Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 185
Перейти на страницу:

Najstarsza Siostra na podwórzu myła kruczoczarne włosy, pochylając śnieżnobiałą szyję. Gdy się schylała, piękna para piersi pudrowo-różowej barwy wyśpiewywała swoje trele niczym dwie wilgi o słodkich głosach. Gdy się wyprostowała, strużka krystalicznych kropel wpłynęła w dolinę między pagórkami. Podniosła rękę, zebrała włosy z tyłu głowy i mrużąc oczy, spojrzała na mnie, uśmiechając się cynicznie.

– Ona wychodzi za Simę Tinga, wiesz o tym? – spytałem.

Laidi uśmiechała się nadal, nie zwracając na mnie uwagi. Trzymając za rączkę Shangguan Yunü, z bezwstydnymi płatkami róży we włosach, matka wkroczyła do domu; za nią podążał przygnębiony Sima Ting. Najstarsza Siostra chlusnęła wodą z miski, w której myła włosy. Woda rozprysła się w powietrzu w świetlisty wachlarz. Matka westchnęła przeciągle, lecz milczała. Sima Ting wyjął z kieszeni medal i wręczył mi – chciał się pochwalić czy może wkupić się w moje łaski? Spojrzałem mu surowo w twarz wykrzywioną w nieszczerym uśmiechu. Unikając mnie wzrokiem, zakasłał, by pokryć zmieszanie. Złapałem medal i z całej siły cisnąłem go w powietrze; ciężki przedmiot, ciągnąc za sobą złotą wstęgę, przeleciał ponad dachem jak ptak.

– Idź i przynieś to z powrotem! – rozkazała gniewnie matka.

– Nie pójdę! – sprzeciwiłem się.

– Niech mu będzie nieważne, i tak na nic się nie przyda – rzekł Sima Ting.

Matka spoliczkowała mnie.

Umyślnie upadłem na wznak i poturlałem się jak mały osiołek.

Matka mnie kopnęła.

– Bezwstydna! Bezwstydna! – plułem jadem nienawiści.

Matka zwiesiła głowę ze smutkiem, po czym nagle wybuchnęła głośnym płaczem i wbiegła do domu. Sima Ting westchnął, ukucnął pod gruszą i zapalił.

Wypaliwszy kilka papierosów, wstał i powiedział:

– Siostrzeńcze, idź i pociesz swoją matkę, niech już tak nie lamentuje.

Wyjął z kieszeni akt ślubu, podarł na drobne kawałki i rzucił na ziemię, po czym zgarbiony opuścił nasze podwórze. Gdy oglądał się za siebie, przypominał świecę płaczącą na wietrze – był już naprawdę starym człowiekiem.

30

Sima Ku, jeszcze w czasach świetności, podarował swojemu czcigodnemu nauczycielowi Qinowi Drugiemu na urodziny staromodne kryształowe okulary. Dziś Qin Drugi z owym reakcyjnym podarunkiem na nosie siedział na ceglanym podium, trzymając w dłoniach podręcznik do chińskiego i drżącym głosem prowadził swój wykład dla pierwszej klasy, składającej się z mieszkańców Północno-Wschodniego Gaomi w najróżniejszym wieku. Ciężkie okulary ześliznęły się aż do połowy jego krzywego nosa, z którego zwisała kapka zielonkawej cieczy, grożąca w każdej chwili upadkiem.

– Duże kozy są duże – zaintonował.

Mimo że był już upalny czerwiec, miał na sobie długą tradycyjną szatę z czarnego jedwabiu, a na głowie – maleńką czarną czapeczkę z czerwonym kutasem.

– Duże kozy są duużeee – recytowaliśmy głośno, naśladując ton mentora.

– Małe kozy są małe – wyskandował żałościwym tonem.

Było gorąco i duszno, a w klasie także ciemno i wilgotno – bosi i nadzy do pasa, pociliśmy się obficie, podczas gdy nasz szczelnie zakutany w jedwabie nauczyciel o bladej twarzy i sinych wargach wyglądał, jakby cierpiał nieznośny chłód.

– Małe kózki są maałeee – powtórzyliśmy głośno.

W powietrzu wisiała woń moczu, jak w dawno niesprzątanej koziej zagrodzie. Duże kozy, małe kózki biegną na pagórek – duże kozy, małe kózki biegną na pagóóreeek… Duże kozy biegną, małe kózki meczą – duże kozy bieegnąą, małe kózki meeecząąą… Zgodnie z moją bogatą wiedzą na temat kóz, duże kozy o ciężkich wymionach nie były w stanie biegać – chodziły z trudem, więc gdzie im tam do biegania? Małe kózki to co innego, z powodzeniem mogły zarówno meczeć, jak i biegać. Na pastwiskach duże kozy spokojnie skubały trawę, a małe kózki biegały wokoło i meczały. Miałem wielką ochotę podnieść rękę i zapytać o to naszego czcigodnego nauczyciela, ale nie śmiałem. Przed nim leżała linijka służąca wyłącznie do walenia uczniów po łapach. Duże kozy jedzą dużo – duże kozy jedzą duużoo… Małe kózki jedzą mało – małe kózki jedzą maałoo… – były to zdania ze wszech miar prawdziwe. To oczywiste, że duże kozy jedzą więcej niż małe kózki, a małe kózki jedzą mniej niż duże kozy.

