Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– I znowu zapłacisz wszystkim, czym jesteś?
Tym razem Szarka odwróciła wzrok.
– Czy nie rozumiesz, książę? – spytała szeptem. – Nie wiem, czym jestem. Dlatego sięgnęłam po wodę Ilv.
Splotła dłonie tak mocno, że pobielały czubki palców.
– Zima na Wyspach Zwajeckich była bardzo długa i zanim zelżały mrozy, zrozumiałam pewną prostą prawdę. Może wcale nie jestem Sharkah i nie odrodziłam się na nowo, aby cię odnaleźć. Równie dobrze mogę być pastuszką norhemnów, która kiedyś nieopatrznie stanęła na drodze bogini, ta zaś nakarmiła ją fałszywymi wspomnieniami i wypuściła w świat jak strzałę z łuku. Albo córką Suchywilka, którą handlarze niewolników sprzedali na południowych stepach. Albo nawet dziwką z portowego zamtuza, jak pomyślałeś tamtej nocy na Tragance.
Zacisnął zęby.
– Nie…
– Nie wiem, książę! – przerwała mu gwałtownie. – Nigdy się nie dowiem. Nie ma dowodu na prawdę. Czasami wydaje mi się, że oszalałam. A czasami chciałabym oszaleć i nie zastanawiać się nad tym więcej.
– Czy ma znaczenie, dlaczego tu jesteś?
– Jak możesz pytać?
– Ponieważ na Przychytrzu ja również zrozumiałem jedną pewną prostą prawdę – odpowiedział po prostu. – Nie jestem gotów cię stracić.
Przechyliła się przez burtę, muskając dłonią fale. Złotorude włosy opadły i zasłoniły jej twarz.
– Czy to największy wysiłek, książę, jaki uczynisz, aby mi powiedzieć, że mnie kochasz?
– Nie. – Uśmiechnął się. – Jedynie pierwszy z wielu.
Roześmiała się dziwnym zdławionym śmiechem i wtedy po prostu przyciągnął ją do siebie.
Jej usta smakowały jak morska woda, łzami i solą. Zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażał przez rok, od tamtego spotkania w ogrodach Traganki. Nagle cała reszta stała się nieważna. Ledwie zauważył, że Szarka próbuje rozsupłać troczki jego koszuli. W końcu zerwała je niecierpliwie. Przetoczyli się na dno łodzi. Wręgi wbiły mu się w żebra, przez burtę chlusnęła woda. Otrzeźwiła go trochę.
– Nie tutaj… – Uniósł się na łokciach.
– Tutaj. – Objęła go mocno i pociągnęła w dół. – Czekałam zbyt długo.
Wciąż nie miał pewności, czy mówi o nim, czy o tamtym wyśnionym, nieistniejącym mężczyźnie. Ale jej oczy koloru wiosennej trawy były szeroko rozwarte i nie oderwała od niego wzroku nawet wtedy, kiedy wreszcie zachłysnęła się powietrzem.
– Skłamałam – powiedziała o wiele, wiele później. – Pamiętam, co wydarzyło się na Przychytrzu. Byłam z wiedźmą, kiedy pokazałeś jej swoją Iskrę. Nią również mogę być, ukochany. Mogę okazać się twoją śmiercią.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
Zbiegun otarł wilgotną szmatką czoło Warka. Kniaź zajęczał w malignie, usiłując uniknąć dotknięcia. Kapłan ostrożnie przytrzymał jego głowę i zajrzał pod bandaże, którymi przesłonięto oparzenia. Rany jątrzyły się paskudnie.
– Jakże wam się zdaje, zdrów będzie? – odezwał się siwowłosy woj, dziesiętnik sinoborskiej drużyny.
– A skądże mnie wiedzieć? – syknął przez zęby kapłan, rad, że może okazać złość.
– No, to zróbcie coś wreszcie. – Stary wojownik niepewnie podrapał się po czole, przeciętym świeżą szramą. – Modły jakieś odprawcie albo insze kapłańskie sztuczki. Bo jakże tak? Najwyższy sinoborski kniaź jak trup leży, okręty popalone… Przyjdzie nam tutaj sczeznąć z powodu jednej zwajeckiej dziwki.
Na wspomnienie Szarki Zbiegun zacisnął zęby. Minęło pięć dni od bitwy i pojedynku na klasztornym dziedzińcu, lecz wciąż zwidywała mu się blada twarz Iskry i jej zielone oczy rozdęte szałem, kiedy kolejno mordowała jego sługi na brzegu Wewnętrznego Morza. A jeszcze lepiej zapamiętał jej pomocnika, potwora uczynionego z magii, dymu i śmierci. Zbiegun chytrze ukrył się w wodzie, bo rozumiał, że każda bestia, choćby najbardziej potężna, zlęknie się morskiej wody i nie wejdzie pomiędzy fale. Stał po szyję w wodzie, dygocząc z zimna i przerażenia. Patrzył, jak monstrum rozdziera kolejnych wojowników, druzgocze ich czaszki i pochłania jeszcze gorące ciała. Ale najgorsze miało dopiero przyjść – kiedy wicher przywiał znad morza pasma włosów Iskry.
