание книги:
– Ojej, jednak pan poczekał – westchnęła na jego widok.
Zastanawiał się, jak to możliwe, że to obszarpane stworzenie wygląda nie tylko pięknie, ale też wydaje się pełne życia. Christine wetknęła głowę w kuchenne drzwi.
– Idę już! – zawołała. – Pani Mitchell, dziękuję za przyniesienie wody i mydła. Jest pani kochana.
Czy ona mówiła do służącej?
Pastorowa wyszła na zewnątrz i siostry uściskały się serdecznie. Potem przybiegły dzieci, które też należało po kolei poprzytulać. Wreszcie Christine uścisnęła rękę szwagra i cmoknęła go w policzek. Cała rodzina obeszła dom, by stanąć na ganku i machać do niej na pożegnanie, gdy ruszała do oberży, odległej o dwie minuty drogi.
Zdumiewające widowisko, pomyślał Wulfric.
– Nie wiem, dlaczego ciągle wpadam w takie okropne tarapaty – powiedziała pani Derrick, ujmując ramię, które jej podał. – Ale zawsze tak było. Hermione, która próbowała zrobić ze mnie damę, gdy wyszłam za Oscara, była bliska rozpaczy. Oscar z czasem zaczął twierdzić, że robię to z rozmysłem, by okryć go hańbą. A ja zawsze byłam niewinna.
Wulfric milczał.
– Oczywiście gdybym poczekała, Anthony Culver pewnie sam wszedłby na drzewo – ciągnęła. – Nie sądzi pan?
– O tak, madame – rzucił szorstko.
Roześmiała się.
– Cóż, przynajmniej goście Melanie i Bertiego nieprędko mnie zapomną – stwierdziła.
– Istotnie, madame, nieprędko – przyznał.
W tym momencie weszli do gospody. Christine otoczyła grupa osób, wśród nich Justin Magnus, jego młodsza siostra i bliźniacy Culver. Powitali ją niemal jak bohaterkę, choć nieco komiczną. Śmiali się wszyscy razem. Wulfric musiał przyznać, że pani Derrick przynajmniej potrafi się śmiać z samej siebie.
Gdy jednak ten nieznośnie dłużący się poranek dobiegł końca, stwierdził, że po prostu brakuje jej ogłady. Przez resztę pobytu w Schofield powinien uważać i utrzymywać wobec niej odpowiedni dystans.
Co nie wydawało się łatwe, bo choć szybko przestał odróżniać jedną damę od drugiej, o pani Derrick myślał zdecydowanie za często. Miała piękne oczy i śliczną buzię, choć trochę oszpeconą opalenizną i piegami na nosie. Gdy była ożywiona albo się śmiała, stawała się olśniewająco piękna. Miała wąskie kostki, zgrabne nogi i ładnie zaokrągloną figurę.
Nie tylko on to zauważył. Szybko stała się ulubienicą niemal wszystkich panów. Trudno było wytłumaczyć jej urok, bo przecież nie była ani elegancka, ani wytworna, ani młoda.
Miała jednak w sobie iskrę, wewnętrzną radość, promienne ożywienie…
Fizycznie bardzo go pociągała.
Zorientował się, że jest biedna jak mysz kościelna. Zadając Mowbury'emu pozornie niewinne pytania, dowiedział się, że jej mąż w ciągu ostatnich kilku lat życia roztrwonił majątek na hazard i gdy zginął w wypadku na polowaniu w majątku Elricka, wdowa została bez grosza. Elrick najwyraźniej spłacił jego długi, lecz nie zajął się wdową. Przecież jej prawie najlepsza suknia została kupiona trzy lata temu. Poza nią miała niewiele więcej.
Wulfric nie czuł rozbawienia, gdy zdał sobie sprawę, że czuje pociąg do kobiety, która nie miała ani jednej cechy, jakie podziwiał u kobiet. I nie na żarty zaniepokoiło go, gdy przyłapał się na tym, że zastanawia się, jak by to było znaleźć się z nią w łóżku. Nie miał w zwyczaju myśleć w ten sposób o kobietach.
Ale ciągnęło go do pani Derrick.
I nie mógł się uwolnić od lubieżnych myśli.
Po wypadku na dziedzińcu kościoła Christine wracała do Schofield w towarzystwie Justina.
– Strasznie długo musiałeś czekać w gospodzie – powiedziała. – Jestem ci bardzo wdzięczna, Justinie. Gdybyś nie poczekał, musiałabym wracać w towarzystwie księcia Bewcastle'a.
– Myślałem, że będziesz na niego patrzeć jak na rycerza w lśniącej zbroi – odparł z rozbawioną miną.
