Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 141
Перейти на страницу:

Zdawało się, że Tyeveras okrzepł, że oczy mu rozbłysły, a policzki zaróżowiły się. Czy to uśmiech zagościł na pomarszczonych ustach? Czy lewa ręka podniosła się nieznacznie, w geście błogosławieństwa? Tak. Tak. Tak. Nie ulegało wątpliwości, że ciepło duszy Valentine'a ogarnęło Pontifexa.

Tyeveras wypowiedział kilka niemal spójnych słów.

— Pontifex obdarza cię swoim wsparciem, Lordzie Valentine — rzekł Hornkast.

Żyj długo, stary człowieku, pomyślał Valentine, podnosząc się i kłaniając. Prawdopodobnie wolałbyś zasnąć na zawsze, ale muszę ci życzyć długiego życia, nawet jeśli masz go dość, ponieważ nie pora jeszcze na mnie. Czeka mnie praca na Górze Zamkowej.

Odwrócił się.

— Chodźmy — powiedział do pięciorga ministrów. — Otrzymałem to, po co przyszedłem.

Wymaszerowali z sali tronowej statecznym krokiem. Kiedy drzwi zasunęły się za nimi, Valentine spojrzał na Sepulhtrove'a i powiedział:

— Jak długo może żyć w takim stanie?

Lekarz wzruszył ramionami.

— Prawie w nieskończoność. Układ wspomagający, który podtrzymuje jego życie, jest doskonały. Z drobnymi naprawami co jakiś czas, może działać następne sto lat.

— To nie będzie konieczne. Ale mógłby żyć dla nas następne dwanaście czy piętnaście. Co ty na to?

— Możesz na mnie liczyć — powiedział Sepulthrove.

— Dobrze. Bardzo dobrze. — Valentine popatrzył na znikający w górze błyszczący korytarz. Był w Labiryncie wystarczająco długo. Nadszedł czas, aby wrócić do świata pełnego słońca, wiatru i życia, i załatwić sprawy z Domininem Barjazidem. Powiedział do Hornkasta:

— Odprowadź mnie do moich ludzi i przygotuj dla nas transport do zewnętrznego świata. Ale jeszcze przed odjazdem chciałbym przyjrzeć się dobrze armii, którą, jak sądzę, oddasz do mojej dyspozycji.

— Oczywiście, mój panie — odpowiedział najwyższy rzecznik. Mój panie. Pierwsza oznaka podporządkowania się ministrów Pontifexa jego władzy. Główna bitwa była jeszcze przed nim, ale słysząc te dwa krótkie słowa Valentine poczuł się tak, jakby już odzyskał Górę Zamkową.

KSIĘGA ZAMKU

Rozdział 1

Droga w górę, ku wyjściu z Labiryntu, zabrała Valentine'owi znacznie mniej czasu niż droga w dół, ponieważ zjeżdżając nie kończącą się spiralą korytarzy był nikomu nie znanym łowcą przygód, wyszarpującym swą przeszłość z rąk obojętnej biurokracji; podróż powrotną odbywał natomiast jako władca.

Nie musiał się wspinać — poziom za poziomem, pierścień za pierścieniem — przez gmatwaninę korytarzy siedziby Pontifexa; mógł ominąć Dom Kronik, Arenę, Plac Masek, Salę Wiatrów i całą resztę. Teraz on i jego świta wznosili się szybko i bez przeszkód, korzystając z przejścia zarezerwowanego wyłącznie dla władców.

Chociaż w ciągu zaledwie kilku godzin znalazł się w zewnętrznym pierścieniu, w tamtym jasno oświetlonym, ludnym zajeździe, mimo to wieści o nim i tak zdołały go wyprzedzić. Wiedziano już, że w Labiryncie przebywa Koronal, tajemniczy i odmieniony, niemniej jednak Koronal, toteż kiedy wyłonił się z królewskiego korytarza, stanął oko w oko z wielkim tłumem, przyglądającym mu się jak dziwolągowi o dziesięciu głowach i trzydziestu nogach.

Tłum milczał. Ktoś go pozdrowił, ktoś zakrzyknął jego imię, jednak większość zadowalała się zwykłym gapieniem. Pomijając niezwykłość zdarzeń, Labirynt był domeną Pontifexa i Valentine wiedział, że hołdy, jakich Koronal mógł się spodziewać w każdym zakątku Majipooru, tutaj były nie do pomyślenia. Lęk, owszem, również szacunek, lecz przede wszystkim ciekawość. Żadnych pozdrowień, żadnych wiwatów, jakimi na oczach Valentine'a obdarzano fałszywego Koronala podczas uroczystego przejazdu przez Pidruid. Nie szkodzi, pomyślał Valentine. Odzwyczaił się od odbierania hołdów, poza tym nigdy o nie nie dbał. Wystarczało całkowicie, że uznano w nim tego kogoś, za kogo się podawał.

