Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 141
Перейти на страницу:

Jezioro przypominało ocean. Valentine pamiętał, że było olbrzymie i takie być powinno, ponieważ Glayge zasilała je wszystkimi wodami z południowo-zachodnich stoków Góry Zamkowej, ale nie spodziewał się, że jakikolwiek zbiornik wodny może urosnąć do takich rozmiarów. Teraz już wiedział, dlaczego na jego brzegach budowano domy na wysokich palach: jezioro przesunęło swe wody daleko poza granice miast, podmywając niższe kondygnacje budynków.

— Bardzo wezbrało — powiedział do Ermanara.

— Tak, powiększyło się chyba dwukrotnie. Ale powiadają, że bywało jeszcze gorzej.

— Jak to zwykle w opowieściach — rzeki Valentine. — A gdzie armia, którą widzieli twoi zwiadowcy?

Ermanar przeczesywał wzrokiem okolicę, posługując się przy tym lunetą. Może, pomyślał Valentine, wojsko wróciło na Górę Zamkową, a może zwiadowcy się omylili, może nie było tu w ogóle żadnej armii, może…

— Tam, panie — rzeki w końcu Ermanar.

Valentine wziął lunetę i spojrzał w dół. W pierwszej chwili zobaczył tylko drzewa i łąki oraz rozlane szeroko wody jeziora. Ermanar nastawił lunetę w odpowiednim kierunku i wreszcie Valentine ujrzał żołnierzy, którzy oglądani gołym okiem mogli uchodzić za zastępy mrówek.

Ale to nie były mrówki.

Przy jeziorze biwakowało może tysiąc żołnierzy, może półtora — nie jakaś gigantyczna armia, ale zupełnie spora jak na świat, w którym takie zjawisko jak wojna dawno już poszło w zapomnienie. Liczebnością kilkakrotnie przewyższała siły Valentine'a. Obok pasło się osiemdziesiąt albo i sto mollitorów — masywnych zwierząt, pokrytych skórą twardą jak pancerz, których syntetyczne początki sięgały czasów starożytnych. Podczas turniejów rycerskich mollitorów często używano do walki. Z zadziwiającą prędkością poruszały się na krótkich, grubych nogach i były zdolne dokonywać wielkich zniszczeń, kiedy spod twardych pancerzy wysuwały ociężałe łby o czarnych szczękach, by nimi chwytać, miażdżyć i rozszarpywać. Valentine już widywał pola zryte ich zakrzywionymi pazurami, gdy monitory, zaślepione tępym gniewem, wodziły się tam i z powrotem, taranując jeden drugiego. Kilkanaście takich stworów ustawionych w poprzek drogi było skuteczniejszą zaporą niż gruby mur.

— Moglibyśmy pokonać ich przez zaskoczenie — powiedział Sleet. — Wysłać na dół jeden oddział, aby wywołał zamieszanie wśród mollitorów, okrążyć ich z drugiej strony i…

— Nie — rzekł Valentine. — Walcząc nietrudno popełnić błąd.

— Jeśli się spodziewasz — upierał się Sleet — że odzyskasz Zamek, w taki sposób, by nikt nawet palca sobie nie skaleczył, to…

— Spodziewam się rozlewu krwi — powiedział szorstko Valentine. — Chciałbym jednak, żeby był jak najmniejszy. Tamci żołnierze są wojskiem Koronala, a nie zapominaj, kto jest prawdziwym Koronalem. Oni nie są moimi wrogami. Jedynym wrogiem jest Dominin Barjazid. Będziemy walczyć tylko w ostateczności, Sleet.

— A więc ruszamy inną drogą, tak? — spytał zasępiony Ermanar. — Tak. Skierujemy się teraz na północny zachód, w stronę Velalisier. Potem obejdziemy z daleka jezioro i dalej, w górę doliny do Pendiwane, o ile po drodze nie czekają na nas inne wojska. Czy masz mapy?

— Tylko plany tej doliny i mniej więcej do połowy drogi do Velalisier. Reszta to pustkowia, mój panie. Mapy na niewiele się zdadzą.

— Wobec tego poradzimy sobie bez nich — rzekł Valentine. Kiedy karawana zjechała ze Skarpy Lumanzar do skrzyżowania dróg i kiedy byli już z dala od jeziora, Valentine wezwał do swojego wozu diuka Nascimonte'a.

— Kierujemy się w stronę Velalisier — powiedział — i być może będziemy zmuszeni przejechać przez miasto. Czy znasz tamte okolice?

— Odwiedziłem je raz, kiedy byłem znacznie młodszy.

— Szukałeś duchów?

— Szukałem skarbów z dawnych czasów, aby ozdobić nimi mój dwór. Niewiele znalazłem. Miasto musiało być splądrowane zaraz po zagładzie.

— I nie bałeś się grabić miejsc, w których straszy? Nascimonte wzruszył ramionami.