– Nigdy dotąd nie przeżyłam takiego upokorzenia – wyznała. – Gdyby tylko został w domu i nie był świadkiem tego okropnego widowiska, wszystko nie wydałoby się takie straszne. Justinie, on ani razu się nie uśmiechnął, nie odezwał jednym współczującym słowem. Nie mam nic przeciwko temu, żeby się ze mnie śmiać, zresztą potrafię się śmiać z samej siebie. On zachował się, jak na dżentelmena przystało, i jestem mu bardzo wdzięczna, że tak szybko zareagował. A jednak przez cały czas miał tak ponurą minę, że czułam się mała jak robaczek. Szkoda, że nie mogłam się skurczyć do tej wielkości, wtedy mogłabym się spokojnie owinąć podartą suknią i przemknąć na plebanię. Nie ucierpiałaby moja godność.
– Chrissie, gdybyś tylko mogła się zobaczyć – roześmiał się Justin.
– Dziękuję, mam aż nadto bujną wyobraźnię – odparła i też wybuchnęła śmiechem.
Ale w duchu westchnęła. Dobry Boże! Gdy stanął przy niej i patrząc prosto w oczy, osłaniał jej półnagie ciało przed wścibski – mi spojrzeniami reszty towarzystwa, cała aż drżała z pożądania. Na szczęście mogła złożyć tę reakcję na karb skrępowania swoim wyglądem i próżnym wysiłkiem, by się osłonić. Czuła jego zapach; używał wody kolońskiej z nutą piżma, niewątpliwie bardzo drogiej. I czuła żar bijący od niego niczym z wielkiego paleniska.
To dobrze, że Justin nie domyślał się tych jej odczuć. Niektóre rzeczy trzeba zachować w sekrecie nawet przed najlepszymi przyjaciółmi. To było niedorzeczne i właściwie naganne, że pałała pożądaniem do mężczyzny, którego z całego serca nie znosiła.
Kiedy dotarli do domu, miała ochotę uciec do swojego pokoiku. Ba, z radością zapadłaby się w czarną otchłań, gdyby w jej pokoju były takie udogodnienia. Lecz młode damy, które były świadkami jej upokorzenia, nie zamierzały pozwolić jej tak łatwo umknąć. Lady Sarah poprosiła Christine i resztę pań, by zebrały się w żółtym salonie.
– Choćby nie wiem, jaki był zakład, nie zrobiłabym z siebie takiego widowiska – rzuciła pogardliwie.
– A jeśli pani, pani Derrick, myśli, że wygrała, to ja jestem innego zdania – dodała urażonym tonem Miriam Dunstan – Lutt. – Od naszego wejścia do gospody do chwili, gdy pani pojawiła się tam z księciem Bewcastle'em, upłynęło tylko pięćdziesiąt minut, specjalnie patrzyłam na zegar nad drzwiami. Zresztą przez większość czasu książę i pani przebywaliście w towarzystwie pastora i jego rodziny, czyli wcale nie sam na sam. Znów ten przeklęty zakład!
– Kuzynko Christine, cieszę się, że nie muszę ci wręczać dzisiaj nagrody – odezwała się z przekąsem Audrey. – Jeszcze nikt nie wpłacił ustalonej jednej gwinei.
– Należy współczuć pani Derrick – oznajmiła Harriet King, bynajmniej nie współczującym tonem. – Mam wrażenie, że żona pastora wyciągnęła tę suknię z worka na szmaty.
– Ale łatka na spódnicy została przyszyta bardzo zgrabnie – zauważyła lady Sarah ze sztuczną słodyczą. – Prawie jej nie widać.
– Trzeba przyznać, że ta scena na dziedzińcu kościoła była pyszna – wtrąciła się Rowena Siddings. – Nigdy się tak nie uśmiałam. Pani Derrick, gdyby pani mogła zobaczyć swoją twarz, gdy zeskoczyła na ziemię – wybuchnęła śmiechem, a pozostałe damy, z wyjątkiem panny King i lady Sarah, zawtórowały jej.
Christine nie zamierzała wdawać się w wymianę uszczypliwości, nie miała więc innego wyjścia niż też się roześmiać. Śmiech z samej siebie zaczynał ją już jednak męczyć.
Rozmowa przerodziła się w ożywioną dyskusję na temat tego, jak wygrać zakład.
Potem starsze damy, z których żadna nie uczestniczyła w wycieczce do wsi, usłyszały o nieszczęsnym incydencie podczas wyprawy. Oczywiście tylko cud mógłby Christine przed tym uchronić. Lady Mowbury była bardzo miła. Zaprosiła Christine, by usiadła koło niej w salonie i opowiedziała jej swoją wersję wydarzeń, co ta uczyniła, znacznie ubarwiając całą historię.