Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
The Lady of the Lake [Pani Jeziora] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

The Lady of the Lake [Pani Jeziora]

Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:

After walking through a portal in the Tower of the Swallow, thus narrowly escaping death, the Witcher girl, Ciri, finds herself in a completely different world... a world of the Elves. She is trapped with no way out. Time does not seem to exist and there are no obvious borders or portals to cross back into her home world.
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128
Перейти на страницу:

Krasnolud, nadal nie mogąc złapać tchu, wskazał ręką w stronę śródmieścia. Oczy miał dzikie.

— Weź głęboki wdech — poradził Zoltan Chivay. - I gadaj, w czym rzecz.

*****

Potem mówiono, że tragiczne wypadki w Rivii były wydarzeniem absolutnie przypadkowym, że była to reakcja spontaniczna, nagła i niemożliwa do przewidzenia eksplozja słusznego gniewu, zrodzona przez wzajemną wrogość i niechęć ludzi, krasnoludów i elfów. Mówiono, że to nie ludzie, lecz krasnoludy zaatakowały pierwsze, że z ich strony wyszła agresja. Że krasnoludzki przekupień obraził młodą szlachciankę Nadię Esposito, sierotę wojenną, że użył wobec niej przemocy. Gdy zaś w obronie szlachcianki stanęli jej przyjaciele, krasnolud skrzyknął swych rodaków. Doszło do bitki, a potem walki, która w mgnieniu oka objęła cały bazar. Walka przerodziła się w rzeź, w zmasowany atak ludności na zajmowaną przez nieludzi część podgrodzia i dzielnicę Wiązowo. W ciągu niecałej godziny, od incydentu na bazarze do interwencji magów, zabite zostały sto osiemdziesiąt cztery osoby, a blisko połowę ofiar stanowiły kobiety i dzieci.

Taką też wersję wypadków podaje w swej pracy profesor Emmerich Gottschalk z Oxenfurtu.

Ale byli tacy, którzy mówili co innego. Gdzie tu spontaniczność, gdzie tu raptowna i nieprzewidywalna eksplozja, pytali, jeżeli w ciągu kilku minut od zajść na bazarze zjawiły się na ulicach wozy, z których ludziom zaczęto rozdawać broń? Gdzie tu nagły a słuszny gniew, jeżeli prowodyrami motłochu, tymi najbardziej widocznymi i aktywnymi w czasie masakry, byli ludzie, których nikt nie znał, a którzy przybyli do Rivii na kilka dni przed zajściami, nie wiedzieć skąd? I zniknęli potem nie wiadomo gdzie? Dlaczego wojsko interweniowało tak późno? I z początku tak opieszale?

Jeszcze inni naukowcy doszukiwali się rivskich zajściach nilfgaardzkich prowokacji, a byli i tacy, którzy twierdzili, że wszystko to uknuły same krasnoludy do spółki z elfami. Że same się pozabijały, by oczernić ludzi.

Wśród poważnych naukowych głosów zupełnie zagubiła się nader śmiała teoria pewnego młodego i ekscentrycznego magistra, który — dopóki go nie uciszono — twierdził, że w Rivii do głosu doszły nie żadne spiski i tajemne sprzysiężenia, lecz zwyczajne i jakże powszechne cechy miejscowej ludności: ciemnota, ksenofobia, brutalne chamstwo i dogłębnie zbydlęcenie.

A potem sprawa znudziła się wszystkim i przestano o niej mówić w ogóle.

*****

— Do piwnicy! — powtórzył wiedźmin, a niepokojem nasłuchując zbliżającego się szybko ryku i wrzasku tłuszczy. - Krasnoludy do piwnicy! Bez głupiej bohaterszczyzny!

— Wiedźminie — stęknął Zoltan, ściskając stylisko topora. - Ja nie mogę… Tam giną moi bracia…

— Do piwnicy. Pomyśl o Eudorze Brekekeks. Chcesz by owdowiała przed ślubem?

Argument podziałał. Krasnoludy zeszły do loszku. Geralt i Jaskier zakryli wejście słomianą rogóżką. Wirsing, zwykle blady, teraz był biały. Jak twaróg.

— Widziałem pogrom w Mariborze — wydukał, patrząc na wejście do piwnicy. - Jeśli ich tam znajdą…

— Idź do kuchni.

Jaskier też był blady. Geralt niespecjalnie mu się dziwił. W bezforemnym i jednostajnym do niedawna ryku, jaki ich dolatywał, zabrzmiały indywidualne nuty. Takie, na dźwięk których włosy podnosiły się na głowie.

— Geralt — wyjęczał poeta. - Ja jestem trochę podobny do elfa…

— Nie bądź głupi.

Nad dachami wykwitły kłęby dymu. A z uliczki wypadli zbiegowie. Krasnoludy. Płci obojga.

Dwóch bez zastanowienia skoczyło do jeziora i zaczęło płynąć, ostro kotłując wodę, na wprost, na ploso. Reszta się rozbiegła. Część skręciła w stronę oberży.

