Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– To była wioska norhemnów, prawda? – spytał cicho. – Dlatego nosisz ich strój?
– Nie wiem. Przypominam sobie tylko zapach krwi, spiekotę i brzęczenie much. I słońce, ostre, jaskrawe, które wbija się pod powieki jak igła. Chyba uciekłam w góry. Nie pamiętam tego dokładnie. – Spojrzała mu w oczy. – Byłam na wpół szalona ze strachu i pragnienia. Nie umiałam znaleźć wody. Krążyłam po skałach, aż wreszcie nie miałam już siły iść dalej.
– I wtedy cię znalazł jadziołek?
– Tak. Zaprowadził mnie do wodopoju, zapewne niedaleko swego leża, bo wszędzie leżały rozkładające się zwierzęta. Ale woda była krystaliczna, niemal słodka. I nagle ten opar, który zasnuwał mi głowę, uniósł się i rozwiał. Wiedziałam, kim jestem. Tyle że… – Przygryzła wargę.
– Był też jadziołek – dokończył.
– Bardzo trudno go zabić – odparła obronnym tonem.
Zdumiała go. W Karuat, na pustyni i jeszcze dalej, na stepach, gdzie rozciągały się ziemie norhemnów, wierzono, że jadziołek jest świętym zwierzęciem, nieśmiertelną bestią snów, zesłaną przez boginię.
– Spróbowałaś?
– Tego samego wieczoru. – Wzruszyła ramionami. – Ale byłam zbyt słaba. A następnego dnia natrafiłam na karawanę handlarzy niewolników i zrozumiałam, że mnie chroni. Skuteczniej niż jakakolwiek broń, którą zdołam zdobyć czy wymyślić. Poza tym… – Opuściła powieki. – Przywoływał moje wspomnienia, a bardzo chciałam pamiętać. I wiedział, gdzie cię znajdę.
– Na Tragance?
Skinęła głową.
– Pragnęłam cię spotkać. Jadziołek odpowiedział na moje pragnienie i poprowadził mnie we właściwym kierunku.
Przypomniał sobie ogrody bogini Traganki, odbicie Szarki w sadzawce, jej oczy zielone jak wiosenna trawa. I okrzyk jadziołka, kiedy spadał z nocnego nieba wprost na niego.
– Jadziołek dba tylko o jedno – powiedział szorstko. – Popycha cię tam, gdzie przeleje najwięcej krwi. Gdzie oboje ją przelejecie. I karmi się twoim cierpieniem.
– Być może – odparła. – Ale inaczej bym cię nie odnalazła.
Łódka kołysała się lekko na falach, a nakrapiane pomarańczowo ryby wyskakiwały z rzadka nad powierzchnię.
– Wiesz, co stało się później – podjęła szeptem Szarka. – Ale nie wiesz, co stało się wcześniej. Zanim…
Ostatnie słowo wypowiedziała tak cicho, że go nie usłyszał. Jednak potrafił je odgadnąć, odkąd w tamtą upiorną noc na Przychytrzu Suchywilk wypowiedział słowa ballady – „a potem urodzili się na nowo i miłowali się jako wcześniej”. Kiedy śpiewano ją w Czerwienieckich Grodach, Koźlarz sądził, że to tylko pieśń, jedna z wielu, którymi minstrele zarabiali na chleb w północnych dworach. Lecz dzisiaj nie był już pewien.
– Opowiedz – poprosił, pokonując strach.
Przez rok, odkąd spotkali się w ogrodzie Fei Flisyon, łudził się, że zdoła uniknąć wiedzy, kim naprawdę jest ta kobieta. Czekała ich wojna z Zird Zekrunem, więc odsuwał od siebie jej tajemnicę. Wydawała mu się nieważna w obliczu tego, co mógł uczynić im pan Pomortu. Ale po Przychytrzu rozumiał, że się pomylił. Tajemnica Szarki mogła zniszczyć ich wszystkich.
– Jest taka piosenka – zaczęła z zadumą – o chłopcu, który przeszedł wszystkie bramy piekła…
– Znam ją – przerwał i była to prawda: pamiętał również ostatnią zwrotkę, w której ukochana nie rozpoznała go, gdyż zmarli nie pamiętają żywych. – Ale to tylko uniki i półprawdy – dodał, świadomie obracając przeciwko niej jej własne słowa. – Nie wyjaśnisz niczego pieśnią.
Uniosła brwi.
– Dobrze więc. Mój ojciec zginął w oblężonym donżonie. Jego żona tej samej nocy powiła dwoje dzieci. Dziewczynka była silniejsza i wyszła pierwsza. Chłopiec urodził się martwy. Matka wykrwawiła się tuż potem, ale zanim to nastąpiło – coś drgnęło w jej głosie, jakiś zadawniony ból – przeklęła córkę i nadała jej imię Sharkah. Imię sierpa, którym zabito Stworzycieli. Przydomek Annyonne.
