Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
Adrien Weiss przeglądał fiszki, siedząc w swoim gabinecie w komórce psychologicznej.
– Teraz trzeba wybrać tych najbardziej niezależnych, najbardziej zdolnych do życia w społeczeństwie i mających najsilniejszą motywację – powiedział Yves.
– Mam już najlepsze kryterium, żeby wyłapać tych z najsilniejszą motywacją – oznajmił Adrien. – To bardzo prosty test sprawdzający dla przyszłych agentów tajnych służb. Będziemy wzywać kandydatów do różnych ośrodków i kazać im czekać całe godziny bez żadnego wyjaśnienia. W ten sposób zdołamy się przekonać, którzy z nich mają silne nerwy, a którzy nie.
Satine uznała, że to rozsądny pomysł.
– I powiemy im o projekcie?
– Oczywiście, że nie. Chodzi o to, żeby mieli motywację do wymyślonego projektu, którego nawet nie znają.
Wszystkie ośrodki wezwały zatem na ósmą rano dziewięćset trzydzieści dwa tysiące kandydatów, każąc im czekać w salach gimnastycznych i innych dużych pomieszczeniach aż do dwudziestej pierwszej. Już po pierwszej godzinie odpadła jedna czwarta. Pod koniec trzeciej godziny pozostała zaledwie połowa, czyli czterysta trzydzieści trzy tysiące kandydatów.
22. FAZA KLAROWANIA
Pustynny wiatr dmuchał gwałtownie.
Chmury gnały po niebie niczym w wyścigu.
Ukończywszy fazę selekcji, twórcy projektu „Ostatnia Nadzieja” przeszli do fazy tak zwanego klarowania.
Adrien Weiss zbudował nowe miasto obok właściwego ośrodka. Miało ono kształt koła i znajdowało się nad daszkiem litery „T”.
Ponieważ pierwsze miasto, to, w którym mieszkali inżynierowie i które leżało w lewej części daszka, nosiło nazwę Miasta – Motyla, drugie ochrzczono Miastem – Gąsienicą. W ten oto sposób dano do zrozumienia, że ci, którzy będą się dobrze sprawować w Mieście – Gąsienicy, pewnego dnia przeprowadzą się do Miasta – Motyla.
Cały obszar Miasta – Gąsienicy został naszpikowany kamerami, a wszyscy psychologowie, których było trzydziestu dwóch, wraz ze swoimi asystentami siedzieli na zmianę przed ekranami monitorów, obserwując życie czterystu trzech tysięcy kandydatów. Na ulicy, w grupie, ale również w domach.
Przypominało to gigantyczny reality show.
Wszyscy kandydaci mieli świadomość, że są śledzeni i filmowani. Wszyscy dokonujący przesiewu mieli świadomość, że większość kandydatów może udawać kogoś, kim nie jest.
Ale czas pokaże.
Adrien wychodził z założenia, że nie da się oszukiwać otoczenia w nieskończoność. Muszą być takie chwile, kiedy człowiek odsłania prawdziwą twarz.
Odbyło się klarowanie. Na początku rada złożona z trzydziestu dwóch decydentów odrzuciła wszystkich ludzi przejawiających jakiekolwiek skłonności do przemocy.
Wszystkich choleryków.
Wszystkich niewrażliwych na cudze problemy.
Wszystkich przejawiających zachowania aspołeczne.
Wszystkich podążających wyłącznie za głosem przywódców bez posługiwania się wolną wolą.
W ciągu jednego tygodnia z czterystu trzydziestu trzech tysięcy zrobiło się trzysta dziesięć tysięcy.
Satine Vanderbild zachowywała ostrożność.
– Istnieje niebezpieczeństwo, że na koniec zostaną nam sami najlepsi spryciarze. Najbardziej uzdolnieni w oszukiwaniu otoczenia.
Adrien Weiss nie podzielał jej punktu widzenia.
– Zaufaj upływowi czasu, w końcu maski kiedyś opadną. Kiedy człowiek chodzi na palcach, żeby wyglądać na wyższego, w końcu się zmęczy.
Po dwóch tygodniach było ich dwieście pięćdziesiąt tysięcy. Po miesiącu dwieście osiemnaście tysięcy.
– Najwyższy czas dołożyć do ognia, żeby przyspieszyć gotowanie, a co za tym idzie odparowanie tych najlżejszych – oznajmi! po prostu Adrien Weiss.
Powiadomiono więc kandydatów, że misja „Ostatnia Nadzieja” to zajęcie na cale życie. Jeśli się go podejmą, do końca swoich dni nie będą już mogli robić nic innego.
