Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 156
Перейти на страницу:

Wszystko to wydarzyło się dawno temu i długie lata na północy zdążyły zatrzeć w pamięci Zbieguna wspomnienia z treglańskiego przybytku. Nie zapomniał jednak, że Lelka potrafiła złamać wiedźmę i nagiąć ją do własnej woli. W ciemnych kątach świątyni szeptano o korczywach, które wyzwalają moc wieszczenia. Zbiegun nie znał ich tajemnicy. Wiedział jednak, co powtarzano pomiędzy wieśniakami na samym skraju Sinoborza, gdzie słońce świeci tylko przez kilka miesięcy w roku. Krew i ból sprowadzają wiedźmi szał – jeśli przeleje się wystarczająco wiele krwi, a ból będzie odpowiednio mocny.

Wojownik skrzywił się.

– Twarde ścierwo – mruknął. – No, ale jeszcze zobaczymy.

Kapłan uniósł brew. Zastanawiał się, czy właśnie wiedźma przywołała potwora, który pożerał na plaży jego ludzi. Mogła tego dokonać ponownie, ale zarazem rozumiał, że bez niej nie wydostaną się z przeklętej wyspy. Wark odpłynął z Tregli w tajemnicy, pospiesznie, i dopiero na morzu rozkazał żeglować na zachód. Choćby poszukiwania rozpoczęły się wkrótce, Wewnętrzne Morze jest ogromne i może minąć wiele miesięcy, zanim sinoborskie okręty przybiją do brzegu Przychytrza. Jeśli w ogóle to nastąpi.

– Przyprowadźcie ją.

– Tutaj? – Wojownik nie krył zdumienia, które zaraz przeszło w zakłopotanie. I coś jeszcze. Strach. Przestąpił niepewnie z nogi na nogę. – Kiedy, widzicie, wasza wielebność – ściszył głos – znów dwóch ludzi w nocy przepadło.

Zbiegun zmełł w zębach przekleństwo. Przez ostatnie cztery dni utracił pięciu drużynników. Jednego nawet udało się odszukać w ruinach północnej wieży. Głowa nieszczęśnika zniknęła bez śladu, a krwawe ochłapy mięsa i włókna flaków rozwłóczono szeroko po kamieniach. Towarzysze rozpoznali jedynie kolczugę, ozdobioną wzorem Kei Kaella.

– Kazałem wiedźmę rzucić do lochu i łańcuchem do ściany przykuć – ciągnął drużynnik. – W tej samej ciemnicy, gdzie Zwajcy siedzą. Jeśli się, ścierwo, nockami w potwora zamienia, niechże ich najpierw zeżre. Ale zda mi się, wasza wielebność – przeszedł do szeptu – że należy jej kark skręcić. Zawsze będzie bezpieczniej. I ludzie otuchy nabiorą.

– A potem belki ze stropów wydrą – kapłan się skrzywił – okrakiem na nie siędą i zaczną przez Wewnętrzne Morze do dom nogami wiosłować? I może się im te dyle pod zadkami w okręty przemienią?

Wojownik spurpurowiał na twarzy.

– Nie? – Kapłan rozłożył ręce z udawanym współczuciem. – To mi nie doradzaj, jak nas z tej zapowietrzonej wyspy wydobyć, i przyprowadź wiedźmę. Byle żywo!

Wark skulił się pod kocem i wymamrotał coś niezrozumiale.

Zbiegun przymrużył oczy, tknięty pewną myślą.

– Powiadacie, że wiedźma w ciemnicy ze Zwajcami siedzi?

Drużynnik zatrzymał się u drzwi i potaknął skinieniem głowy.

– Ich też przyprowadźcie – rozkazał kapłan. – Obu Wilków.

– A kniaź? – Woj popatrzył niespokojnie na Warka, który rzucał się i jęczał przez sen. – Jakże tu przyprowadzić jego morderców? Jeszcze mu się krew czarna z ran puści.

– Tym się nie trwóżcie – osadził go chłodno Zbiegun. – Trzeba uradować kniazia, ducha w nim pokrzepić. Sami zobaczycie – dodał, po czym znów pochylił się nad Warkiem i odgarnął mu włosy z czoła.

Drużynnik odwrócił wzrok i wyszedł pospiesznie. Kapłan uśmiechnął się półgębkiem. Widok oparzeń nieodmiennie przerażał drużynników. Po tym, co zobaczyli na klasztornym dziedzińcu, a także później na brzegu Wewnętrznego Morza, musieli przyznać, że Szarka była Iskrą, przebudzoną w śmiertelnym ciele córki Suchywilka. Mieli więc powody, aby się niepokoić zdrowiem kniazia: wichrowe sevri były posłanniczkami śmierci. Mogły zabrać umierającego wojownika i poprowadzić go do kohorty Org Ondrelssena, aby przez wieczność przemierzał północ u boku boga. Ale mogły też zostawić go konającego na krwawym polu, na pohańbienie.