— Czy wszędzie pójdzie tak łatwo? — spytał Deliambera. — Czy wystarczy, bym przejechał przez Alhanroel, głosząc po drodze, że jestem prawdziwym Lordem Valentinem, aby wszystko dostało się w moje ręce?

— Wielce w to wątpię. Barjazid wciąż nosi oblicze Koronala i dzierży insygnia władzy. Tu, na dole, jeśli ministrowie Pontifexa mówią, że jesteś Koronalem, to obywatele czczą cię jako Koronala. Gdyby powiedzieli, że jesteś Panią Wyspy, prawdopodobnie czczono by cię jako Panią Wyspy. Myślę, że na zewnątrz może być inaczej.

— Nie chcę żadnego przelewu krwi, Deliamberze.

— Nikt tego nie chce, a mimo to, nim ponownie zasiądziesz na tronie Confalume'a, krew popłynie. Tego nie da się uniknąć, Valentine.

— Wolałbym raczej zostawić władzę w rękach Barjazida — powiedział posępnie Valentine — niż pchnąć kraj na drogę krwawego konfliktu. Nade wszystko cenię sobie pokój.

— I pokój nastanie — rzekł mały czarodziej. — Ale drogi, które do niego wiodą, nie zawsze są spokojne. Popatrz, tam zbiera się twoja armia, Valentine!

Zbliżali się do gromady ludzi, zarówno znanych im, jak i obcych. Byli wśród nich wszyscy, którzy weszli z Valentinem do Labiryntu, cała grupa, jaką zebrał podróżując przez świat: Skandarzy, Lisamon Hultin, Vinorkis, Khun, Shanamir, Lorivade, straż przyboczna Pani i cała reszta. Ale było też parę setek ludzi w barwach Pontifexa. Był to pierwszy oddział — czego? Nie wojska, gdyż Pontifex nie dysponował wojskiem. Może straży obywatelskiej? Tak czy inaczej, była to armia Valentine'a.

— Moja armia — rzekł Valentine. To słowo miało gorzki posmak. — Armie są reliktem z czasów Stiamota, Deliamberze. Ile tysięcy lat minęło od ostatniej wojny na Majipoorze?

— Planeta od dawna jest spokojna — odpowiedział Vroon. — Niemniej jednak małe armie istnieją. Straż przyboczna Pani, słudzy Pontifexa — a co powiesz o rycerzach Koronala? Jak ich nazwiesz, jeśli nie armią? Noszą broń, odbywają musztry na polach Góry Zamkowej. Kim oni są? Towarzystwem, spędzającym czas na rozrywkach?

— Tak myślałem, Deliamberze, kiedy byłem jednym z nich.

— Czas zacząć myśleć inaczej, mój panie. Rycerze Koronala to trzon wojska i tylko ktoś naiwny mógłby sądzić, że jest inaczej. Przekonasz się o tym, gdy podejdziesz bliżej Góry Zamkowej.

— Czy do walki ze mną Dominin Barjazid może poprowadzić moich rycerzy? — spytał przerażony Valentine.

Vroon popatrzył na niego przeciągle.

— Mężczyzna, zwany przez ciebie Domininem Barjazidem, jest w tej chwili Lordem Valentinem, Koronalem, któremu rycerze z Góry Zamkowej zaprzysięgli wierność. Czy zapomniałeś o tym? Przy odrobinie szczęścia i przebiegłości może potrafisz ich przekonać, że przysięgali na duszę Valentine'a, a nie na jego twarz i brodę. Ale i tak niektórzy z nich pozostaną wierni człowiekowi będącemu według nich Koronalem i w jego imieniu podniosą miecze przeciwko tobie.

Serce Valentine'a ścisnęło się bólem. Od kiedy odzyskał pamięć, nie raz i nie dwa myślał o towarzyszach z poprzedniego życia, o szlachetnych mężczyznach i kobietach, z którymi razem dorastał, z którymi w szczęśliwszych dniach nabierał książęcej ogłady, których miłość i przyjaźń była dla niego wszystkim, aż do chwili, kiedy uzurpator to zniszczył. Nieustraszony myśliwy Elidath z Morvole i jasnowłosy, pełen życia Stasilaine, i Tunigorn, tak szybki w strzelaniu z łuku, i wielu innych — niewyraźne postaci z przeszłości, po których pozostały mu tylko imiona. A przecież już wkrótce cienie mogą ożyć i nabrać poprzednich barw i wyrazistości. Czy jego przyjaciele, jego ukochani towarzysze z dawnych lat, mogliby walczyć przeciwko niemu? Jeśli będzie musiał walczyć z nimi ze względu na dobro Majipooru, zrobi to, lecz jest to przerażająca perspektywa. Potrząsnął głową.

1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)