Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Mój ty chłopczyku… Mój kochany syneczku…
Reguła śnieżnego targu została złamana.
Jedno jedyne wypowiedziane głośno słowo mogło przynieść nieszczęście.
Na placyku przed domkiem mistrza Mena zaparkował trawiasto-zielony dżip. Wyskoczyło z niego czterech funkcjonariuszy bezpieki w zielonkawych mundurach z naszytymi na piersiach białymi znakami. Ze zwinnością panter wdarli się do domku mistrza Mena, skąd po kilku minutach wywlekli zakutego w srebrzyste kajdanki taoistę. Wchodząc posłusznie do samochodu, spojrzał na mnie z rozpaczą, lecz nie wyrzekł ani słowa.
Trzy miesiące później przywódca reakcyjnej sekty taoistycznej, zwany mistrzem Menem, który regularnie dawał tajne sygnały innym szpiegom, strzelając ze szczytu góry, został rozstrzelany w stolicy powiatu, przy moście Duchów. Jego ślepy pies biegł po śniegu za dżipem, dopóki celny strzał siedzącego w wozie żołnierza nie roztrzaskał mu czaszki.
29
Kichnąłem głośno i obudziłem się. Na tłusto lśniącą ścianę padał złoty blask lampki olejnej. Matka siedziała pod lampą, głaszcząc ogniste futro łasicy; na jej kolanach leżała para połyskujących niebieskawo nożyc. Puszysty ogon łasicy podskakiwał w jej rękach. Na ławie pod kangiem siedział człowiek o zakurzonej twarzy, przypominającej małpi pysk, ubrany w wojskowy mundur w kolorze khaki. Przygnębiony, drapał się okaleczonymi palcami w siwą głowę.
– To ty, Jintong? – spytał ostrożnie; w jego czarnych oczach zalśniła litość i czułość.
– Jintong, to jest… twój starszy kuzyn, Sima… – rzekła matka.
Okazało się, że to Sima Ting. Co się z nim stało przez tych kilka lat? Gdzie się podział Sima Ting, naczelnik naszej miejscowości, który stał dziarsko na swojej wieży obserwacyjnej z sosnowych bali, żwawy jak tygrys, energiczny jak smok? Gdzie się podziały jego palce, czerwone jak marchewki?
Gdy tajemniczy jeździec przestrzelił głowy małych Simy Feng i Simy Huang, Sima Ting wyskoczył z oślego koryta w zachodnim skrzydle naszego domu niczym karp z wody. Strzał zakłuł go w uszy jak igła; nasz gość zaczął biegać w kółko po domu niby zniecierpliwiony osioł. Nagle tętent kopyt przetoczył się falą przez nasz zaułek. Muszę uciekać, pomyślał Sima Ting, nie mogę ukrywać się tu dłużej, czekając na pewną śmierć. Z włosami pełnymi pszenicznych łusek przeskoczył przez mur naszego podwórza od południowej strony i wylądował na czworakach w psiej kupie. Usłyszał jakieś hałasy, dochodzące z głębi zaułka, popełznął w stronę stogu zeszłorocznego siana i schował się za nim. W sianie spotkał kwokę z jaskrawoczerwonym grzebieniem, znoszącą właśnie jajo; w chwilę potem usłyszał ciężki łoskot i trzask rozbijanych drzwi. Kilku rosłych mężczyzn o twarzach skrytych za czarnymi zasłonami zbliżyło się do muru i wielkimi stopami w szmacianych butach o solidnych podeszwach zaczęło deptać po rosnącym wzdłuż niego zielsku i trawie. Wszyscy trzymali czarne pistolety maszynowe i emanowali niepowstrzymaną siłą. Gdy przeskakiwali nad murem, niczym stado czarnych jaskółek, przypominali straż przyboczną jakiejś ważnej osoby. Sima Ku zastanawiał się, dlaczego mieli zasłonięte twarze, lecz gdy później dowiedział się o śmierci Simy Feng i Simy Huang, w jego otępiałym umyśle otworzyła się szczelina, przez którą wdarł się blask zrozumienia, i wiele spraw nagle stało się jasnych. Mężczyźni wskoczyli na podwórze. Sima Ting, chroniąc głowę, a resztę ciała pozostawiając na pastwę losu, dał nura w kopę siana i tam czekał na rozwój sytuacji.
– Drugi to Drugi, a ja to ja – powiedział Sima Ting do siedzącej pod lampą matki. – Traktujmy nas obu oddzielnie, szwagierko.