Kapłan ledwie rozpoznał jasnowłosą wiedźmę, kiedy wojownicy wepchnęli ją do komnaty. Jej twarz była zniekształconą, opuchniętą maską, włosy opadały na ramiona w tłustych, zmierzwionych kosmykach. Widać drużynnicy nie oszczędzali jej zbytnio, bo suknię miała poszarpaną i poplamioną krwią. Ale kapłan nie dziwił się – na Przychytrzu było kilka tuzinów chłopa i jedna niewiasta. Nakazał tylko, aby jej zanadto nie popsowano. Musiała być przytomna, kiedy w końcu złamie się i sięgnie poprzez Wewnętrzne Morza, do Sinoborza, aby przekazać posłanie Zbieguna.

Zwajecki kniaź, choć poraniony i w łańcuchach, nie tracił rezonu. Na widok kapłana nieomal wyrwał się prowadzącym go strażnikom.

– A żebyś zdechł, kurwi synu! – rozdarł się potężnie. – Żeby ci bóg zdradę wynagrodził męką i długim konaniem.

Zbiegun ani drgnął. Odczekał dobrą chwilę, a potem podszedł do paleniska i poprawił głownie. W komnacie nieustannie płonął ogień. Choć nieprzytomny, Wark wyczuwał ciemność i pozostawiony sam w mroku, krzyczał z przerażenia.

– Przywiążcie ją. – Wskazał na pierścień do zatykania pochodni. – Mocno.

Kiedy podszedł bliżej, jasnowłosa niewiastka odwróciła twarz, aby uniknąć jego wzroku.

– Będziesz mówiła?

Nie odezwała się, za to Suchywilk wybuchł stekiem klątw. Zbiegun puścił je mimo uszu. Bez pośpiechu zdjął ze stołu świeże płótno i kociołek z wywarem dla Warka.

– Jego też przywiążcie – rozkazał. – Rozdziejcie z koszuli i przytrzymajcie dobrze. – Podszedł znów do wiedźmy. – Wiesz, co zrobię? – Przytrzymał ją mocno za brodę. – Jesteś wiedźmą, więc wiesz. Gadaj zatem, póki możesz coś wyjawić z własnej woli. Bo przymuszę cię do gadania pierwej lub później. Tyle że będzie bardziej bolało. Ciebie i innych.

Rzuciła spłoszone spojrzenie na Wilków. Wargi jej drżały.

– No, zrób to dziewczyno. – Zbiegun pieszczotliwie przesunął dłonią po jej skołtunionych włosach. – Zawołaj dla mnie przez morze. Do kogo zechcesz! – Zaśmiał się. – Choćby do tych suk z treglańskiej świątyni. Nawet Firlejka nie zostawi sinoborskiego kniazia w mocy wiedźmy, daleko od jego ziemi.

Wiedźma wydała jakiś stłumiony dźwięk. Jej paznokcie spazmatycznie drapały mur.

– Cóż, skoro nie pozostawiasz mi wyboru… – Odwrócił się i ruszył przez komnatę do stołu. Tuzin sinoborskich wojowników śledził pilnie każdy jego krok. – Napoimy cię krwią. – Pochylił się nad przywódcą Zwajców. – Wszyscy zdechniemy na tej wyspie, bo wasza przeklęta dziewka spaliła okręty. Ale wy wcześniej od innych.

Suchywilk splunął mu w gębę krwawą śliną. I zaraz najbliższy z wojów trzasnął na odlew kniazia dłonią w okutej rękawicy.

Zbiegun otarł z policzka plwocinę i odezwał się, z trudem panując nad głosem:

– A choćbyście cudem wydobyli się na swobodę, nigdy więcej nie poprowadzicie wojowników w bitwie. Dalej! – wrzasnął ku potężnemu wojowi z dwuręcznym toporem. – Obetnij mu rękę.

Pomiędzy wojownikami przeszedł szmer. Wezwany przybliżył się z ociąganiem, obracając toporzysko w dłoniach. Zbiegun ułowił jego spojrzenie. Drużynnik zapewne bez mrugnięcia okiem ściąłby Suchywilkowi łeb, ale hańbiąca kaźń była czymś zupełnie innym. W Sinoborzu wierzono, że Org Ondrelssen, patron wojowników, okrutnie karze tych, którzy sprzeniewierzają się honorowi.

– Czemu się ociągasz, głupcze? – Kapłan wyrwał mu broń z ręki. Był wielkim mężczyzną, żylastym i wyschłym od postów, ale rozrośniętym w barach. – Trzymajcie go!

Trzech wojowników przycisnęło kniazia do blatu. Nie zdołał się poruszyć, kiedy spadł cios. Zaskowytał przeraźliwie, na szyi wystąpiły mu purpurowe żyły. Zbiegun skinął na sługę, aby przypalił ranę żelazem. Nie zamierzał zabić Suchywilka. Jeszcze nie teraz.

1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)