Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Wkładaj ten swój kapelusz i zabieraj się z powrotem na miejsce – rzekła Ji z obrzydzeniem w głosie. – Zjadłam w swoim życiu więcej soli, niż ty zjadłeś klusek, i przeszłam więcej mostów, niż ty przeszedłeś dróg.
Podniosła z biurka strzałę i spojrzała na klasę.
– Ty, do ciebie mówię – warknęła lodowato. – Daj mi ten swój łuk!
Ding Jingou wstał spłoszony, zbliżył się do podium i posłusznie złożył łuk na biurku.
– Wracaj na miejsce! – poleciła nauczycielka. Naciągnęła łuk.
– Bambus jest za miękki, a cięciwa do niczego! Do cięciw trzeba używać krowich ścięgien – oznajmiła, po czym przyłożyła strzałę do cięciwy z końskiego włosia, naciągnęła ją bez wysiłku i wycelowała w głowę Dinga Jingou. Chłopak schował się pod ławką. W tym momencie w smudze światła, wpadającej przez okno, zabzyczała mucha. Ji Jadeitowa Gałązka wycelowała uważnie w tamtym kierunku. Brzęknęła cięciwa, mucha spadła na podłogę.
– Ktoś jeszcze mi nie dowierza? – spytała.
W klasie panowała idealna cisza. Nauczycielka uśmiechnęła się słodko, jej brodę naznaczyły urocze dołeczki.
– Zaczynamy prawdziwą lekcję. Najpierw odczytam słowa naszej pieśni:
Stare społeczeństwo było jak studnia,
Czarna, stara studnia, głęboka na dziesięć tysięcy zhangów.
W głębi tej studni żyliśmy my – lud
A na dnie kobiety, tam, na samym dnie.
Nowe społeczeństwo jest zupełnie inne,
Jest jak jasne słońce o złotych promieniach,
Które oświetlają nasze chłopskie głowy.
Kobiety są wolne, są nareszcie wolne.
31
Na lekcji muzyki, prowadzonej przez Ji Jadeitowa Gałązkę, wykazałem się dobrą pamięcią i zdolnościami muzycznymi, przewyższając pod tym względem innych uczniów. Kiedy śpiewałem „A na dnie kobiety, tam, na samym dnie", za oknem z wierzbowych prętów zjawiła się moja matka, trzymając owiniętą w biały ręcznik butelkę z mlekiem.
– Jintong, twoje mleko! – nawoływała szeptem. – Jintong, napij się mleka!
Wołania matki i zapach mleka, co prawda, bardzo mnie rozpraszały, lecz gdy zbliżał się koniec lekcji, tylko ja umiałem bezbłędnie i czysto zaśpiewać Pieśń wyzwolenia kobiet. Spośród czterdziestu uczniów jedynie ja otrzymałem pochwałę Ji Jadeitowej Gałązki. Zapytała mnie o imię, po czym kazała mi wstać i zaśpiewać Pieśń wyzwolenia kobiet w całości. Gdy lekcja się skończyła, matka podała mi butelkę przez okno. Zawahałem się, lecz ona powiedziała:
– Pij szybko, synku. Świetnie się spisałeś, mama jest z ciebie dumna. W sali rozległy się chichoty.
– No pijże, dziecko, czego się wstydzisz? – ponagliła matka. Podeszła do nas Ji Jadeitowa Gałązka, rozsiewając świeży zapach proszku do zębów. Z wdziękiem trzymając wskaźnik, przemówiła serdecznym tonem:
– Ach, to pani, cioteczko. Na przyszłość bardzo bym prosiła nie zakłócać lekcji, dobrze?
Matka była onieśmielona. Zajrzała do klasy i rzekła z szacunkiem:
– Pani profesor, to mój jedyny syn. Od urodzenia ma pewien problem: nie może jeść żadnego zwykłego pożywienia. Kiedy był mały, pił moje mleko, teraz żywi się mlekiem kozim. Dziś rano koza dała mało mleka i syn nie mógł się najeść – obawiałam się, że to nie wystarczy mu do wieczora… – wyjaśniła matka.
Ji Jadeitowa Gałązka uśmiechnęła się, spojrzała na mnie i powiedziała:
– Bierz, nie pozwól matce tak stać i czekać.
Zarumieniłem się i wziąłem butelkę.
– Tak nie może być zawsze – zwróciła się do matki. – Musi nauczyć się normalnie jeść. Kiedy urośnie, pójdzie do szkoły średniej, a potem na studia. Nie będzie chyba prowadzał ze sobą kozy?
Zapewne wyobraziła sobie rosłego studenta, wchodzącego do sali wykładowej razem z kozą. Zaśmiała się, lecz jej śmiech był szczery, bez cienia szyderstwa.
– Ile ma lat? – spytała.