— Znałem te legendy, ale byłem młodszy i niezbyt bojaźliwy.

— Porozmawiaj z Ermanarem — rzekł Valentine. — Przedstaw mu się, jako ktoś, kto był w Velalisier i przeżył. Czy możesz przeprowadzić nas tamtędy?

— Moje wspomnienia o tamtych miejscach mają już czterdzieści lat, mój panie. Ale postaram się.

Przeglądając niekompletne mapy dostarczone przez Ermanara, Valentine doszedł do wniosku, że jedyna droga, która nie prowadzi niebezpiecznie blisko oczekującej nad jeziorem armii, musi zahaczyć o skraj zniszczonego miasta, jeśli nie prowadzić przez jego środek. Nie martwił się tym. Ruiny Velalisier, jakkolwiek bardzo przerażały łatwowiernych, były, według wszelkich doniesień, obiektem godnym obejrzenia. Niepodobna także, aby oczekiwały tam na niego wojska Dominina Barjazida. Objazd mógł im wyjść na dobre i zmylić fałszywego Koronala, który spodziewa się, że Valentine wybierze najprostszą drogę w górę Glayge. A jeśli podróż przez pustynię nie wystawi ich na zbyt ciężką próbę, może zdołają cały czas trzymać się z dala od rzeki i zdobyć przewagę dzięki zaskoczeniu, skręcając ku Górze Zamkowej w ostatniej chwili.

Niech Velalisier ukaże im wszystkie duchy, jakie posiada, pomyślał Valentine. Lepiej ucztować z upiorami, niż zejść ze Skarpy Lumanzar wprost w paszcze mollitorów Barjazida.

Rozdział 3

Droga wokół jeziora zagłębiała się coraz bardziej w wypaloną słońcem, jałową krainę. Tłusta i ciemna aluwialna gleba zalanej powodzią równiny ustąpiła miejsca zrudziałemu, lekkiemu, piaszczystemu gruntowi, w którym z trudem utrzymywały się przy życiu nieliczne powykręcane i cierniste rośliny. Bitą nawierzchnię zastąpił wyboisty, pokryty żwirem trakt, wspinający się powoli na niskie wzgórza oddzielające Roghoiz od pustyni należącej do równiny Velalisier.

Ermanar, chcąc uniknąć bezpośredniej bliskości ruin, wysłał przodem zwiadowców, aby szukali przejezdnej drogi na stoku opadającym na stronę jeziora. Nie znaleźli tam jednak żadnego traktu, nie licząc kilku wydeptanych przez myśliwych szlaków, niedostępnych dla pojazdów. A zatem trzeba było przeciąć wzgórza i zjechać ku nawiedzanym przez duchy okolicom.

Rozpoczęli zjazd późnym popołudniem. Wraz z nimi ze wschodu nadciągnęły ciężkie chmury, pędzone prawdopodobnie przez szalejącą nad górną Glayge burzę. O zachodzie słońca niebo zamieniło się w wielką, krwawą płaszczyznę, a tuż przed zapadnięciem ciemności rozdarła je szczelina, przez którą przebiły się trzy ciemnoczerwone promienie, zalewając dolinę i ruiny Velalisier dziwnym, nieziemskim światłem.

Oczom podróżnych ukazało się morze niebieskich kamieni. Od zachodu miasto otaczał mur potężnych, ciosanych monolitów, nałożonych na siebie po dwa i po trzy. Mur ciągnął się ponad milę i kończył bezładną stertą kamiennych bloków. Tuż obok, na wyciągnięcie ręki, wyraźnie rysowały się kontury strzaskanych budowli — wielkie skupisko pałaców i dziedzińców, bazylik i innych świątyń, na wpół przysypanych lotnymi piaskami. Od wschodu wznosił się szereg sześciu olbrzymich wysmukłych piramid, stojących jedna tuż obok drugiej, w równej linii. Sterczał też kikut siódmej, którą musiała powalić potężna siła, gdyż roztrzaskane głazy wciąż jeszcze zaścielały ziemię na znacznej przestrzeni. Nieco dalej, tam, gdzie górska droga wkraczała do miasta, znajdowały się dwie kamienne platformy, wyniesione z dna doliny w górę na osiem czy dziesięć stóp, wystarczająco duże, by pokaźna armia mogła odbywać na nich manewry. Jeszcze dalej Valentine zauważył olbrzymi kształt czegoś, co mogło być kiedyś areną; otaczające ją wysokie ściany miały mnóstwo okien, a w jednym miejscu były przerwane i straszyły poszarpaną wyrwą. Zdumiewała zarówno olbrzymia przestrzeń, jak i rozmiary wszystkiego, co się na niej znajdowało. W porównaniu z tym miejscem ruiny po drugiej stronie Labiryntu, wśród których zastał ich diuk Nascimonte, wydawały się nic nie znaczące.

1 ... 112 113 114 115 116 117 118 119 120 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)