Z uliczki wypadła tłuszcza. Była szybsza od krasnoludów. W tym wyścigu żądza mordu wygrywała.

Wrzask mordowanych zaświdrował w uszach, zadzwonił kolorowanymi szybkami w oknach zajazdu. Geralt poczuł, jak zaczynają drżeć mu ręce.

Jednego krasnoluda dosłownie rozszarpano, rozerwano na sztuki. Drugiego, przewróconego na ziemię, w kilka chwil zmieniono w krwawą bezkształtną masę. Kobietę zadźgano widłami i spisami, dziecko, którego broniła do końca, zwyczajnie rozdeptano, zmiażdżono uderzeniami obcasów.

Troje — krasnolud i dwie kobiety — uciekło wprost ku oberży. Za nimi gnał ryczący tłum.

Geralt wziął głęboki wdech. Wstał. Czując na sobie przerażone oczy Jaskra i Wirsinga, zdjął z półki nad kominem sihill, miecz kuty w Mahakamie, w kuźni samego Rhundurina.

— Geralt.. - zajęczał rozdzierająco poeta.

— Dobra — powiedział wiedźmin, idąc ku wyjściu. - Ale to już ostatni raz! Niech mnie szlag, to już naprawdę ostatni raz!

Wyszedł na ganek, a z ganku już skoczył, szybkim cięciem rozpłatał draba w murarskim kitlu, zamierzającego się na kobietę kielnią. Następnemu odrąbał rękę wczepioną we włosy drugiej niewiasty. Kopiących przewróconego krasnoluda zasiekł dwoma szybkimi, skośnymi cięciami.

I poszedł w tłum. Szybko, zwijając się w półobrotach. Ciął celowo szeroko, pozornie bezładnie — wiedząc, że takie cięcia są bardziej krwawe i bardziej spektakularne. Nie chciał ich zabijać. Chciał ich tylko porządnie pokaleczyć.

— Elf! Elf! — rozdarł się dziko ktoś z tłuszczy. - Zabić elfa!

Przesada, pomyślał, Jaskier może, ale ja elfa nie przypominam z żadnej strony.

Wypatrzył tego, który krzyczał, żołnierza chyba, bo w brygantynie i wysokich butach. Wkręcił się w tłum jak węgorz. Żołnierz zastawił się trzymanym oburącz oszczepem. Geralt ciął wzdłuż drzewca, odrąbując mu palce. Zawirował, kolejnym szerokim cięciem wywołując wrzaski bólu i fontanny krwi.

— Pomiłuj! — rozczochrany młodzik o oszalałych oczach padł przed nim na kolana. - Oszczędź!

Geralt oszczędził, wstrzymał rękę i miecz, przeznaczony do ciosu impet wykorzystując na obrót. Kątem oka zobaczył, jak rozczochrany się zrywa, zobaczył, co trzyma w rękach. Złamał obrót, by wywinąć się w odwrotny unik. Ale ugrzązł w tłumie. Na ułamek sekundy ugrzązł w tłumie.

Mógł tylko spojrzeć na lecące ku niemu trójzębne ostrze wideł.

*****

Ogień w palenisku ogromnego komina wygasł, w halli zrobiło się ciemno. Wiejący od gór wicher świszczał w szczelinach murów, wył, wdzierając się przez nieszczelne okiennice Kaer Morhen, Wiedźmińskiego Siedliszcza.

— Psiakrew! — Eskel nie wytrzymał, wstał, otworzył kredens. — «Mewa» czy wódka?

— Wódka — powiedzieli jednym głosem Coën i Geralt.

— No pewnie — odezwał się skryty w cieniu Vesemir. - No pewnie, jasne! Utopcie waszą głupotę w gorzale. Głupcy cholerni!

— To był wypadek… — bąknął Lambert. - Radziła już sobie na grzebieniu…

— Zamknij jadaczkę, durniu! Nie chcę słyszeć twego głosu! Powiadam ci, jeśli dziewczynie coś się stało…

— Ma się już dobrze — przerwał miękko Coën. - Śpi spokojnie. Głęboko i zdrowo. Obudzi się trochę obolała, i to wszystko. O transie, o tym, co się stało, nie będzie w ogóle pamiętała.

— Byleście wy pamiętali — sapnął Vesemir. - Kapuściane łby! Nalej i mnie, Eskel.

Milczeli długo, zasłuchani w wycie wichury.

— Trzeba kogoś wezwać — powiedział wreszcie Eskel. - Trzeba tu ściągnąć jakąś magiczkę. To, co dzieje się z tą dziewczyną, nie jest normalne.

— To już trzeci trans.

— Ale po raz pierwszy mówiła artykułowanie…

— Powtórzcie mi jeszcze raz, co mówiła — rozkazał Vesemir, jednym zamachem wychylając pucharek. - Słowo w słowo.

— Nie da się słowo w słowo — powiedział Geralt, zapatrzony w żar. - A sens, jeśli ma sens szukanie w tym sensu, był taki: ja i Coën umrzemy. Zęby będą naszą zgubą. Obu nas zabiją zęby. Jego dwa. Mnie trzy.

1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)