Nagle wszystko wokół niego było ogniem, nawet woda. Płomienie mknęły ku okrętom na grzywach fal, czerwona piana wirowała wokół burt, spopielając wiosła. Powietrze paliło płuca. Zbiegun zadarł wysoko świątynną szatę i rzucił się na powrót do brzegu. Cokolwiek mordowało jego ludzi na czarnych kamieniach plaży, było przynajmniej żywe i człowiek mógł je zabić. Dopiero później zrozumiał, że ogień również był żywy i bardziej podstępny od wszelkich potworów.
Kiedy Zbiegun wyczołgał się na brzeg, bestia znikła. Nasyciła się mordem albo zlękła wojowników, którzy pędzili od strony klasztoru, zaalarmowani pożogą. Sinoborzanie z początku próbowali tłumić ogień. W prawdziwe przerażenie wpadli, zrozumiawszy, że tego ognia nie da się ugasić, póki nie strawi okrętów do ostatniej stępki i nici z żagla. Unoszone podmuchami wichru płomienie rwały się na strzępy i frunęły w głąb wyspy. Zbiegun bezradnie przyglądał się, jak ogarnęły trzech pachołków, którzy nadbiegali z klasztoru z wiadrami, i spopieliły ich ze szczętem. Kapłan pojął wówczas, że ten ogień, zaprószony przez młodszą siostrę bogów, w niczym nie przypomina płonącej stodoły i nie zostanie ugaszony ręką śmiertelnika. Rozkazał ludziom cofnąć się z plaży. Ale nie zamierzał wybaczyć, że zmuszono go, aby bezradnie patrzył, jak kaprys Iskry odbiera mu szansę na powrót do domu.
– Okiennice zawrzyjcie! – rzucił do wojownika. – Kniaź jeszcze niezdrów, a wicher duje.
Ale w istocie szło o coś zupełnie innego. Gdy wiatr powiał mocniej, Zbiegun wyczuwał wyraźny swąd spalenizny. Zgliszcza zwajeckich okrętów wciąż dymiły. Wewnętrzne Morze wypchnęło zwęglone kadłuby wysoko na brzeg i Zbiegun miał uczucie, jakby wszystko sprzysięgło się, by przypominać mu, że Wark własnymi rękami zniszczył swoje ocalenie.
– Niezdrów, niezdrów… – Wojownik posłusznie ruszył ku oknu, lecz nie przestał zrzędzić. – Od razu by do sił przyszedł, jakbyśmy tę suczą dziwkę usiekli, co mu gębę osmoliła. Krew hańbę płucze i rany zamyka, kapłanie. Ale wyście nawet jej ojca ubić nie pozwolili. – Pokręcił niechętnie głową. – Choć krew naszego pana płacze i pomsty woła.
Istotnie, Zbiegun zakończył rzeź na dziedzińcu klasztoru, obiecując niedobitkom Zwajców życie, jeśli się poddadzą. Miał szczery zamiar dotrzymać słowa – Kea Kaella nie kochała krzywoprzysięzców i ani myślał narażać się na jej gniew. Ale nic więcej.
– A wiedźma dalej nie gada?
Jasnowłosą wiedźmę znaleziono nazajutrz po bitwie. Była umazana krwią i Zbiegun zrazu sądził, że zdechła. Jednak życie tliło się w niej jeszcze, choć słabo. Przykazał ją opatrzyć i napoić krzepiącymi wywarami, aby przyszła do siebie. W Sinoborzu gadano, że wiedźmy mają po siedem żyć, więc przeklętnicę trudniej dobić od kota. Lecz i tak zdumiało go, jak szybko przyszła do zdrowia. Następnego dnia siadała już i żarła. A trzeciego dnia wydał ją drużynnikom Warka.
W treglańskim przybytku wiedźmy trzymano głęboko w podziemnych korytarzach. Zbiegun nie miał do nich dostępu: najwyższa kapłanka dobierała sobie pomocniczki spośród własnej płci. Mężczyznom nie ufano i był to jeden z powodów, dla których młody wówczas Zbiegun podniósł bunt przeciwko zwierzchności. I przegrał. Córka Krobaka nie miała wiele miłosierdzia dla pokonanych. Obdarto go z kapłańskich szat, odebrano święte wrzeciono i wysmagano na dziedzińcu przed przybytkiem. Jedynie dzięki rodowemu złotu udało mu się zbiec z ciemnicy tuż przed kaźnią.