Liczba spadła natychmiast do stu osiemdziesięciu pięciu tysięcy.
– Dołóżmy więcej.
Następnie oświadczono im, że wynagrodzenie ulegnie obniżeniu. Odeszli więc wszyscy ci, których jedyną motywację stanowiły pieniądze.
Pozostało już tylko sto czterdzieści pięć tysięcy osób.
Odrzucono więc ostatni tysiąc „wątpliwych”, aby uzyskać wreszcie idealną liczbę stu czterdziestu czterech tysięcy.
Wszystkie te osoby podpisały umowy.
Dopiero wówczas poinformowano je o projekcie „Ostatnia Nadzieja” i o istnieniu statku kosmicznego z napędem słonecznym.
Kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, wybrani rozpoczęli przygotowania do nowej pracy.
Każdego ranka sto czterdzieści cztery tysiące potencjalnych kosmonautów musiało przechodzić specjalny trening, aby móc podołać fizycznie życiu w kosmosie. Po południu zaś, po dietetycznym obiedzie, uczyli się, jak działa Gwiezdny Motyl i w jaki sposób najlepiej rozdzielić zadania, ledwie ich miasto w przestrzeni międzygwiezdnej będzie się nadawało do życia.
Od tej pory kwartet miał sto czterdzieści cztery tysiące wspólników.
Mieli nadzieję, że w tym osobliwym stadzie istot ludzkich nie będzie zbyt wielu czarnych owiec.
23. FAZA ROZKŁADU
Nie dało się utrzymywać tego bez końca w tajemnicy. Start rakiety Gwiezdny Motyl IV został namierzony przez rządowe radary wojskowe.
Nawet jeśli można było uznać kilka rakiet za rozrywkę jakiegoś amatorskiego klubu, to fakt, że urządzenie wysokości dwunastu metrów wzniosło się aż na orbitę okołoziemską, nie mógł nie zwrócić uwagi obserwatorów z zewnątrz.
Politycy wzmogli czujność.
Satelity zaczęły fotografować bazę „T”.
Rozesłano szpiegów.
W końcu udało im się odkryć tajemnicę: otóż gdzieś z dala od ludzkich siedzib, w samym środku pustyni, jakiś ekscentryczny miliarder realizował właśnie osobisty projekt aeronautyczny.
Kiedy jednak wywnioskowano, że zamierza zbudować olbrzymi statek kosmiczny, który może pomieścić ponad sto tysięcy osób, sprawa przybrała inny obrót.
Po szpiegach do ośrodka „Ostatnia Nadzieja” ruszyli dziennikarze.
Podejrzewano, że Gabriel Mac Namarra zwariował i że w przypływie megalomanii chce stworzyć jakąś apokaliptyczną sektę.
Podejrzewano, że zamierza ze stu tysięcy ludzi uczynić niewolników. Oddać się jakimś nieludzkim eksperymentom.
Na miejsce wysłano zatem komisję śledczą, aby przesłuchała sto czterdzieści cztery tysiące osób. Nie zdołała ona jednak postawić żadnych konkretnych zarzutów. Kwestia, czy można pozwolić, aby przeciętna jednostka porwała się na zdobywanie kosmosu, pozostała nierozstrzygnięta.
W końcu sprawa straciła swój lokalny charakter.
Narody Zjednoczone zażądały od rządu dostarczenia pełnej dokumentacji oraz ujawnienia działalności miliardera.
Najbardziej oburzone były kraje najbiedniejsze, często rządzone przez dyktatorów. Domagały się one, aby ONZ przejęła kontrole nad projektem i aby w skład załogi weszli przedstawiciele wszystkich krajów. Następnie swoje zdanie wyrazili duchowni. Zaszokowani faktem, że na sto czterdzieści cztery tysiące osób nie ma żadnego kapłana, oni także zażądali, aby wśród załogi znalazł się reprezentant każdej religii. Potem przyszła kolej na feministki, które domagały się równości mężczyzn i kobiet. Skoro jednak ta już istniała, przestały się upierać.
Na koniec politycy zażądali jednakowej liczby przedstawicieli dla każdego ruchu politycznego. Zaczęto mówić o demokratycznym wyborze pasażerów. Albo o losowaniu ich. Albo wreszcie o poddaniu ich egzaminom.
Media miały prawdziwe używanie; „tajny” projekt „Ostatnia Nadzieja” oraz jego prototyp rakiety Gwiezdny Motyl stały się ulubionym tematem reportaży.