Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 156
Перейти на страницу:

– Bom prawie uwierzył, jak wielmożny pan zaczął gadać, że niby chcecie naszego księcia okraść. Wydało mi się przez chwilę, że te wasze wyprawy do Książęcych Wiergów mają nam jeno oczy zamydlić. I zląkłem się, że nas oszukaliście. Żeście prawdziwie łotr, morderca i rabuś. Jakbym miał wtedy szablę w garści, byłbym wam nią w oczy zaświecił. – Chrząknął z zakłopotaniem. – Tak właśnie było. Jeśli zechcecie mnie obwiesić…

– Nie bądźcież głupi! – żachnął się zbójca któremu od wyznań Pleskoty zrobiło się dziwnie nieswojo.

– Nie jestem – odparł posępnie. – I więcej wam jeszcze powiem. Nawet po tym, jak was wielmożny pan ogniem po gołym ciele przypiekał, wierzyłem, że prawdę gadał. A przecież i spomiędzy naszych mało który zniósłby bez słowa podobną męczarnię. Ale znał imię waszego kamrata, a wy nie jesteście z naszych. Nie macie powodu, aby nas kochać. Nie musicie tu zdychać. Nic nie musicie.

– Jako i wy.

– Ja nic więcej nie umiem. – Stary szlachcic popatrzył na swoje dłonie, suche i powęźlone. – Całe życie służyłem podkomorzemu i jego rodzinie. Gdyby rzekł wtedy, w tartaku, słowo, zabiłbym was dla niego.

Gwałtownie poderwał się ze stołka i długim krokiem ruszył do okna.

– Poszedłem do tej gospody i rozpytałem ludzi o Wekierę – powiedział, odwracając się plecami do łoża. – Chciałem się przekonać.

Zbójca wstrzymał oddech.

– Podkomorzy kłamał! – rzucił przez zaciśnięte zęby Pleskota. – Istotnie, był tam pachoł, wielki i kościsty, który głośno gardłował o grabieży kapłańskiego skarbczyka, ale rozmaitości ludziska gadają, kiedy łby siwuchą zaprawią. Cała reszta to łeż wierutna. Kiedy podkomorzy swoich hajduków posłał, po pachole ani mizerny ślad nie został.

– Nie obwiesili go zatem? – zdumiał się Twardokęsek.

– A gdzie tam! Wszystko jaśnie pan zmyślił.

Zbójcy ledwie udało się ukryć ulgę.

– No, proszę – rzucił nieobowiązująco. – A to chytra liszka.

– Niech go jeno na długość ostrza dostanę, a na lisiurę przerobię! – syknął szlachcic. – Za to, że ze mnie zdrajcę uczynił.

– Dajcież już spokój – rzekł ze znużeniem zbójca. – Nikogoście nie zdradzili.

– Bo sposobności brakło, nie chęci. – Pleskota chodził po izbie, nerwowo wyłamując palce. – Winienem był wam ufać. A wy powinniście przepędzić mnie precz albo, jeszcze lepiej, mieczem rozsiekać.

– Przestańcie wreszcie bredzić. – Zbójca zniecierpliwił się na dobre.

Nie udawał zresztą złości. Skoro niebezpieczeństwo odkrycia rabunku minęło, nie miał ochoty wysłuchiwać dalej wynurzeń Pleskoty. Na swój szorstki sposób lubił starego szlachcica. Lecz z okrutną jasnością pojmował, że jeśli powiedzie mu się zamysł rabunku kapłańskiego skarbca, Pleskota ruszy jego śladem poprzez Krainy Wewnętrznego Morza albo jeszcze dalej. I nie spocznie, póki zbójcy nie pokona i nie zarżnie go dla chwały żalnickiego władztwa i aby w krwi ugasić własne rozgoryczenie.

Ale tym na razie nie zamierzał się Twardokęsek martwić. Najpierw musiał jakoś wywieść w pole wilczojarską szlachtę, która nie wiedzieć czemu upatrywała w nim wodza – a wraz z nią całą pomorcką armię, która niedługo wyruszy ku niemu od strony Cieśnin Wieprzy.

– Idzie wojna – ciągnął oschle – i nie będę przez wasze brewerie tracić przedniego wojownika. A jak się winnym czujecie, znajdźcie sobie jakiego klechę. Bo ja do was urazy nijakiej nie żywię i więcej o tym gadać nie zamierzam. Zwiódł was podkomorzy. Zdarza się. Nie was jednego. Ale teraz trzeba wszelkie urazy zapomnieć i wespół o obronie myśleć. Inaczej nas Pomorcy ze szczętem wygubią, podczas gdy my desperować będziemy i włosy z głów rwać, rozpaczając nad własną nieudolnością.

Pleskota poweselał wyraźnie.

– A macie już plan obrony gotowy? Bo prawił mi Bogoria, że nierychło się nasz dobry książę pan do Wilczych Jarów wróci i wszystko tutaj na waszych barkach spocznie.