– Trzynaście. Urodził się w Roku Królika – odrzekła matka. – Niepokoję się o niego. Cokolwiek zje, od razu zrzuca. Brzuch boli go tak bardzo, że cały oblewa się potem, wygląda strasznie…
– Wystarczy, mamo! – przerwałem jej z niezadowoleniem. – Już nic więcej nie mów! I zabierz to mleko! – oddałem jej butelkę.
Ji Jadeitowa Gałązka pieszczotliwie chwyciła mnie palcami za ucho.
– Uczniu Shangguan, nie bądź taki. Nie martw się, stopniowo pozbędziesz się tego nawyku. A teraz wypij.
Odwróciłem się i zobaczyłem lśniące w mroku spojrzenia. Było mi wstyd.
– A wy zapamiętajcie sobie, nie wolno żartować z cudzych słabości! – rzekła nauczycielka do klasy, po czym wyszła.
Stojąc twarzą do ściany, wypiłem mleko najszybciej, jak potrafiłem i oddałem butelkę matce.
– Nie przychodź tu więcej, mamo – powtórzyłem.
W czasie przerwy obaj rozrabiacy, Wu Deszczowa Chmura i Ding Jingou, siedzieli grzecznie w ławkach z zastygłymi twarzami. Gruby Fang Shuzai zdjął pasek od spodni, wszedł na ławkę i przełożył go przez krokiew, rozpoczynając zabawę w powieszonego. Naśladując cienki głosik wdowy, zapłakał:
– Psie Drugi, Psie Drugi, jakiż jesteś okrutny! Wyciągając przed siebie ramiona, powracasz do Zachodniej Krainy. Zostawiasz swoją kobietę, która od tej chwili noc w noc będzie spać samotnie! Robak toczy moje serce, muszę się powiesić. Spotkamy się przy Żółtych Źródłach!
Tak długo płakał i lamentował, aż po jego pulchnych jak u prosiaka policzkach rzeczywiście popłynęły strużki łez, a to, co ciekło mu z nosa, wpływało do ust.
– Nie mogę tak dłużej żyć! – zaszlochał, stanął na czubkach palców i założył sobie na szyję pętlę zrobioną z paska. Trzymając ją oburącz, podskoczył i krzyknął:
– Nie mogę tak dłużej żyć! Podskoczył jeszcze raz.
– Kończę ze sobą!
W klasie rozległ się dziwny chichot. Wu Deszczowa Chmura, wciąż nadąsany, oparł się o swoje biurko i jak koń wyrzucił nogę w powietrze, kopiąc w biurko Fanga Shuzaia, którego tłuste ciało nagle zawisło w pustce. Chłopak wrzasnął i oburącz chwycił rozpaczliwie pas, wymachując krótkimi nóżkami w powietrzu. Machał nimi, coraz wolniej i wolniej… W końcu posiniał na twarzy; piana wystąpiła mu na usta, z których wydobyło się nieartykułowane rzężenie wisielca.
– On umarł! – Kilku malców, krzycząc z przerażenia, wybiegło z klasy. Na podwórzu przestępowali z nogi na nogę, wciąż krzycząc: – Umarł! Fang Shuzai powiesił się i umarł!
Ręce Fanga Shuzaia zwisły bezwładnie, nogi przestały się poruszać, krępe ciało wyciągnęło się na sporą długość. Głośne pierdnięcie wypełzło mu z nogawki niczym wąż. Uczniowie biegali bezładnie po podwórku, z gabinetu wybiegła Ji Jadeitowa Gałązka w towarzystwie kilku mężczyzn; nie wiedziałem, jak się nazywają ani jakich przedmiotów uczą.
– Kto umarł? Kto umarł? – dopytywali się, pędząc w kierunku klasy.
Na szkolnym podwórku leżało mnóstwo nieuprzątniętych pozostałości po budowie, które musieli omijać po drodze. Prowadziła ich grupa podnieconych i przerażonych uczniów, którzy od częstego odwracania głowy potykali się i wpadali na siebie nawzajem. Ji Jadeitowa Gałązka, która skakała rączo jak sarna, w ciągu paru sekund wbiegła do klasy. Znalazłszy się nagle w ciemnym pomieszczeniu, wyglądała na zagubioną.
– Gdzie?… – krzyknęła.
Ciało Fanga Shuzaia upadło ciężko na ziemię jak tusza zarżniętej świni. Jego pasek z czarnej tkaniny zerwał się.
Ji Jadeitowa Gałązka kucnęła, złapała go za ramiona i odwróciła twarzą do góry. Zauważyłem, że marszczy brwi i układa usta w dzióbek, zasłaniając nozdrza. Fang Shuzai śmierdział odrażająco. Kobieta ręką dotknęła dziurki jego nosa, po czym z zawziętym wyrazem twarzy uszczypnęła paznokciami miejsce między nosem a górną wargą. Ręka Fanga Shuzaia uniosła się, jakby chciała odciągnąć jej dłoń. Jadeitowa Gałązka wstała, zmarszczyła czoło i kopnęła go.