Powiedziała to zupełnie zwyczajnie, bez lęku. Ze znużeniem. Zastanawiał się, co mogło dla niej znaczyć to imię. Było potężne, pełne mocy. Sam nosił miano przynależne raczej pasterzowi owiec niż dziedzicowi żalnickiej korony. Ale przynajmniej nadano mu je z miłością.
– Wychowałam się pomiędzy najemnikami Dumenerga, mojego wuja, i w wieży Jill Thuer, ciotki. Miałam też piastunkę, Mokernę, która była wodną panną. Unlinedd, jak nazywano je w naszym kraju… – Zamyśliła się. – Pomiędzy nimi i moim krajem była długa historia nienawiści, podstępów i wojny. Zbyt długa na tę żeglugę. I niepotrzebna, abyś zrozumiał, kim byłam.
– A kim byłaś?
– Najpierw wychowanką Jill Thuer. Tutaj pewnie nazwalibyście ją wiedźmą. – Podniosła na niego połyskliwe zielone oczy. – Potem zostałam kochanką Dumenerga. Miałam piętnaście lat i chciałam, aby nie odsyłał mnie więcej do Jill Thuer i jej upiornej wieży. Nie przewidziałam, że Dumenerga również zabiją.
– Kto?
– Diominarth.
Ale to imię również nic mu nie mówiło. Słyszał kiedyś, jak Szarka strofowała jadziołka w języku norhemnów, ale był pewien, że miano Diominartha nie pochodzi ze stepów. Brzmiało zbyt obco. Jak język bogów.
– Jego przodkowie walczyli z moim rodem od trzech pokoleń – mówiła dalej. – Zmusił mnie, żebym poślubiła jego syna, ale weselna uczta zamieniła się w rzeź. Ider, jeden z najemników Dumenerga, znalazł mnie na schodach donżonu, całą pokrytą krwią. Uciekłam na zachód, za góry. Jak Alienor, kilka pokoleń wcześniej.
Wiedział o Alienor – był synem żalnickiego kniazia i jako dziecko siadywał u stóp Bad Bidmone. Pamiętał wszystkie siedem strażniczek bram prowadzących do piekieł. Także Alienor Która Jest Iskrą. Nie słyszał jednak, aby ośmielono się nazwać jej imieniem śmiertelną kobietę.
Powiedział to. Szarka roześmiała się.
– Istnieją miejsca poza Krainami Wewnętrznego Morza – odparła. – Wiesz przecież. Dla mnie były nimi stepy. Żyłam na nich kilka lat, jak ty pomiędzy ludźmi pustyni. Ale wróciłam. Tak samo, jak ty. Ider czekał na mnie z Zakonem Gwiazdy.
Przyszły mu na myśl gwiazdki, którymi wozacy Twardokęska ozdabiali swoje przyodziewki.
– Tak samo jak…? – urwał, w nagłym skurczu strachu przeczuwając już, dokąd zmierza.
– Poczekaj. – Poderwała się płynnym gestem i położyła mu dłoń na ustach. Jej palce były zimne jak ostrze Sorgo. – Pozwól mi opowiedzieć do końca. Mieliśmy stawić czoło Kurzawie Birghidyo i pierwszy raz w życiu byłam dziedziczką królestwa, nie przeklętym bękartem, naznaczonym imieniem zabójczyni bogów. Nie mieliśmy szansy powstrzymać najazdu. Ale potem zdarzył się cud. Przybył Eweinren.
Wymówiła jego imię z mieszaniną tęsknoty i goryczy. Koźlarz drgnął. Nie, nie był zazdrosny. Wcześniej, zanim Szarka znikła na całą zimę pośrodku Wewnętrznego Morza, nieodmiennie rozwścieczał go ten nieistniejący mężczyzna. Ale teraz już nie. Zbyt wiele rzeczy zmieniło się na Przychytrzu i zazdrość wydawała się dziwnie nieistotna.
– Eweinren z Karuat – powiedziała, wciąż z dłonią na jego ustach i nie odrywając wzroku od jego twarzy.
– Bogowie – wyszeptał, wstrząśnięty i nagle bardzo ostrożny. – Czy to możliwe?
– Słowa mają wiele różnych znaczeń – odparła równie cicho. – Wysłuchaj mnie do końca. Mieliśmy bronić Wąwozu Ivrett, wąskiego przesmyku, który otwierał drogę do królestwa. Nigdy nie dowiedziałam się, jak Eweinren zdołał przeprowadzić przez pogranicze uciekinierów z Karuat. Nie umiem sobie nawet wyobrazić. Chciał dowodzić twierdzą. Roześmiałam mu się prosto w twarz. Powiedziałam, że najpierw musi mnie pokonać. Wyjął miecz. Wiał suchy, południowy wiatr, a my tańczyliśmy w wielkiej sali, jakbyśmy w tym jednym pojedynku uczyli się swoich ciał na pamięć. Jakby to była miłość. Nie umiem tego wytłumaczyć…