Twardokęsek skrzywił się lekko. Zamierzał co prędzej wymknąć się z Wilczych Jarów, zebrać zaginionych kamratów i najemników, co miał ich tymczasem Kościej nająć i wyszkolić. Potem zaś zbójca ruszy z powrotem, zaczai się na skraju Półwyspu Lipnickiego i wyczeka, aż się wojenka na dobre rozpęta. Wówczas, gdy rebelianci będą zajęci opędzaniem się od Pomorców, uderzy z boku na obozowisko i przepyta Kostropatkę, choćby mu miał gorące węgle pod pięty podkładać. Może nawet pod nieobecność Koźlarza łatwiej przyjdzie cały plan przeprowadzić. I choć żałował nawet starego szlachcica, nie mógł sobie pozwolić na litość.

– Za dużo Bogoria gada – burknął, unikając wzroku Pleskoty.

Stary zawahał się.

– Duch w nim po trochu podupadł – zniżył głos do szeptu – jak go wieści doszły, że bez księcia przyjdzie nam stawić czoło pomorckiej nawale. Poprowadziłem go w spichlerz i gorzałki dałem, aby zbyt wiele przy ludziach z żałości nie naplótł. Ale prawda, że zbyt rychło ta wojna nastaje i w niedobrym momencie.

– Żaden moment nie jest sposobny, kiedy wodza nie masz – skwitował krótko Twardokęsek.

– Co tedy uczynicie? – Pleskota podniósł na niego wyblakłe niebieskie oczy. – Bo coś musicie uczynić. I to prędko.

Przez moment Twardokęsek miał ochotę ofuknąć starego szlachcica i przypomnieć, że w Debrzy nikt się za bardzo nie oglądał na zbójeckie rozkazy. Pohamował się jednak. Było za późno na swary.

– Ludzi mamy zbyt mało – rzekł z namysłem. Musiał gadać rozsądnie, aby nie wzbudzić przedwcześnie podejrzeń szlachcica. – Przy tym żołnierz niekarny, brakuje mu ćwiczenia. Jeno Leśnej Straży i wozaków jestem pewien, ci nie zawiodą w potrzebie. Ale ta młoda zbieranina… – Skrzywił się kwaśno. – Sami wedle Debrzy widzieliście. Niewiele trzeba, aby o komendzie zapomnieli.

– Bogoria ich w karby weźmie – poddał stary. – Ma powody znaczne, aby Pomorców nienawidzić.

– Jeno kto weźmie w karby Bogorię? – prychnął zbójca. – Dość, że hyr po okolicy pójdzie o kupcu tłustszym, który poprzez okolicę ciągnie, a precz z wojenki ucieknie, by się grabieżą nacieszyć i łupu nabrać.

Siwowłosy szlachcic łypnął na niego z przyganą.

– Nie lekceważcie Bogorii. Jest wprawdzie facecjonista i człek w obejściu łatwy, ale też wojownik straszliwy, zaciekły i przemyślny jak rzadko. I nie odtrącajcie go zbyt łatwo, jeśli zechce was wesprzeć, bo za nim całe Wilcze Jary staną.

A juści, pomyślał kwaśno zbójca. Jakby wilczojarska szlachta mogła powstrzymać pochód Wężymorda. Ot, zjadą się panowie, radzić będą, głowami trząść i za szable chwytać, a potem rozlezą się z niczym. Jak zwykle. Jeśli nawet zbiorą się łaskawie ze trzy chorągwie i przeciwko Pomorcom pociągną, na widok regularnego kniaziowskiego wojska cichaczem uciekną z pola albo – co jeszcze gorsze – wyjdą ich naprzód witać gorzałką i chlebem. Nie, wilczojarskiej szlachcie nie zamierzał zbójca ufać. Nie po Debrzy.

Nie moje strapienie, ofuknął się, choć przecież przywykł do starego szlachcica, cenił go i szanował. Ale Wilcze Jary poradzą sobie, pocieszył się w myślach. Jak zwykle. Wnet pierwszy patriotyczny zapał minie i hreczkosieje pokornie wrócą do domowych swarów. Znów będą na gościńcu łupić, siwuchę żłopać, z czeladzią się zajeżdżać i procesować o miedzę. Kto wie, może sobie nawet do gardeł skoczą, zanim pierwszy z ludzi Wężymorda nogę w okolicy postawi.

– Toż gadaliście, że tymczasem sam się gorzałką wspiera. Jaki więc z niego pożytek? – zakpił.

– Zanim dnieć zaczęło, ruszył objeżdżać co znaczniejszych posesjonatów – powiedział powoli Pleskota. – Wojska do obozowiska chce ściągać.

– Choćby całe Wilcze Jary na koń siadły, jeszcze za mało będzie – odparł zbójca któremu nagle zaświtała we łbie doskonała wymówka, aby wyruszyć na południe po kamratów. – Nadto piechoty nam trzeba, łuczników, jazdy cięższej. A czasu braknie, by ich więcej uzbierać. I gotowizny. Bo Kostropatka prędzej zdechnie, niż mnie do skarbca dopuści.

1 ... 111 112 113 114 115 116 117 118 119 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)