The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
— Ano, wam pewnie nic z tego — wzruszył ramionami oberżysta. - Przeca ten, co dla was wiadomość zostawił, krasnolud był. Skoro się z takim zadajecie… wasza rzecz. Wasza rzecz, czyja wam kompanija milsza.
— Nie jesteśmy szczególnie wybredni, jeśli idzie o kompanię — oświadczył Jaskier, ruchem głowy wskazując wrzeszczących i szarpiących się przy stole smarkaczy w czarnych kurtkach i przepaskach na kokrytych trądzikiem czołach. - Ale w takiej, jak owa, jako żywo nie gustujemy.
Karczmarz odstawił wytarty kufel i zmierzył ich brzydkim spojrzeniem.
— Wyrozumialszym trza być — pouczył z naciskiem. - Młodzież musi się wyszumieć. Jest dane powiedzenie, młodzież musi się wyszumieć. Wojna jeich ukrzywdziła. Ojce polegli…
— A matki się puszczały — dokończył Geralt głosem lodowatym jak górskie jezioro. - Rozumiem i pełen jestem wyrozumiałości. Przynajmniej staram się być pełen. Idziemy, Jaskier.
— A idźcie, z szacunkiem — powiedział bez szacunku oberżysta. - Ale żebyśta potem nie skarżyli, com was nie przestrzegał. W niniejszy czas łatwo w krasnoludzkiej dzielnicy guza złapać. Przy okazji.
— Przy okazji czego?
— A bo ja wiem? A bo to moja rzecz?
— Chodźmy, Geralt — ponaglił Jaskier, widząc kątem oka, że ukrzywdzona przez wojnę młodzież, ta jeszcze w miarę przytomna, przygląda im się wzrokiem błyszczącym od fisstechu.
— Do widzenia, panie oberżysto. Kto wie, może jeszcze kiedyś odwiedzimy twój lokal, za czas jakiś. Gdy już nie będzie przy wejściu tych napisów.
— A któryż to nie podoba się waszmościom? — karczmarz zmarszczył czoło i zaczepnie wziął się pod boki. - Hę? Może ten o krasnoludzie?
— Nie. Ten o kucharzu.
Troje młodzierzy wstało od stołu, lekko chwiejąc się na nogach, ewidentnie z zamiarem zastąpienia im drogi. Dziewczyna i dwóch chłopaków w czarnuch kurtkach. Z mieczami na plecach.
Geralt nie zwolnił kroku, szedł, a twarz i wzrok miał zimne i całkowicie obojętne.
Gówniarze w ostatniej niemal chwili rozstąpili się, cofnęli. Jaskier czuł od nich piwo. Pot. I strach.
— Trzeba się przyzwyczaić — powiedział wiedźmin, gdy wyszli. - Trzeba się dostosowywać.
— Czasem trudno.
To nie jest argument. To nie jest argument, Jaskier.
Powietrze było gorące, gęste i kleiste. Jak zupa.
Na zewnątrz, przed zajazdem, dwaj chłopcy w czarnych kurtkach pomagali jasnowłosej dziewczynie umyć się w korycie. Dziewczyna parskała, bełkotliwie dowodziła, że już jej lepiej i ogłaszała, że musi się napić. Że owszem, pójdzie na bazar, by dla krotochwil przewracać stragany, ale wcześniej musi się napić.
Dziewczyna nazywała się Nadia Esposito. Imię to zostało odnotowane w annałach. Przeszło do historii.
Ale o tym Geralt i Jaskier wiedzieć jeszcze nie mogli. Dziewczyna też nie.
Uliczki rivskiego grodu tętniły życiem, a tym, co zdawało się bez reszty pochłaniać mieszkańców i przybyszów był handel. Wyglądało, że wszyscy handlują tu wszystkim i wszystko próbują zmienić na coś więcej. Zewsząd rozbrzmiewała kakofonia krzyków — towar reklamowano, targowano się zajadle, lżono wzajemnie, gromko obwiniano w oszustwie, złodziejstwie i szwindlu, jak równierz innych grzeszkach, zgoła z handlem nie związanych.
Nim Geralt i Jaskier dotarli na Wiązowo, złożono im mnóstwo atrakcyjnych propozycji. Zaoferowano im między innymi: astrolabię, blaszaną trąbkę, komplet sztućców zdobionych herbem rodziny Frangipanich, akcje kopalni miedzi, słój pijawek, obszarpaną księgę o tytule Cud mniemany albo Głowa Meduzy, parkę tchórzofretek, eliksir wzmagający potencję oraz — w ramach transakcji wiązanej — niezbyt młodą, niezbyt szczupłą i niezbyt świeżą niewiastę.
Czarnobrody krasnolud nad wyraz nachalnie chciał ich przekonać do kupna tandetnego lusterka w ramce z tombaku, dowodząc, że to magiczne zwierciadło Cambuscana, gdy naraz celnie ciśnięty kamień wytrącił mu towar z ręki.