– Duże kozy są duże, małe kozy są małe – zaczęliśmy znowu od początku, gdy kozy uporały się już z jedzeniem.

Nauczyciel intonował niezmordowanie; w klasie panował coraz większy chaos. Osiemnastoletni Wu Deszczowa Chmura, syn robotnika rolnego, był rosłym i silnym mężczyzną. Ożenił się ze starszą o osiem lat wdową Lan Shuilian, która handlowała tofu, i wkrótce miał zostać ojcem. Przyszły tatuś wyciągnął pistolet zza pasa i wycelował w czerwoną ozdobę nauczycielskiej czapki. Duże kozy biegną – paf! Cha, cha, cha cha! Paf – i biegną! Nauczyciel podniósł głowę; jego szarawe, cielęce oczy spojrzały na nas znad okularów. Miał tak słaby wzrok, że prawdopodobnie nic nie zauważył. Recytował więc dalej. Małe kózki meczą… – paf! Wu Deszczowa Chmura „strzelił" ustami, a czerwony kutas na czapce nauczyciela zakołysał się. Cała klasa wybuchnęła śmiechem, a nasz mentor chwycił linijkę, postukał w biurko i niczym sędzia krzyknął: „Spokój!", po czym kontynuował swoją recytację. Guo Qiusheng, siedmioletni synek biednego chłopa, wstał z miejsca i zakradł się skurczony na mównicę, stanął za plecami nauczyciela, przygryzł dolną wargę szczurzymi ząbkami i zaczął wyczyniać rękami takie gesty, jakby ładował pociski do lufy moździerza, której wylotem była wyschnięta czaszka pana nauczyciela. W klasie zapanował kompletny rozgardiasz, uczniowie śmiali się do rozpuku. Rosły Lu Lianhe walił w ławkę, mały Fang Shuzai wydzierał karty z książki i rzucał w powietrze; szarawe kartki trzepotały niczym wielkie motyle.

Nauczyciel raz po raz stukał w biurko, lecz nie był w stanie opanować zamieszania. Rozglądał się znad okularów, usiłując znaleźć przyczynę bałaganu, a tymczasem mały Guo Qiusheng kontynuował swoje obraźliwe występy za jego plecami, wywołując okrzyki szalonego entuzjazmu u piętnastoletnich widzów. W końcu dłoń Guo Qiushenga musnęła ucho nauczyciela, który czym prędzej odwrócił się i złapał malca za rękę.

– Recytuj! – rozkazał nauczyciel surowo.

Guo Qiusheng stał na podium z opuszczonymi rękami, starając się przyjąć grzeczną postawę, lecz na jego twarzy wciąż widniał zdradliwy grymas. Złożył wargi w ciup, upodabniając usta do wystającego pępka. Zamknął jedno oko i uniósł bardzo wysoko jeden kącik ust. Zacisnął zęby i poruszał uszami.

– Recytuj!! – wybuchnął nauczyciel.

– Duże dziewczynki są duże, małe dziewczynki są małe, duże dziewczynki gonią małe dziewczynki! – wygłosił Guo Qiusheng.

Wśród huraganów szalonego śmiechu pan Qin Drugi wstał, opierając się o biurko. Jego siwa broda się trzęsła.

– Łobuz! Nie da się nauczyć łobuza… – wymamrotał pod nosem, po czym sięgnął po linijkę, złapał Guo Qiushenga za rękę i przycisnął ją do stołu.

– Łobuz!

Pac! – linijka uderzyła mocno w sam środek dłoni Guo Qiushenga. Malec wrzasnął ochryple. Nauczyciel spojrzał na niego i ponownie podniósł linijkę, lecz jego ręka zastygła w powietrzu na widok wyrazu, który nagle pojawił się na twarzy Guo Qiushenga. Była to zuchwała mina proletariackiego chuligana. W czarnych oczach chłopaka migotały błękitne iskry nienawiści. W zamglonym spojrzeniu nauczyciela zamajaczyło poczucie klęski; wysoko uniesione ramię bezwładnie opadło. Mamrocząc, zdjął okulary, włożył je do blaszanego futerału, zawinął w niebieski kawałek płótna i wetknął do kieszeni. Schował za pazuchę linijkę, ten atrybut groźnego tyrana, którym niegdyś przywoływał do porządku Simę Ku. Następnie zdjął czapeczkę, skłonił się Guo Qiushengowi, a potem reszcie klasy i oznajmił z goryczą, tonem wzbudzającym litość i obrzydzenie zarazem:

1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)