– Wstawaj! – krzyknęła. – Kto przewrócił tę ławkę?! – spytała surowo i stanęła na podium z surową miną.
– Nie widziałem.
– Nie widziałem.
– Ja też nie widziałem.
– A kto widział? Albo kto przewrócił ławkę? Może choć raz okażecie trochę odwagi?!
Wszyscy zwiesili nisko głowy. Fang Shuzai łkał.
– Zamknij się! – Huknęła pięścią w stół. – Tak ci pilno do umierania? To całkiem łatwe! Czekaj, zaraz ci pokażę parę dobrych metod! Nie wierzę, że żaden z was nie widział, kto kopnął ławkę. Shangguan Jintong, ty jesteś uczciwym chłopcem, powiedz mi.
Zwiesiłem głowę.
– Podnieś głowę i spójrz mi w oczy. Wiem, że się boisz, ale możesz liczyć na moje poparcie. Nie masz się czego bać.
Podniosłem głowę i spojrzałem w tę rewolucyjną twarz o pięknych oczach, myśląc o świeżym zapachu proszku do zębów i zanurzyłem się w odczuciach, które przypominały jesienny wiatr.
– Jestem przekonana, że dysponujesz tym rodzajem odwagi, który pozwala ujawniać sprawców złych czynów. Jest to zaleta, którą powinien posiadać każdy młody człowiek w nowych Chinach – wyrecytowała.
Zwróciłem głowę nieznacznie w lewo i napotkałem groźny wzrok Wu Deszczowej Chmury. Moja głowa opadła nisko z powrotem.
– Wu Deszczowa Chmuro, wstań – poleciła spokojnie.
– To nie ja! – krzyknął Wu. Nauczycielka uśmiechnęła się.
– Czemu się tak denerwujesz? Czemu krzyczysz?
– To nie byłem ja… – wymamrotał Wu Deszczowa Chmura, stukając paznokciem w ławkę.
– Wu Deszczowa Chmuro, przyzwoity człowiek bierze odpowiedzialność za swoje czyny – powiedziała Jadeitowa Gałązka.
Wu nagle przestał stukać w ławkę i powoli podniósł głowę; na jego twarzy pojawiła się wrogość. Rzucił książkę na podłogę, zawinął tabliczkę i pędzelek w niebieską szmatkę, wsadził je pod pachę i rzekł pogardliwie:
– A jeśli przewróciłem tę ławkę, to co z tego? Nie mam ochoty chodzić do tej pieprzonej szkoły! Nigdy nie miałem ochoty, to wy mnie do tego namówiliście!
Pomaszerował dumnie w kierunku drzwi. Był bardzo wysoki i grubokościsty – modelowy przykład nieokrzesanego, popędliwego mężczyzny. Ji Jadeitowa Gałązka stanęła w drzwiach, zastępując mu drogę.
– Puść mnie – powiedział. – Tego już za wiele!
– Zamierzam ci pokazać, degeneracie – kopnęła go błyskawicznie w kolano prawą stopą – że jeśli coś przeskrobiesz, łobuzie – Wu Deszczowa Chmura z jękiem osunął się na podłogę – to spotka cię za to kara!
Wu Deszczowa Chmura wyjął spod ręki tabliczkę i rzucił nią w Ji Jadeitową Gałązkę. Tabliczka uderzyła ją w klatkę piersiową. Nauczycielka jęknęła, chwytając ręką stłuczoną pierś. Wu wstał.
– Myślisz, że się ciebie boję? – wypalił tonem bezczelnym, lecz podszytym strachem. – Jestem rolnikiem dzierżawcą od trzech pokoleń. Moje ciotki, wujowie, dziadkowie i babki – wszyscy są biednymi chłopami! Moja matka urodziła mnie przy drodze, gdzie żebrała!
– Nie mam najmniejszej ochoty brudzić sobie rąk o takiego wyłysiałego psa jak ty – rzekła Ji, splotła dłonie i wygięła palce, strzelając kostkami. – Ale czy jesteś biednym chłopem od trzech, czy od trzynastu pokoleń, ja i tak zamierzam dać ci nauczkę!
Wymierzyła mu błyskawiczny cios pięścią w policzek. Wu wrzasnął i zachwiał się; następny, jeszcze mocniejszy cios trafił go w żebra, zaraz po nim nastąpiło kopnięcie w kostkę. Wu Deszczowa Chmura runął na ziemię i rozpłakał się jak dzieciak. Ji Jadeitowa Gałązka złapała go za szyję i podniosła, patrząc z uśmiechem w jego paskudną twarz, okręciła się razem z nim, przyłożyła mu kolanem w brzuch i wypchnęła chłopaka na zewnątrz. Wu Deszczowa Chmura padł na wznak na stertę cegieł.
– Ogłaszam, że zostałeś wydalony ze szkoły – oznajmiła nauczycielka.