— Parszywy kobold! — zawył uciekając, bosy i brudny ulicznik. - Nieludź! Brodaty cap!
— A żeby ci flaki wygniły, ludzka mendo! — zaryczał krasnolud. - Żeby ci wygniły i dupą wyciekły.
Ludzie przyglądali się w ponurym milczeniu.
Kwartał Wiązowo leżał nad samym jeziorem, w zatoce wśród olch, płaczących wierzb i — ma się rozumieć — wiązów. Tu było znacznie ciszej i spokojniej, nikt nieczego nie kupował ani nie chciał sprzedawać. Od jeziora powiewał wiaterek, szczególnie miły po wydostaniu się z dusznego i pełnego much smrodu miasta.
Karczmy "U Wirsinga" nie szukali długo. Pierwszy napotkany przechodzień wskazał im ją bez wahania.
Na schodkach spowitego pnącym groszkiem i dziką różą ganku, pod daszkiem obrośniętym zieloniutkim mchem i gniazdami jaskółek, siedziało dwóch brodatych krasnoludów, pociągając piwo z tulonych do brzuchów kufli.
— Geralt i Jaskier — powiedział jeden z krasnoludów i beknął wdzięcznie. - Długo daliście na siebie czekać, nicponie.
Geralt zsiadł z konia.
— Witaj, Yarpenie Zigrin. Cieszę się, że cię widzę, Zoltanie Chivay.
Byli jedynymi gośćmi zajazdu, intensywnie pachnącego pieczystym, czosnkiem, ziołami i czymś jeszcze, czymś nieuchwytnym, ale bardzo miłym. Siedzieli przy ciężkim stole z widokiem na jezioro, które przez podbarwiane szybki w ołowianych ramkach wyglądało tajemniczo, urocznie i romantycznie.
— Gdzie Ciri? — spytał bez ogródek Yarpen Zigrin. - Chyba nie…
— Nie — przerwał szybko Geralt. - Przyjedzie tu. Tylko jej patrzeć. No, brodacze, opowiadajcie, co tam u was słychać.
— Nie mówiłem? — rzucił z przekąsem Yarpen. - Nie mówiłem, Zoltan? Wraca z końca świata, gdzie, jeśli wierzyć plotkom, brodził we krwi, zabijał smoki i obalał cesarstwa. A nas pyta, co u nas słychać. Cały wiedźmin.
— Czym tu tak — wtrącił się Jaskier, węsząc — smakowicie niesie?
— Obiadem — powiedział Yarpen Zigrin. - Mięskiem. Zapytaj, Jaskier, skąd mamy mięsko.
— Nie zapytam, bo znam ten dowcip.
— Nie bądź świnia.
— Skąd macie mięsko?
— Samo przypełzło.
— A teraz poważnie — Yarpen otarł łzy, choć dowcip, prawdę powiedziawszy, był dość leciwy. - Z żarciem jest sytuacja kryzysowa, jak to po wojnie. Mięsa nie uświadczysz, nawet drobiu, o rybę też trudno… Źle jest z mąką i kartoflem, strączkowymi… Farmy popalone, składy pograbione, stawy pospuszczane, pola ugorem…
— Obrót leży — dodał Zoltan. - Nie ma przewozu. Funkcjonuje tylko lichwa i handel wymienny. Widzieliście bazar? Obok nędzarzy, wyprzedających i wymieniających resztki dobytku, zbijają fortuny spekulanci…
— Jeżeli do tego wszystkiego nadarzy się nieurodzaj, zimą ludzie na zaczną mrzeć z głodu.
— Naprawdę tak źle?
— Jadąc z południa, musiałeś mijać wsie i osady. Przypomnij sobie, w ilu słyszałeś szczekanie psów.
— Jasna cholera — Jaskier palnął się w czoło. - Widziałem… Mówiłem ci, Geralt, że to nie było normalne! Że czegoś brakowało! Ha! Teraz kojarzę! Nie było słychać psów! Nigdzie nie było…
Urwał nagle, spojrzał w stronę pachnącej czosnkiem i ziołami kuchni, a w jego oczach zjawił się przestrach.
— Bez obaw — parsknął Yarpen. - Nasze mięsko nie z tych, co szczeka, miauczy lub woła: "Litości!" Nasze mięsko jest całkiem inne. Godne królów!
— Zdradź wreszcie, krasnoludzie!
— Gdyśmy dostali wasz list i jasne się stało, że spotkamy się właśnie w Rivii, kombinowaliśmy z Zoltanem, czym by tu was podjąć. Kombinowaliśmy, kombinowaliśmy, aż nam się od tego kombinowania sikać zachciało, zaszliśmy tedy do nadjeziornej olszynki. Patrzymy, a tam zatrzęsienie wręcz ślimaków winniczków. Wzięliśmy więc wór i nałapaliśmy milutkich mięczaków, ile tylko w ten wór wlazło…