– W takim razie jesteś jego Starszym Wujem. Jintong, to Sima Ting, twój Starszy Wuj.
Zanim z powrotem zapadłem w sen, ujrzałem, jak Sima Ting wyjmuje z kieszeni złocisty medal i podaje matce.
– Już odpokutowałem za swoje winy, szwagierko – powiedział nieśmiało, zduszonym głosem.
Sima Ting wyczołgał się ze stogu siana i wymknął się z wioski pod osłoną nocy. Dwa tygodnie później wcielono go do oddziału noszowych, gdzie dźwigał nosze wraz z pewnym młodzieńcem o ciemnej twarzy.
Słuchałem, jak paple w nieskończoność o swoich niezwykłych przygodach, zupełnie jak dzieciak, który opowiada niestworzone historie, by odwrócić uwagę od swoich psot. Głowa matki kołysała się w świetle lampy, złocisty blask zalewał jej twarz, kąciki ust miała lekko uniesione, jakby w drwiącym uśmieszku.
– Wszystko, co mówię, to szczera prawda – rzekł Sima Ting urażonym tonem. – Widzę, że mi nie wierzysz, ale tego wielkiego medalu chyba nie zrobiłem sobie sam, jak myślisz? Dostałem go za narażanie życia.
Szczęknęły nożyce tnące skórę łasicy.
– Bracie Sima – rzekła matka – czy ktoś tu posądza cię o kłamstwo?
Sima Ting wraz z młodzieńcem o ciemnej twarzy biegł truchtem po równinie, dźwigając postrzelonego w klatkę piersiową komendanta drużyny. Nad ich głowami latały lśniące szmaragdowo samoloty. Świetliste smugi, ciągnące się za pociskami artyleryjskimi i kulami karabinów cięły nocne niebo, rysując na nim gęstą, nieustannie zmieniającą się ognistą sieć. Towarzyszące wybuchom rozbłyski magnezji huczały w powietrzu jak błyskawice, oświetlając pobrużdżoną ziemię pod stopami tragarzy i zamarznięte pola ryżowe. Tragarze co sił w nogach rozbiegli się po polu. Żałosne jęki rannych żołnierzy wznosiły się i opadały w zimnej ciemności nocy. Oddział prowadziła ostrzyżona na pazia kobieta. Z latarką zakrytą skrawkiem czerwonego jedwabiu w ręku stała w samym środku pola, wołając: „Nie rozbiegać się! Nie rozbiegać się! Ratować rannych!" Jej głos ochrypł od krzyku, upodabniając się do dźwięku szorstkich podeszew, trących o suchy żwir. Światło eksplozji zabarwiło jej twarz na zielonkawo. Wokół szyi miała zawiązany brudny ręcznik, a w talii skórzany pas, z którego zwisały ręczne granaty z drewnianymi uchwytami i blaszany kubek. Była energiczna jak smok i żwawa jak tygrys. Odziana w płaszcz w czerwonobrunatnym kolorze sosu sojowego, przez cały dzień rozkazywała swoim podkomendnym, którzy biegali tam i z powrotem wzdłuż pierwszej linii frontu, fruwając za nimi jak motyl, zaskakujący o tej porze roku. Fale gorącego powietrza, wywoływane przez tysięczne eksplozje, zamieniły pokrytą trzema calami lodu zimę w ciepłą wiosnę. W dzień Sima Ting znalazł kwiat mlecza, rosnący w miejscu, gdzie ciepła krew stopiła śnieg. Z okopów buchała gorąca para; zbici w grupki żołnierze posilali się ryżem i śnieżnobiałymi bułkami, gotowanymi na parze, chrupiąc przy tym ze smakiem żółtą cebulę. Smakowite zapachy spowodowały, że głodny Sima Ting zaczął się ślinić. Tragarze siedli na ułożonych w sterty noszach, wyciągnęli ze swoich paczuszek z prowiantem zlodowaciałe bryłki gotowanego sorga i zaczęli je ogryzać, marszcząc brwi. W jednym z okopów pani komendant-motyl śmiała się i rozmawiała z jakimś oficerem. Mężczyzna miał pistolet zatknięty za pas, a jego twarz wydała się Simie Tingowi dziwnie znajoma. Nie przerywając radosnej pogawędki pani i pan oficer wyszli z pachnącego ziemią okopu i zbliżyli się do niego.